Henryk Sienkiewicz

"Legiony tom 1"

W KRAJU

ROZDZIAŁ I

Od lasu, ku dworowi w Różycach szli zaśnieżoną drogą dwaj młodzi ludzie ze strzelbami na ramionach.
Młodszy z nich, Marek Kwiatkowski, szesnastoletni chłopak, o delikatnej, niemal dziewczęcej twarzy i smutnych oczach, wysmukły jak trzcina, wyglądał trochę na pazia, trochę na poetę; starszy, Stanisław Cywiński, rosły, barczysty, rumiany, przedstawiał skończony typ młodego wiejskiego szlachcica.
Rozmawiali tak żywo, że chwilami stawali, jeden naprzeciw drugiego, by tym swobodniej wypowiedzieć, co każdy miał na sercu.
-Nie - mówił Marek - ja całą duszą, całym sercem wyrywam się do nich i nie cofnę się za nic na świecie. Ach! zwłaszcza po tej odezwie Dąbrowskiego!... Wiesz zresztą, że i tak nie mógłbym tu wytrzymać.
-A stryj szambelan? Dlaczego rozmowę z nim odkładasz z dnia na dzień? - zapytał Cywiński.
-Odkładałem, bo nie mogłem mówić otwarcie. A przy tym cóż nas o legionach włoskich dochodziło? Głuche wieści, w których nie było nic pewnego i którym ludzie zaprzeczali. Mówiono nawet, że i wezwanie Ogińskiego na Wołoszczyznę jest sfałszowane. Teraz co innego. Dziś, a jeśli nie dziś, to jutro, powiem stryjowi, o co chodzi, a co on o tym pomyśli, to mi jest zupełnie wszystko jedno.
-Niekoniecznie. Przecie to twój opiekun, a ty masz dopiero szesnaście lat.
-Siedemnasty.
-Niech i tak będzie, ale stryj trzyma cały majątek w ręku.
-Nie dba o majątek ten, komu droga ojczyzna i chwała.
To rzekłszy, Marek podniósł ku zachodzącemu słońcu swą chłopięcą twarz, zarumienioną od mrozu i dodał:
-A także i ten, kto szuka śmierci.
-Dobrze - odpowiedział z pewną niecierpliwością Cywiński. -Żeby jednak dojechać do Włoch, trzeba mieć za co dojechać, więc pytam, co zrobisz, jeśli szambelan nie da ci ani grosza?
-Ucieknę, tak jak stoję. Mam dziesięć czerwonych złotych, dwa zegarki po ojcu i własnego konia w stajni. Gdy na niego siądę, nikt nie zapyta dokąd jadę.
-Ja też mam konia, ale tam się konno nie dojedzie. Natomiast w mieszku brzęka mi ledwie kilka złotówek, a od rodziców nie chcę nic brać. Są na świecie Cywińscy, którzy mają coś więcej, niż płótno w kieszeni. Był stary bogacz, podczaszy poznański, a oprócz tego i stryjeczny mego ojca siedzi w Lubelskiem na tęgiej fortunie. Ale nam Targowica zabrała wszystko, a Lubelskie daleko, więc myślałem, że mi pomożesz. Byle do Włoch, to tam już mieszek niepotrzebny. Żołnierz dostaje wikt i broń, a o resztę nie dbam.
Marek zamyślił się i po chwili odpowiedział:
-Stryj szambelan nie będzie się przeciwił. Stryj jest człowiekiem zamożnym. Targowica innym zabrała, a jemu przysporzyła. Kajetanowi też została wioska po matce. Ale Różyce są moje, a Różyce to nie byle co. Gdy dojdę do pełnoletności, trzeba będzie mi je oddać, a ponadto zdać rachunek z funduszu, który nieboszczyk ojciec zostawił w gotówce. Przecie obaj z Kajetanem rozumieją, że jeśli zginę, to wszystko przejdzie na nich. Może tam coś powiedzą, ale szczerze nie będą się sprzeciwiali. Zażądam trzystu dukatów, a w razie mojej śmierci niech biorą Różyce.
-Za połowę tego można by na koniec świata dojechać.
-I dojedziemy.
-I będziemy tłukli kajzerlików, aż będzie w niebie słychać.
