Henryk Sienkiewicz

"Wiry" tom 2

ROZDZIAŁ XV

A Władysław, podczas, gdy matka była w kościele i na naradzie u prałata, udał się mimo wczesnej godziny do pani Otockiej. Na wstępie podniósł do ust obie jej ręce i całował je tak długo, że już z tego samego poznała z czym przychodzi.
-Wiedziałam, że tak będzie! wiedziałam! - mówiła ze wzruszeniem i radością.
On zaś odpowiedział drgającym, miękkim głosem:
-Nie potrzebowałem tygodnia, by pomiarkować, że żyć bez niej nie mogę.
-Wiedziałam! - powtórzyła raz jeszcze pani Otocka. -Czy mówiłeś już z matką?
-Nie. Wczoraj latałem jak nieprzytomny po mieście, potem wpadłem do Grońskiego, wróciłem do hotelu bardzo późno, a dziś rano powiedziano mi, że matka w kościele.
Pani Otocka zatroskała się znowu.
-Wczoraj - rzekła - była bardzo zagniewana, a dałby Bóg, by dała się przejednać, bo od tego dużo zależy.
-Nie wszystko - odpowiedział Władysław. -Nie mówiąc już o wielkim moim przywiązaniu do matki, czczę ją ogromnie i Bóg widzi, że rad bym stosować się zawsze do jej woli. Ale i to ma swoje granice. Gdy chodzi o szczęście, nie tylko moje, ale i najdroższej mi w świecie głowy, tego nie mogę żadnym innym względom poświęcić. Myślałem nad tym całą noc. Mam nadzieję, że matka się zgodzi, bo ufam i w jej charakter, i w tę miłość, jaką mi zawsze okazywała. Gdyby wszelako, wbrew moim nadziejom, pokazało się inaczej, to jej powiem, że to jest postanowienie, które nie może już być i nie będzie cofnięte.
-Oby jednak nie zaszła tego potrzeba - rzekła pani Otocka - bo tu idzie i o Aninkę. Wczoraj po liście, który do ciebie pisała i po odejściu pana Grońskiego, rozmawialiśmy do późna w noc. Była bardzo nerwowa i płakała, ale powiedziała tak: "Jeśli on wróci do mnie nie z całą dobrą wolą i radością, tylko dlatego, by słowa nie cofnąć, to się nigdy na to nie zgodzę. Nie ma we mnie pychy, nie liczyłam się nawet z miłością własną i napisałam mu szczerze, co jest w moim sercu, ale choćby ono miało mi się złamać, nie wyjdę za niego, jeśli mu się będzie zdawało, że się do mnie zniża..."
-Drogie, kochane stworzenie! - przerwał Krzycki.
A pani Otocka mówiła dalej:
-Potem zaczęła płakać i dodała jeszcze, że i na to się nie zgodzi, by być przyczyną rozdwojenia między synem i matką.
-Nie! powtarzam raz jeszcze, że postanowienie moje nie może być i nie będzie cofnięte. Tu w grze całe moje życie, a matka, choćby teraz nie znalazła w sobie dość dobrej woli, to znajdzie ją później. Tymczasem uczynię wszystko, by moja przyszła żona miała w niej także matkę, kochającą i wdzięczną za szczęście syna.
-Czy mogę to powtórzyć Anince?
-Po to właśnie przyszedłem. Ale mam jeszcze jedną prośbę. Ona wzięła ode mnie słowo, że przez tydzień do niej nie wrócę - i sama tylko może mnie od niego uwolnić. A przecie wobec tego, z czym tu przyszedłem, to byłaby po prostu niepotrzebna męka. Ani tydzień, ani rok już nic nie zmieni. Nic, absolutnie! Czy kuzynka zechce jej to powiedzieć i prosić ją ode mnie, ale prosić bardzo serdecznie, by mnie zwolniła ze słowa?
-Z największą chęcią i mam nadzieję, że zbyt trudno nie przyjdzie.
-Dziękuję z całej duszy i lecę teraz do matki.
Lecz zanim wyszedł, do pokoju wbiegła Marynia i poczęła spoglądać bystro to na siostrę, to na Władysława. Nikt, oczywiście, nie wtajemniczył jej w dawne stosunki Władysława i Hanki, ale wiedziała już, że panna Anney jest dawną Hanką, wiedziała wszystko, co nastąpiło potem, i kochając bardzo pannę Anney, umierała z niepokoju i zarazem z ciekawości, jak się rzeczy obrócą. Było jej tak ładnie z tym pytającym wzrokiem i niespokojną twarzą, a przy tym miała tak zabawną minę, że Krzycki, mimo całego wzruszenia, wpadł na jej widok w dobry humor. Pani Otocka milczała nie wiedząc, czy on sobie życzy mówić o swych sprawach sercowych przy Maryni, on zaś nie przerywał umyślnie przez czas jakiś milczenia, wreszcie zbliżył się do małej kuzynki i uścisnąwszy jej dłoń, ozwał się grobowym głosem:
-Za późno!
