Henryk Sienkiewicz

"Wiry" tom 1

ROZDZIAŁ XV

W chwili gdy panna Anney podniosła ranionego Władysława, służba była na drugim końcu domu. Najbliżej, bo w sieni przy bilardzie, znalazły się pani Marynia i Otocka. Te, wypadłszy na ganek i widząc pannę Anney podtrzymującą rannego, poczęły za jej przykładem krzyczeć wniebogłosy. Ona tymczasem usadziła go na ławce w ganku i otoczywszy go ramieniem wołała o wodę. Obie siostry pobiegły po nią do kredensu i zaalarmowały cały dom. Zleciało się wszystko, co żyło. Pojawił się i Groński, który jednak w pierwszej chwili stracił głowę i dopiero opamiętawszy się wysłał co prędzej panią Otocką do pani Krzyckiej, by ją ostrzegła o wypadku. Tymczasem panna Anney kazała służbie przenieść rannego, sama zaś musiała zająć się przez chwilę swą służącą, która na widok Krzyckiego poczęła wyć i spazmować. Groński poleciał do stajni, by natychmiast wyprawić konie po doktora.
Lecz zanim wniesiono rannego do jego pokoju, nadbiegła matka, która na wiadomość o nieszczęściu zapomniała o swoich reumatyzmach i sama pomagała w przenosinach syna, w rozbieraniu go i układaniu na łóżku, a następnie poczęła mu obmywać rany gąbką. Władysław popadł z powodu znacznego upływu krwi w długie omdlenie, a po odzyskaniu na krótko przytomności zemdlał powtórnie, skutkiem czego nie mógł dać żadnych objaśnień o wypadkach. Powtórzył tylko kilkakrotnie: "W lesie, w lesie!" - z czego można było wywnioskować, że napad miał miejsce nie na gościńcu publicznym, ale w granicach Rzęślewa lub Jastrzębia.
Tymczasem ozwał się przed gankiem turkot bryczki, a w chwilę później Groński wywołał pannę Anney z jej pokoju, w którym zmieniała naprędce ubranie zalane krwią.
-Jadę sam - rzekł. -Stangret jest także ranny i zajęła się nim gospodyni, a żaden z fornali nie chce jechać. Wszyscy się boją i odmawiają stanowczo. Gotów jechać tylko stary lokaj Antoni, ale myślę, że on jeszcze mniej umie powozić niż ja.
-Trzeba natychmiast jechać po doktora - odpowiedziała panna Anney przykładając dłonie do rozpalonych policzków - ale trzeba się zająć i obroną domu. Niech pan biegnie jeszcze do czworaków i pośle po gajowych, żeby tu przyszli z bronią. Inaczej tamci gotowi go tu dobić.
-Prawda!
A ona mówiła śpiesznie dalej:
-Trzeba też posłać po ludzi do tartaku i dać im strzelby. Parobcy ruszą się za ich przykładem. Prawdopodobny jest napad na dwór, a tu same kobiety. Pan musi się zająć obroną. Niech pan idzie natychmiast i posyła po gajowych.
Groński uznał słuszność tych rad i ruszył niezwłocznie ku zabudowaniom folwarcznym. Było istotnie możliwym, że napastnicy, nie wiedząc, jaki skutek odniosły ich strzały, zechcą się o tym przekonać, aby w danym razie dokończyć roboty. Tak stało się już w kilku wypadkach, a wobec tego chodziło o wszystkich, przede wszystkim zaś o kobiety. Grońskiemu, który nie był człowiekiem energicznym, ale nie był też i tchórzem, dodała energii myśl o droższej mu nad wszystko w świecie Maryni. I natychmiast rozesłał parobków po gajowych, jak również do tartaku, gdzie pracowało kilkunastu ludzi, o których wiedziano zarówno we dworze jak na wsi, że czytują "Polaka" - i nie boją się nikogo. Czeladź dworska ochłonęła też bardzo prędko z pierwszego przerażenia. Powód tego był taki, że ranny stangret, lubo nie widział napastników, którzy strzelali z gąszczów, twierdził jednak z wszelką pewnością, że to "rzęślewiaki napadły na dziedzica" z powodu zatargów o las. To odjęło sprawie wszelką tajemniczą grozę, chłop zaś nie boi się niebezpieczeństwa, ale tajemnicy. Przy tym, ponieważ między ludźmi z Jastrzębia i Rzęślewa istniała pewna zastarzała niechęć, datująca jeszcze od czasu sporów o graniczną strugę, więc jak tylko wieść o zamachu rzęślewiaków rozeszła się po wsi, jastrzębiacy nie tylko przestali się bać, ale jęła się w nich rodzić chęć pomsty. Parobcy dworscy poczęli się teraz wstydzić tego, że odmówili jazdy po doktora. Inni, dowiedziawszy się, że Rzęślewo chce napaść na jastrzębski dwór, pochwytali za widły i powyciągali koły z płotów. Groński, który wiedząc o przysłanym Władysławowi wyroku śmierci z miasta, inaczej patrzył na sprawę, zachował swój pogląd dla siebie, rozumiejąc, że chłop, chociaż zrazu często okazuje jakąś niezwyczajną lękliwość, jednakże gdy raz zdecyduje się wyciągnąć kół z płota, to już nie zlęknie się byle kogo.