-A przedtem zobaczymy Włochy, Wielkiego Bonapartego, Dąbrowskiego, wojska nasze i francuskie... Ach! bić się za kraj, wrócić kiedyś z legionami i nie patrzeć tu co dzień na tych miłych krewniaków!... Choćby tylko dlatego, warto wszystko rzucić i iść na kraj świata.
Nastała chwila milczenia, tylko Cywiński wyciął kilka hołubców z radości na myśl o przyszłej wojaczce, poczym rzekł:
-Ależ wy się kochacie ze stryjaszkiem i z Kajetanem! No!
-Nienawidzę ich obu.
-Szambelana rozumiem, ale Kajetan, cóż? Stary Plichta mówi, że to w gruncie niezły człowiek, tylko odludek, mól książkowy i milczek...
-Zarozumialec i szyderca. Daj mi z nim spokój...
-Owszem, nie przyszyłem go sobie do serca i nie potrzebuję odpruwać - odpowiedział Cywiński.
Poczym, spojrzawszy z pewną przekorą na Marka, potrząsnął głową.
-Ty od pewnego czasu więcej na nich zgrzytasz, niż dawniej.
Marek, zarumieniony już od mrozu, zarumienił się jeszcze bardziej i odpowiedział:
-Mylisz się, bo ja nienawidzę ich od czasów Targowicy...
-Byłeś wtedy zupełnym dzieckiem.
-Byłem dzieckiem, ale posłuchaj tylko: ksiądz Lagrange, który wychowywał Kajetana, a później mnie, był Francuz, a jednak tak pokochał nasz kraj, że po wojnie Kościuszkowskiej nigdy nie odzyskał już zdrowia i umarł ze zmartwienia. A oni co? Stryj zapisał się po Sejmie Wielkim do Targowicy, Kajetan zaś niby do niej nie należał, ale do Kościuszkowskich szeregów nie wstąpił. Ksiądz chciał wyjechać z Różyc na zawsze, i jeśli został, zrobił to tylko dla mnie, bom był sierotą, a on pokochał mnie, jak ojciec. Ale to wiem, że od Targowicy nie przemówił do stryja ani słowa i zostawił mi, jakby w testamencie, nienawiść i pogardę dla wyrodnych synów ojczyzny. Między mną a stryjem i Kajetanem zawsze będzie stało wspomnienie księdza Lagrange'a.
-Czy on przeklął i Kajetana?
-On nikogo nie przeklinał, tylko milczał. Kajetan był podczas Kościuszkowskiej wojny za granicą i wrócił dopiero po śmierci księdza. Ale po powrocie raz tylko odwiedził jego grób.
Tu myśli chłopca poleciały, jakby na skrzydłach, aż do sąsiedniej Leżnicy Wielkiej, gdzie przy kościele na cmentarzu wznosił się pomnik grobowy zacnego księdza z napisem wyrytym na kamieniu:

"Jeżeli, kto tu leży, przechodzień zapyta,
Powiedzcie: ciałem Gallus, lecz duszą Lechita".

Cywińskiemu słowa Marka przypomniały także wiersze i grobowiec, albowiem zapytał:
-Nie mówiłeś mi nigdy, kto skomponował napis na grobie.
-Ja - odpowiedział Marek.
-Toś wcześnie zaczynał; myślałem, że to Kajetan, choć wiem, że i z ciebie poeta.
-Pewna zdolność do pióra jest, zdaje się od dawna wrodzona naszej rodzinie - odrzekł Marek. -W bibliotece domowej mamy łacińskie dzieło Marcina Kwiatkowskiego, który żył w XVI wieku. Jaki to był nasz krewny, tego nie wiem; ale Kajetan ma też geniusz literacki. Przetłumaczył już Gesnera i uchodzi za uczonego młodzieńca.
-Tak jak jego ojciec, a twój stryjaszek, uchodził za szarmanta.
-Stryj jeszcze się tego nie wyrzekł.
-A słyszałem: słyszałem nawet o pannie Wyrożębskiej. Myślę, że to jest właśnie powód, dla którego nie możesz w Różycach wytrzymać i wolisz się bić we Włoszech.
-Dla kraju chcę się bić, dla siebie, zginąć.
-Bić się dla kraju, rozumiem, ale zginąć dla panny Klarybelli, to i niezdrowo i trochę nadto. Czyś ty jej kiedy wyznał swój afekt?