-Jak to za późno? - zapytała z przestrachem.
-Wychodzi za mąż za innego.
-Kto?
-Panna... Kajetana.
I wybuchnął szczerym, wesołym śmiechem. Marynia domyślała się, że rzeczy nie muszą stać źle, skoro Krzycki żartuje, chcąc jednak dowiedzieć się dokładnie dobrej nowiny poczęła tupać nogą i napierać się, zupełnie jak dziecko.
-Ale jak naprawdę? Ja dziś nie mogłam spać! Jak naprawdę - jak?
-Naprawdę, to nadzieja i radość, i szczęście... tam! - odpowiedział Krzycki, wskazując w kierunku mieszkania panny Anney.
Po czym, ucałowawszy ręce kuzynek, wyleciał jak z procy, albowiem było mu bardzo pilno.
Po drodze jednak spoważniał, a nawet sposępniał na myśl, że zbliża się chwila ostatecznej rozmowy z matką.
Zastał ją w hotelu, gdzie czekała go w jego własnym pokoju. Widok twarzy matczynej spokojnej i pełnej niezwykłej jakiejś słodyczy dodał mu na razie otuchy, w tej samej jednak chwili pomyślał, że łagodna perswazja, prośby, a może i łzy to będzie coś cięższego do zniesienia niż gniew - i zapytał niepewnym głosem:
-Czy mama czytała jej list?
-Czytałam - odpowiedziała pani Krzycka - ale jeszcze przedtem dowiedziałam się prawie wszystkiego od Zosi, którą Aninka sama prosiła, by nic nie ukrywała przede mną.
-Mówił mi Groński, że mama rozgniewała się na Zosię?
-Tak było, ale to się naprawi. Teraz chciałabym przede wszystkim z tobą się szczerze rozmówić.
Więc Krzycki począł opowiadać, jak w pierwszej chwili uderzył w niego jakby grom - i jak nie mógł pogodzić się z myślą, że Hanka i panna Anney to jedna i ta sama istota. Przyznał się do wahań, do zwątpień, do podejrzeń i do bólu, którym go one przejęły - i do walki wewnętrznej, i do obrachunków z sumieniem, i do wszystkiego, przez co przeszedł. Aż dopiero, gdy po przeczytaniu jej listu spostrzegł, że ten ból rodzi się właśnie z miłości dla niej, a ta walka, to jest walka z własnym sercem i szczęściem, wówczas przestał się wahać: szczęścia nie umie sobie wyobrazić inaczej, jak z tą najdroższą w świecie istotą, a bez niej nawet by go nie chciał.
Po czym jął mówić, że gdy ją poznał jako pannę Anney w Jastrzębiu, od pierwszej niemal chwili pociągnęła go z jakąś niepojętą siłą i zajęła wszystkie jego myśli. Ceni przecie wysoko Zosię Otocką, a Marynię uważa za jakieś świetlane zjawisko. Ale podziw a miłość to co innego. Przy tym ani Zosi, ani Maryni nic nie winien. Dobre były dla niego podczas gdy był ranny - i oto wszystko. A pannie Anney zawdzięcza prawdopodobnie życie i pamięta, że ona własne dla niego narażała. Czymże jej może za to wywdzięczyć i czym zapłacić za dawniejszą krzywdę, wyrządzoną prawie jeszcze dziecku? Któż więcej wart - czy on, który zapomniał i żył z dnia na dzień, łatwym, bezmyślnym i duchowo próżniaczym życiem, czy ona, której żadne nowe uczucie nie wypełniło rozłąki i która uszlachetniła swój umysł i serce w cierpieniu, w tęsknocie i pracy?
-Zaledwie śmiem, matko, wierzyć - mówił - że ona nie tylko odpuściła mi krzywdę, ale nie przestała mnie kochać. Może stało się tak dlatego, żem to ja, po raz pierwszy w jej życiu otworzył jej drzwi do świata miłości, ale niezawodnie i dlatego, że to jest całkiem wyjątkowa natura... Tak matko! - jedna z takich, która nawet w stanie pierwotnym, nawet wówczas, gdy jeszcze nie umieją zdać sobie z niczego sprawy, posiadają ten jakiś szlachetny instynkt, to jakieś wzniosłe poczucie, że miłość uszlachetnia wprawdzie wszystko, ale tylko wówczas, gdy jest wielką, gdy jest jedna na całe życie - i taką mają moc, taką głębię kochania, że do innej miłości nie są zdolne. Ale gdy się taką znajdzie, to tylko Bogu na klęczkach dziękować - i po prostu w głowie mi się miesza na myśl, że za moją winę spotyka mnie nie kara, ale takie bajeczne szczęście. Może być, że jest na świecie więcej takich kobiet, które mogą człowieka uszczęśliwić, ale ja z tą jedną chcę być szczęśliwy; może jest więcej takich, które wszystko wokół siebie uszlachetniają i podnoszą, ale ja czuję, że przez tę jedną będę coraz lepszy. Wreszcie, jest to kwestia nie tylko mego szczęścia, ale i mego honoru...