Więc rad z takiego obrotu rzeczy, zabrał ze sobą tęgiego fornala, który podjął się zawieźć go do miasta, i wrócił do dworu, by ruszyć po doktora. Lecz tu czekała go niespodzianka, albowiem przed gankiem nie było już ani śladu bryczki, w ganku zaś stał stary lokaj Antoni z twarzą bezradną i panna Marynia, blada, przestraszona, ze łzami w oczach, która ujrzawszy go poczęła wołać:
-Jak pan mógł pozwolić jej samej jechać! Jak pan mógł pozwolić!?
-Panna Anney sama pojechała do miasta?! - zakrzyknął Groński.
I na twarzy jego odbiło się takie zdumienie, iż łatwo było odgadnąć, że nie stało się to z jego wiedzą i wolą.
-Na Boga! - mówił - wyprawiła mnie na folwark dla zarządzenia obrony i ani mi do głowy nie przyszło, że tymczasem skoczy na bryczkę i pojedzie. Ani mi do głowy nie przyszło.
Ale Marynia nie przestała lamentować.
-Zabiją ją w lesie, zabiją - powtarzała załamując ręce.
Groński, by ją uspokoić, obiecał jej, że natychmiast wyśle pomoc, ale wróciwszy na folwark, zaczął rozumować: jeśli sam siądzie na koń i pojedzie, to nic nie wskóra, a zostawi dom bez męskiej głowy i Marynię bez obrony; jeśli wyśle parobków, to nim dojadą do lasu, panna Anney go minie. Musiała przecież jechać co koń wyskoczy. Można jej było zabezpieczyć jako tako powrót, ale posyłać ludzi dla zabezpieczenia jej przejazdu przez las w stronę do miasta było stanowczo zbyt późno.
Uznał to i Dołhański, który nie wiedząc o niczym powrócił wypadkowo w pół godziny później z Górek do Jastrzębia. Dowiedziawszy się o wypadku i o wyprawie panny Anney, nie mógł się jednak wstrzymać od okrzyku:
-Ależ to dzielna dziewczyna! Chciałbym być Krzyckim.
Po czym idąc z Grońskim, by zobaczyć ranionego dodał:
-Trzeba będzie wyjść na jej spotkanie i ja się tym zajmę.
Władysław był już zupełnie przytomny i chciał wstawać. Nie uczynił tego tylko na prośby i zaklęcia matki. Obaj przyjaciele nie powiedzieli mu oczywiście, kto pojechał po doktora. Oznajmili mu tylko, że doktór niebawem przyjedzie i po krótkim czasie wyszli, mając co innego do roboty. Dołhański objął teraz komendę nad zaimprowizowaną załogą, która miała bronić dworu. Groński nie spodziewał się w nim tak nadzwyczajnych zasobów energii, zimnej krwi i pewności siebie, udzieliło się to wnet służbie leśnej i dworskiej i organizacja obrony nie poszła trudno. Dwaj gajowi jastrzębscy i jeden rzęślewski, który nadszedł później, posiadali własne strzelby, a we dworze znalazło się sześć sztuk broni myśliwskiej Władysława, w tym dwa sztucery. Dołhański rozdał cały ów arsenał ludziom, umiejącym obchodzić się z bronią. Ze wsi zgłosiło się kilku czeladzi gospodarskiej, którzy odbyli wojnę japońską. W tych warunkach można się było nie obawiać napadu, zwłaszcza że nie mógł już przyjść niespodziewanie. Robotnicy z tartaku, wielce uświadomieni narodowo, mieli nawet ochotę, "żeby się coś zdarzyło" - i żeby mogli pokazać, jak się nieproszonym gościom "wyciera zęby".