-Jako przyjacielowi i przyszłemu towarzyszowi broni, powiem ci wszystko, jak było. Naprzód, skomponowałem wiersz do jej sztambuchu, ale stryj znalazł te strofy w brulionie, przepisał i oddał jej, jako swoje, wobec mnie! Uwierzyłbyś w coś podobnego?
-Czemuś nie powiedział, że to twoja poezja?
-Bom się tak stropił, że nie umiałem słowa przemówić, a on zwrócił się do mnie i z piekielnym uśmiechem zapytał, dlaczegom się tak zmieszał.
-Ha! stary ćwik!
-I w ten sposób, ona myśli, że N. N. To znaczy: August Kwiatkowski.
-Jak to: N. N.? Nic nie rozumiem.
Marek przystanął i, ze wzrokiem zgubionym w zorzy, począł deklamować:

Klarybella, cud natury,
Podnosi oczy do góry,
Potem spuszcza je ku ziemi,
Już podbiła N. N. niemi.
W sercu N. N. cień i chmury,
A źrenice łza mu mroczy,
Gdyż podniosła nań swe oczy
Klarybella cud natury.

Tu westchnął i tak mówił dalej:
-Nie śmiałem napisać: "Już podbiła Marka niemi", i imię moje zastąpiłem literami N. N. A teraz korzysta z tego stryj. Taki przewrotny jest ten świat. Uważ, że stryjowi jest na imię August, więc jeśli się powie: "Już podbiła Augusta niemi", to będzie za wiele zgłosek i rytm zły. Ach! ale stryj i na to nie zważał.
Cywiński jął przygryzać żółte wąsiki, a z nimi razem i krótką górną wargę, niedostatecznie odsłaniającą nieco przydługie przednie zęby.
-Ty się śmiejesz? - zapytał z melancholią Marek.
-Nie. Ale nie stójmy tak na miejscu, bo mróz bierze.
Ruszyli dalej. Mróz rzeczywiście brał tęgi. Słońce zaszło. Przez zwikłaną kratę gałęzi na przydrożnych drzewach widać było niezmierną złotą i czerwoną zorzę. Od zabudowań leciały na noc do lasu wrony. Śniegi na polach powlokły się barwą fioletową, a tropy lisie i zajęcze widne na rozłogach śnieżnych, barwą ciemnego szafiru. Wierzby przy rowach były jakby omaszczone purpurą.
-Ty się śmiejesz? - powtórzył Marek. -Myślałem, że choć w tobie znajdę trochę współczucia.
-Znajdziesz, ile zechcesz, ale tymczasem odpowiedz wyraźnie na moje pytanie. Mnie nie chodzi o sztambuchy, tylko, czyś wprost nie wyznał pannie Wyrożębskiej, że ją kochasz?
-Niestety, nigdy! Dziesięć dni temu byłem w Leżnicy Wielkiej. Zdarzyło się, że zostaliśmy z Klarybellą sami. Ona siedziała przy szpinecie, przebierając palcami po klawiszach. Ja zbliżyłem się i już miałem klęknąć przed nią, już miałem na ustach: "Klarybello, wysłuchaj serca, które cię ubóstwia!", ale zbrakło mi tchu, odwagi, słów, w oczach mi pociemniało i nie powiedziałem nic... A przecież, czego ja chciałem? Nie ręki jej, ale westchnienia, ale pukla włosów, ale czułego słowa na drogę. Niestety, nieba i tego mi odmówiły!
-Tak! nieba, ale nie panna, boś jej o nic nie prosił. Tym razem, nie stryj twój zawinił.
-Nie stryj zawinił, ale gdy pani starościna wróciła do salonu i gdym oświadczył, że wkrótce opuszczam Różyce, wówczas spotkał mnie cios ostatni, najboleśniejszy.
-Cóż się stało?
-Starościna niedosłyszy, więc Klarybella odpowiedziała za obie i, podawszy mi rękę, rzekła: "Waćpan zapewne do szkół?" - I to mnie dobiło. Związany tajemnicą, którą niepotrzebnieśmy sobie przyrzekli, nie mogłem wyznać, dokąd jadę, więc powiedziałem tylko, że nazwisko moje dojdzie jej uszu dopiero wówczas, jeśli z dalekich krajów wróci na skrzydłach sławy. Po tych słowach, spojrzała na mnie i - nie wiem; może mi się zdawało, że jagody jej oblały się nagle rumieńcem, ale na wyznania było już za późno, więc wychyliłem do dna czarę cykuty - i wyjechałem.