Tu, złożywszy ręce, począł jej błagalnie patrzeć w oczy, po czym mówił dalej:
-To wszystko powierzam teraz w ręce mamy: całe moje życie, całą przyszłość i spokój mego sumienia, i szczęście, i honor...
A pani Krzycka wzięła go obu dłońmi za skronie i ucałowała w czoło.
-Mój Władku - rzekła - ja jestem stara kobieta i miałam rozmaite uprzedzenia, więc ci nie powiem, że mi od pierwszej chwili przyszło łatwo zgodzić się na twoje zamiary. Wiesz, że wczoraj rozgniewałam się na Zosię Otocką, i aż do dziś rana trwałam w postanowieniu, żeby ile w mojej mocy sprzeciwić się twemu małżeństwu. Nie dziw się temu, bo skoro przyznajesz, że i w ciebie uderzył jakby piorun, to pomyśl, co się musiało dziać ze mną? Ja, jak zwyczajnie matka, miałam to na dnie duszy, że dla ciebie nawet jakaś królewna nie byłaby za wysoką partią. Ale nie tylko stary sposób myślenia, nie tylko próżność macierzyńska i nie tylko uprzedzenia podniecały mój opór. Bałam się także o twoje szczęście. Ja przeciw samej osobie Aninki, gdyby nie te wszystkie okoliczności, nie byłabym miała nic. Poznałam ją w Jastrzębiu i pokochałam szczerze; nie raz mówiłam: daj Boże, żeby wszystkie nasze panny były do niej podobne. Ale dowiedziawszy się, kto ona jest i co było między wami, zlękłam się naprzód, czy ty więcej podobnych krzywd nie wyrządziłeś w Jastrzębiu!...
-Nie, mamo - odrzekł Krzycki - daję na to słowo!
-Bo widzisz, ja myślałam, że ty jesteś zupełnie czysty, więc pomyśl, co to był dla mnie za cios...
Władysław pochylił się ku jej rękom, by ukryć twarz, albowiem mimo powagi chwili, mimo szczerego wzruszenia i niepokoju, naiwność matki wydała mu się czymś tak niesłychanym, iż obawiał się zdradzić wyrazem zdumienia, albo co gorzej - uśmiechem. "Ach - pomyślał - szczęście, że tylko za Jastrząb mam przysięgać, gdyż matce nie mógłbym powiedzieć tego, co powiedziałem Grońskiemu, że mądry wilk nie bierze nigdy w tej wsi, w której ma gniazdo..." Lecz jednocześnie przyszło mu na myśl, że trzeba być chyba aniołem, żeby mieć takie złudzenia - i uwielbienie jego dla matki wzrosło jeszcze.
A ona mówiła dalej:
-Po wtóre, brałam w rachubę i świat, i tych ludzi, wśród których musicie żyć. Wiedziałam, że niejeden, w słowach pochwali twój postępek, a w rzeczywistości będziesz musiał znosić tysiące małych przykrości i ukłuć, które cię będą póty drażnić i jątrzyć, póki nie zaprawią cierpieniem i goryczą nawet twego uczucia dla żony; szło mi o twe szczęście, którego w zaślepieniu pragnęłam dla ciebie przede wszystkim. I dopiero dziś rano zdjęto mi łuskę z oczu... Niby to takie rzeczy się wie i głosi, a jednak z prawdziwym zdziwieniem i jakby coś zupełnie nowego usłyszałam, że szczęście to wcale nie najważniejsza rzecz w życiu i że nie ono powinno być największą troską matki... A przedtem obmyto mi ręce z pychy i kazano się rządzić sumieniem - więc ja, mój Władku, nie mogę odwodzić cię od tego małżeństwa.
Władysław usłyszawszy to pochylił znów głowę do rąk matki i począł je okrywać pocałunkami.
-Ach, mamo droga - powtarzał - ach, mamo, jakim ja szczęśliwy!
-I ja - odpowiedziała Krzycka. -Bo obawiam się jeszcze i o to, czy twoje uczucie nie jest powierzchowne, oparte na złudzeniach i wyobraźni, ale po tej naszej rozmowie widzę, że ty Aninkę kochasz prawdziwie.
-Tak jest! to siedzi bardzo głęboko i dałoby się wyrwać chyba razem z życiem.