Urządziwszy wszystko w ten sposób Dołhański powierzył Grońskiemu obronę dworu i kobiet. Uspokoił je jednak przedtem co do panny Anney zapewnieniem, że wracał z Górek przez te same lasy i przejechał bezpiecznie. Była to istotnie prawda. Ale co więcej, nie spotkał wcale Angielki, którą powinien był spotkać, z czego wypadało, że odważna, ale i roztropna panna pojechała widocznie inną, poboczną drogą. Ponieważ jednak do miasta nie było daleko i powrotu jej należało się wkrótce spodziewać, przeto wziąwszy dwóch gajowych uzbrojonych od stóp do głów ruszył na jej spotkanie. Groński znów musiał podziwiać jego "tupet" i pomysłowość, z jaką przesłał w imieniu "Komitetu Centralnego" rozkaz do chłopów na wieś, by w razie, jeśli usłyszą strzały w lesie, szli na pomoc z całą gromadą. Chłopi nie wiedzieli, co to jest "Komitet Centralny", Dołhański również. Wiedział tylko, że sama nazwa uczyni wrażenie, a domysł, że jest to jakaś polska władza, zapewni jej tym chętniej posłuch.
Lecz były to zbyteczne ostrożności, gdyż pokazało się, że w lesie jastrzębskim i w rzęślewskim, który ciągnął się wzdłuż drugiego brzegu drogi, nie ma nikogo. Ci, którzy strzelali do Krzyckiego, wynieśli się, widocznie w obawie pościgu, z należytym pośpiechem, albo też czekając nocy zataili się gdzieś w dalekich zaroślach należących do innych wsi. Jeden z gajowych, który poprzednio wypytał dokładnie stangreta o miejsce, w którym była zasadzka, znalazł jednakże, przetrząsając pobliskie gąszcza, wystrzelone gilzy browningów, wskutek czego upadło przypuszczenie, że zamachu dopuścili się komornicy rzęślewscy. Dołhański nie wątpił już, iż to, co się stało, było następstwem wyroku, o którym dowiedział się od Grońskiego. Ale to właśnie wydało mu się "bardziej interesującym". Pomyślał, że spotkać napastników i rozprawić się z nimi we właściwy sposób, byłby to rodzaj hazardu, wcale nie pozbawiony pewnego uroku. Jakoż znaleziono wkrótce jeszcze kilka pustych gilz browningowych, lecz dalsze poszukiwania pozostały bez rezultatu.
Wówczas Dołhański zawrócił na gościniec, prowadzący do miasta, i w pół godziny później spotkał wracającą co koń wyskoczy pannę Anney, za którą siedział w tyle bryczki doktór.
W mieście dzień był targowy, zdarzyło się więc, że w tym samym czasie kilkanaście fur z Jastrzębia i z Rzęślewa wracało do domów i na drodze ruch był dość znaczny. Wskutek tego panna Anney nie przestraszyła się widokiem idących naprzeciw trzech zbrojnych ludzi, a po chwili, poznawszy Dołhańskiego, zaczęła wstrzymywać konie.
-Jak ranny? - zapytała.
-Przytomny. Dobrze.
-Co w domu?
-Nic nowego.
-Chwała Bogu!
Bryczka pomknęła znów i po chwili skryła się w kłębach kurzawy, a Dołhański, nie mając dalej nic do roboty, zawrócił również do Jastrzębia.