-Wychyliłeś czarę czego?
-Cykuty. Mówię to pod figurą.
Lecz Cywiński nie zastanowił się nad tym, że chodzi o figurę retoryczną, że zaś doszli właśnie do przydrożnej figury, więc zatrzymał się i rzekł:
-Trzeba strąbić psy.
I tak mówiąc, podniósł do ust róg, lecz Marek chwycił go za rękaw i zatrzymał.
-Czekaj. Czy nie masz dla mnie ani słowa pociechy?
-Mój drogi, ja sam potrzebuję pociechy. Wczoraj byłem w leśniczówce i powiedziałem Hance, że muszę ją opuścić na długo. Starego Plichty nie było w domu, więc odprowadziła mnie opłotkami aż do strugi, a po drodze to tak jej łzy kapały, jedna za drugą, że aż mnie ścisnęło się coś w piersiach. Powiadam jej: Hanuś, (bo jak nikt nie słyszy, to mówimy sobie: ty), czemu tak siejesz łzy w śnieg? Nic z nich nie wyrośnie. A ona powiada: "oj, smutek Stachu, wyrośnie i niedola!" Przysięgałem jej na wszystkie świętości, że jej nie zapomnę, ale nie bardzo chciała wierzyć, gdyż domyśliła się, że ja puszczę się aż do Włoch, i mówiła: "Gdzie mnie tam prostej dziewczynie do tych cudnych Włoszek!" Jakoż słyszałem i ja, że bestie są urodziwe jedna w drugą; ale ty to musisz lepiej wiedzieć, boś pewno już niejedną książkę o nich przeczytał, alboś jej widział na kopersztychach?
-Włoszki słyną z urody - odpowiedział Marek - i wyznaję, że myśląc o nich, nieraz lubym oddawałem się marzeniom.
Cywiński rozśmiał się.
-To i masz pociechę, albo przynajmniej ją znajdziesz, a ja nie, bo Anusia ma włosy, jak len, i tym mnie wzięła. Dla mnie czarnowłosa kobieta to... tego... No... nie mówię, żeby już tak całkiem nic, bo i owszem, ale nie do kochania! A ty pomyśl jeszcze i o tym, że panna Wyrożębska ma dwadzieścia kilka lat i nie tylko dla ciebie ale i dla Kajetana byłaby za stara.
Marka dotknęły słowa o wieku panny Klarybelli.
-To są ludzkie względy - rzekł - niegodne dusz czułych. Saturn nie ma skrzydeł, a Amor je ma i dlatego unosi się nad przestrzenią i czasem.
-Może też odlecieć na tych skrzydłach, jak wróbel - odparł Cywiński i machnąwszy ręką powtórzył:
-Trzeba strąbić psy.
Poczym odwrócił się w stronę boru i podniósł róg do ust.
Zdrowe jego, wyszczypane przez mróz policzki wydęły się jak banie, z oczu pozostały tylko szparki, usta wpiły się jakby z chciwością w nasadkę rogu, a głowa przechyliła się w tył i na bok. Mocne dźwięki, w których brzmiało nawoływanie i rozkaz, wypadły ze skrętów rogu i przeleciały, natarczywe a radosne, nad śnieżną równiną ku lasowi. Tam wnikły między pnie i szły dalej, w głąb, w gęsty bór.
Marek spoglądał to na Cywińskiego, którego głowa podobna była w tej chwili do głowy dmącego w konchę trytona, to na biały pas śniegu pod lasem, na którym mogły pojawić się psy, a Cywiński, nabierając kątem ust powietrza do płuc, dął nieustannie, otwierając i przymykając oczy. Po długim dopiero czasie, z mrocznej gęstwiny wynurzył się na śnieżne fiolety jeden pies, który na wielkiej podleśnej przestrzeni wydawał się, jak zabłąkany. Przez chwilę biegł truchtem, w milczeniu, a następnie wpadłszy na jeden z tropów, którymi popstrzone było całe pole, począł poszczekiwać, a raczej skamlać, zarazem namiętnie i frasobliwie.
Cywiński spuścił róg, odetchnął głęboko i rzekł:
-To Surmacz... Jucha mydli oczy, bo wie, że goni go starym tropem, ale chce pokazać, że taki gorliwy. Pies to ci czasem tak łże, jak człowiek.