-Wierzę, wierzę.
I tak zapewniając się wzajem, oboje mówili zupełnie szczerze i zarazem łudzili się oboje. Władysław bowiem miał zapalną głowę, łakome zmysły i miękkie serce, ale żył przeważnie na zewnątrz i żadne z jego uczuć nie mogło wyrastać z wielkich głębin, gdyż w ogóle nie był człowiekiem głębokim.
Lecz pani Krzycka, wierząc w każde jego słowo, jak w ewangelię, rzekła z wielką otuchą:
-To niechże cię Bóg błogosławi, moje dziecko. Mówmy obecnie tylko o tym, co nastąpi. Ja rozumiem przecie i to, że raz się zgodziwszy trzeba się zgodzić nie przez pół, ale całym sercem; trzeba przyjąć Aninkę z otwartymi ramionami i dać jej poznać, że to ona wyrządza nam łaskę, za którą powinniśmy być jej wdzięczni.
-Tak! bo też to ona - zawołał z zapałem Władysław.
-Dobrze, dobrze - odpowiedziała z uśmiechem pani Krzycka. -Teraz wypada mi pójść do niej i podziękować od siebie. Przypuszczam też, że Aninka cofnie potem ten warunek, żebyś się nie pokazywał u niej przed tygodniem.
-Ma się starać o to i Zosia, ale naturalnie słowa mamy będą skuteczniejsze.
-Kiedy chcesz, żebym poszła?
A Krzycki złożył znów dłonie:
-Zaraz, mateczko, zaraz!
-Dobrze, czy tu zaczekasz na mnie, czy u Zosi?
-Tu, bo Zosia może być z Marynią na próbie. Ona czasem sama ją odprowadza.
Pani Krzycka podniosła się ciężko z krzesła, gdyż dzień miała od rana męczący, a reumatyzm chwytał ją coraz silniej. Rozprostowawszy jednak nogi, ruszyła raźnie przed siebie. Myśl, że się trudzi dla swego chłopaka, czyniła jej przyjemnym trud i wysiłek.
Lecz po drodze poczęła myśleć o rzeczach, o których dotychczas nie było wcale mowy między nią i synem. Należała ona do tego gatunku kobiet, często trafiającego się wśród szlachcianek wiejskich, które w trosce o byt i majątek dzieci doskonale umieją podszywać idealny płaszcz realną podszewką. W swoim czasie całe gospodarstwo w Jastrzębiu było na jej głowie i z tego powodu miała mnóstwo kłopotów i przyzwyczaiła się ciągle z nimi walczyć, więc i obecnie myśli jej zwróciły się ku materialnej stronie sprawy.
"Zgodziłabym się na to małżeństwo - myślała, jakby usprawiedliwiając się sama przed sobą - choćby Aninka nie miała nic, ale ciekawa jestem, ile też ona może mieć?"
Po czym jęła się pieścić nadzieją, że Aninka nie ma może milionów i jak na Angielkę nie jest bardzo bogata, ale że to, co w Anglii uważa się za skromny majątek, w Polsce jest wielką zamożnością.
I wśród takich rozmyślań zadzwoniła do panny Anney.
Wizyta odbyła się tak, jak należało się spodziewać. Pani Krzycka była poczciwa, wdzięczna, macierzyńska i w chwili, w której w serdecznych słowach oddawała życie i szczęście syna w ręce panny Anney, "swojej drogiej córki" - w miarę patetyczna. Panna Anney była także w miarę patetyczna i także serdeczna, a przy tym prosta, cicha, skupiona w sobie i zachowująca się jakby z pewną ostrożnością, pomimo, iż o przeszłości nie było wcale mowy. Pani Krzyckiej zostało nawet wrażenie, że tej "rezerwy" było o włos za dużo. Rozumiała doskonale, że byłoby nietaktem ze strony panny Anney okazywać zbyt wiele entuzjazmu i przyznawała jej zupełną słuszność - a jednak wyniosła na dnie serca jakby trochę zawodu, gdyż z drugiej strony taiło się w niej przekonanie, że kobieta, która dostaje "Władka", i będzie nosić jego nazwisko, byłaby usprawiedliwiona, choćby oszalała z radości.
Wróciwszy do hotelu, nie przyznała się jednak do tego wrażenia synowi, lecz poczęła obsypywać Aninkę pochwałami i mówić o niej tak gorąco, że obojgu stanęły łzy w oczach. Władysław pytał zresztą przede wszystkim, czy "tabu" zostało zdjęte i zakaz odwołany, a dowiedziawszy się, że tak jest, w kwadrans później byt już u nóg Hanki.
-Moja ukochana, moja pani anielska, moja żono! - mówił, obejmując jej kolana.

[powrót] [rozdz.XVI]