Idący za nim gajowi poczęli rozmawiać ze sobą i udzielać sobie wzajem uwag o pannie, "co tak powozi jak najlepszy furman". Dołhańskiemu zaś został również w oczach obraz młodej i urodziwej dziewczyny, z lejcami w rękach, z rozgonioną twarzą i rozwianym włosem. Ile w tym wszystkim było rozwagi i rozmachu! Nigdy dotychczas panna Anney nie wydawała mu się tak uroczą. Wiedział od Grońskiego, w jaki sposób wyrwała się do miasta i zachwycał się nią szczerze. - "To nie nasze przezroczyste i trzęsące się z lada powodu galaretki - mówił sobie - to życie! to dzielność! to krew!" - Podziwiał on zawsze wszystko, co angielskie, zacząwszy od Izby Lordów, a skończywszy na wyrobach z żółtej skóry, ale obecnie podziw jego wzrósł jeszcze. "Jeżeli i jej posag oblicza się nie na złote polskie, ale na gwineje - monologował dalej - to Władek w czepku się rodził". I ponieważ był egoistą, a przy tym człowiekiem odważnym, więc po chwili przestał sobie zaprzątać głowę Krzyckim oraz niebezpieczeństwem, jakie groziło wszystkim i jemu samemu, a począł rozmyślać o swym położeniu w świecie. Przypomniał sobie, że raz jeden w życiu mógł się sprzedać za gruby posag, ale z takim dodatkiem, że wolał się wszystkiego wyrzec. Gdyby jednak znaleźć dodatek podobny do panny Anney! I nagle ogarnął go pewien żal, że po poznaniu jej nie zajął się nią bliżej i nie starał się wzbudzić ku sobie jej zajęcia. Kto wie, myślał, czy w swoim czasie nie byłoby to możliwe. Ale w takim razie może należało przedstawić się jej bardziej rycersko i romantycznie, a mniej klubowo i drwiąco. Widocznie to nie było jej genre. Przede wszystkim jednak nie należało się łudzić co do pani Otockiej. Dołhański podejrzewał od pewnego czasu kuzynkę o ukryty sentyment do Grońskiego i jednocześnie nie mógł zrozumieć, co w Grońskim mogło się kobietom podobać. Obecnie jednak ogarnęło go pewne zwątpienie o sobie samym, czuł bowiem wbrew dobrej opinii, jaką miał o sobie, że było w nim coś chybionego, że w jego wewnętrznym mechanizmie brakło jakiegoś kółka, bez którego cały mechanizm nie szedł jak należy. "Jeżeli bowiem - rozmyślał dalej - ja mogę utrzymać się na powierzchni tylko przez bogaty ożenek, a mój genre nie podoba się ani pani Otockiej, ani pannie Anney, ani w ogóle kobietom, tedy jestem podwójnym durniem - raz dlatego, iż myślałem, że będzie się podobał, po wtóre, że nie mogę się zdobyć na to, by go zmienić". A czuł, że istotnie nie będzie się mógł na to zdobyć, i z powodu lenistwa, i z obawy, by się nie wydać śmiesznym.
-A wobec tego trzeba będzie chyba skończyć na Kajetanie z przyległościami!
W kwaśnym usposobieniu powrócił do Jastrzębia i zarządziwszy straże nocne udał się do domu, gdzie zastał nowiny lepsze. Doktór stwierdził, że Władysław ma rozerwany lewy bark, ponieważ jednak strzał dany był z dołu ku górze, przeto kula przeszła nad szczytem płuca. Druga obsunęła się po żebrze, rozdzierając na znacznej przestrzeni skórę, trzecia zniosła koniec małego palca. Rany były bolesne, ale nie niebezpieczne. Stangret dostał tylko obcierkę po głowie. Najciężej postrzelony był lewy lejcowy koń, który jednak z powodu małego kalibru kuli, zdołał wraz z innymi docwałować do domu i zdechł dopiero w godzinę po powrocie.
Wszystko to jednak dowodziło, że napad nie był jakąś doraźna zemstą bezrolnych rzęślewskich za obronę lasu, ale uplanowanym zamachem. Z tego powodu Groński był zdania, że pani Otocka z Marynią powinny wyjechać nazajutrz. Sam chciał odprowadzić je do kolei i wrócić. Ale one obie oświadczyły, że teraz właśnie zostaną dopóty, dopóki wszyscy nie będą mogli wyjechać. Panna Marynia pierwszy raz w życiu pokłóciła się przy tej sposobności z Grońskim i skończyło się oczywiście na tym, że on ustąpił. Zresztą wyjazd nie został na długo odłożony, doktór bowiem obiecał, że za jaki tydzień można będzie przy zachowaniu wszelkich ostrożności przewieść rannego do Warszawy. Pannie Anney nikt nie próbował nawet doradzać natychmiastowego wyjazdu.
Na tych naradach zeszła reszta wieczoru. Koło dziesiątej doktór Szremski zrobiwszy, co do niego należało, chciał wyjechać do miasta, ale ze względu na panią Krzycką został na noc, a ponieważ był utrudzony bardzo, udał się do pokoju Grońskiego i usnął zaraz. Panie podzieliły między sobą prace w ten sposób, że obie siostry miały czuwać nad panią Krzycką, która po chwilowym podnieceniu zapadła ciężko na bicie serca i duszność - panna Anney zaś, na spółkę z Grońskim, podjęła się spędzić noc przy rannym.

[powrót] [rozdz.XVI]