I począł się śmiać wesoło.
A Marek Kwiatkowski, który miał w duszy trochę melancholii, a jeszcze bardziej wmawiał w siebie rozmaite poetyczne smutki, pomyślał:
-Szczęśliwy ten Cywiński! Wczoraj składał przysięgę lubej, jutro może zginąć, a dziś śmieje się z psa. Ale on sam zawsze żyje dniem dzisiejszym.
Tymczasem inne ogary poczęły wysuwać się z boru, ale te nie chciały widocznie nikomu "mydlić oczu", albowiem zbliżyły się cicho, potrząsając uszami i nie utrzymując nosów przy ziemi.
Dwaj młodzieńcy ruszyli ku wsi i przez jakiś czas szli w milczeniu. Po chwili Marek zapytał:
-Gdzie jest twój koń?
-W Stajni u ekonoma. Nie chciałem zajeżdżać do pałacu, bom wiedział, że tam zastanę te panie z Leżnicy.
-A teraz pójdziesz ze mną?
-Jakże? w lisiurze i w długich butach? Ani sposób! A prócz tego powiem ci, że Kajetan, jak Kajetan, ale patrzeć na tę starą, malowaną kukłę, twojego stryja, nie! Wolę jechać do domu.
-Ty do Kajetana masz jakąś szczególną słabość, a ja ci powtarzam, że syn wart ojca, a ojciec syna.
-Nie mam żadnej do nikogo słabości, ale i ty nie masz racji. Kajetan chuchrak i odludek, ale w Targowicy nie był.
Marek zawahał się przez chwilę, poczym rzekł:
-Dziś dzień zwierzeń, więc przyznam ci się, że po powrocie z Leżnicy, wyzwałem Kajetana na parol.
-Za co?
-Bo powziąłem podejrzenie, że to on jest przedmiotem uczuć Klarybelli.
-A choćby tak było, czy to jego wina? Zwłaszcza, jeśli on się w niej kocha?
-Trzeba być na to głazem, więc nienawidzę Kajetana, właśnie dlatego, że jej nie pokochał. Czy widziałeś większą tragedię?
-Ja w ogóle tragedii nie widziałem, wiem tylko, że takie rzeczy pan Bogusławski grywa w teatrze. Ale co ci Kajetan powiedział, gdyś go wyzwał?
-Powiedział mi po francusku, żebym się poszedł przejść.
-Ha, to już w takim razie, trzeba go było wytargać za harcap.
-Nie mogłem tego zrobić, gdyż domyśliwszy się o co mi chodzi, dodał najwyraźniej: "Nie ja jestem twoim rywalem, ale papa".
-Więc szambelan chce się naprawdę żenić, co?
-Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tak jest. Stryj sprowadził nową karocę, a sam różuje się mocniej, niż przedtem, czerni brwi, wygładza paznokcie, sypia w rękawiczkach, wypycha pończochy i chodzi w podrygach. Jeżeli się już nie oświadczył, to oświadczy się lada dzień... może właśnie dziś...
-Niesłychana rzecz! Ciekawym, jak się to skończy?
-Dla mnie? Wiem jak.
-Jazdą do Włoch. Owszem, im prędzej, tym lepiej. Tajemnica była potrzebna, póki pogłoski rozszerzali ludzie prywatni i mogli za to odpowiadać, ale obecnie po odezwie, należy wieść rozgłaszać. Ty już też rozmowy ze stryjem nie odkładaj. Wyciśnij z niego tyle dukatów, ile potrafisz, i jazda!... Wiem, że i tobie pilno. Narzekałeś, że ci nie współczuję, ale ja wszystko rozumiem. Pierwsza, choćby z twoim przeproszeniem, dziecinna miłość puści czasem tęgie korzenie i gdy przyjdzie je wyrwać z serca, to boli... Widzisz, że ja to rozumiem...
Na to Marek podniósł rozmarzone oczy w górę, ale tym razem nie ku zorzy, lecz ku księżycowi, który wytoczył się ponad olchy, nad stawem.
-Stanisławie, to nie pierwsze moje uczucie.
-Masz tobie! A jak na imię tej, która pierwsza zjadła nowalię?
Chłopak miał już w ustach odpowiedź, ale się powstrzymał i po chwili dopiero rzekł:
-Tamto była istotnie dziecinna miłość. Nie warto o tym mówić. Kochałem się nawet nie z widzenia...
-Tylko jak?
-Ze słyszenia.
Cywiński spojrzał na niego bystro.
-Mój kochany, czy ty kpisz, czy o drogę pytasz?
A Marek powtórzył:
-Nie warto o tym mówić...
W rzeczywistości zaś wstydził się przyznać, że jako zupełny dzieciak zakochał się przed kilku laty w małej córce Ludwika XVI-go Marii Teresie Karolinie, którą Rewolucja więziła wraz z małym Delfinem w Temple. Kochało się w niej wówczas wielu kawalerów w Europie i po większej części także ze słyszenia. Ale kilkunastoletni Marek postanowił ich zawstydzić i wyrwać zza krat nieszczęsną ofiarę przemocy. W tym celu, uciekł od księdza Lagrange'a, mając dwa talary w kieszeni, i dotarł walecznie aż do Kalisza. Na szczęście dla Rewolucji, dognano go tam i odwieziono do Różyc, gdzie młody bohater zachorował na odrę. Ludzie myśleli, że uciekł od stryja, i oburzenie na starego szambelana jeszcze się wzmogło, gdyż mówiono, że to nie tylko targowiczanin, ale i okrutnik.
Miłość Marka skończyła się jednakże, jak nożem uciął, gdy młodą królewnę odesłano na dwór austriacki i gdy do pani starościny Sokołowskiej przyjechała panna Klarybella Wyrożębska. Nie była to zresztą jedyna wyprawa Marka, gdyż uciekał także do wojsk Kościuszki, ale i stamtąd odstawiono go, jako małoletniego, do domu. Stary szambelan chciał skarcić surowo ten "sankiulocki" postępek, ale nie zezwolił na to ksiądz Lagrange, który wprost oświadczył szambelanowi, że w tym małym chłopcu z twarzą panienki więcej jest przedsiębiorczości, odwagi i patriotyzmu, niż w całej rodzinie Kwiatkowskich.
Cywiński liczył też obecnie na to, że chęć wojaczki przeważy w duszy Marka nad miłością do panny Wyrożębskiej.
-Wybij ją sobie z głowy - mówił - a mówię z głowy, dlatego, że na mój prosty rozum, to ty ją nosisz w głowie, nie w sercu. Gniewaj się, lub nie gniewaj, ale to tylko imaginacja, nic więcej. Byłeś prochu powąchał, to i zapomnisz.
-Przykro mi jednak, że nie odczuwasz moich cierpień.
-Jeśli jaka Włoszeczka wkręci ci się do serca, to będę odczuwał, nie bój się!
Marek odpowiedział westchnieniem.
Tymczasem doszli do wsi, a potem do dworku, w którym mieszkał ekonom Sęczek. Cywińskiemu wyprowadzono zaraz konia, ale nie zaraz odjechał, gdyż pokazało się, że brakło jednego psa, który był szczególnym Marka faworytem. Ponowne długie trąbienie okazało się na nic. Pies nie wracał. Ekonom Sęczek, który wyszedł powitać młodego dziedzica, oświadczył, że psa musieli porwać wilcy.
Cywiński potwierdził, gdyż przypomniał sobie, że gdy psy były w wykrotach, usłyszał nagły skowyt. Myślał, że pies dał odzew, wpadłszy na nowy gruby trop, ale mógł to być też i ostatni skowyt przedśmiertny.
-Śniegi głębokie - mówił - wilków włóczy się sporo i rozstawiają się pod wiatr, tak że pies, nim bestię poczuje, już zęby ma w karku.
Poczym jął się żegnać z Markiem i skoczył na kulbakę, ale Marek nie chciał go puścić.
-Dam ci człowieka z kagankiem - rzekł. -Co zrobisz jeśli ci zastąpi stado?
-Ee! Jakoś się przejedzie - odparł Cywiński.
To powiedziawszy ruszył kłusem, ku lasom. Marek i Sęczek patrzyli czas jakiś przy świetle księżyca na biały zad konia i na ciemne plecy jeźdźca, nasłuchując zarazem żwakania śledziony w podjezdku.
-Hej! - ozwał się po chwili ekonom - z pana Cywińskiego to byłby ułan jak malowanie.
-Może i będzie - odpowiedział Marek. -Dam wam jutro odezwę Dąbrowskiego.

[powrót] [rozdz.II]