Henryk Sienkiewicz

"Wiry" tom 1

ROZDZIAŁ XII

Groński i Krzycki uważali zapowiedź Dołhańskiego za żart, za jeden z takich konceptów, jakie często przychodziły mu do głowy, on jednak dotrzymał słowa, albowiem nazajutrz oświadczył się całkiem poważnie pani Otockiej, a po otrzymaniu równie poważnego kosza pojechał do Górek i osiadł tam na czas pewien. Młode panie, a nawet pani Krzycka były tym wszystkim wielce rozbawione i rozciekawione, zwłaszcza gdy nadeszła wiadomość, że strajk rolny w Górkach ustał tegoż samego dnia, w którym Dołhański się tam pojawił. Ustał on wprawdzie po kilku dniach i w Rzęślewie, po części siłą rzeczy z wrośniętego w chłopskie dusze przekonania, że ze "świętą ziemią" nie ma żartów, a po części z powodu wiadomości, która rozeszła się po wsi, iż ktoś z jakiegoś komitetu ma przyjechać i sprawę sądzić. Tak było ze służbą dworską. Co do chłopów i gospodarzy, ci nie chcieli jeszcze zgodzić się na szkołę i nie wyrzekli się objęcia dworskich gruntów, ale również oczekiwali tego kogoś z obawą i nadzieją, wierząc święcie, że nie testament i nie prawo, ale ta jakaś nieznana siła będzie o wszystkim stanowiła. Tymczasem nastały jednak po wsiach dni spokojniejsze - i pomimo doniesień dzienników o zwiększającym się w miastach zamęcie Krzycki wierzył, iż miejscowa burza już przeszła, a tę jego wiarę podzielali i goście. Ponieważ doktór zapowiedział, że z wyjazdem pani Krzyckiej należy zaczekać tylko do pierwszej ulgi w jej cierpieniach, więc Władysław postanowił korzystać, jak mógł najlepiej, z tego krótkiego już czasu, przez jaki młode panie miały pozostać jeszcze w Jastrzębiu. Rozpoczęły się wycieczki konne, które odbywały się, o ile deszcz nie stanął na przeszkodzie, co rano i były szczególnie mile Krzyckiemu z tego powodu, że jeżdżący trochę po łacinie Groński dotrzymywał towarzystwa swej "adoracji", on zaś mógł spędzać całe godziny sam na sam z panną Anney. Jeżdżąc oboje doskonale, wysuwali się zwykle naprzód i najczęściej ginęli z oczu w oddaleniu. Czasem puszczali się w cwał i upajali się szalonym pędem, powietrzem, słońcem i sobą wzajem. Czasem jechali równo, wolno, strzemię w strzemię - i wówczas kłopotliwe, a pełne niewypowiedzianej rozkoszy milczenie, w jakie chwilami zapadali, zawiązywało między nimi jakieś węzły, jeszcze silniejsze od tych, jakie zawiązywała rozmowa. Krzycki ogarniał wzrokiem postać złotowłosej panny, podobną na koniu do boskich kształtów greckiego albo etruskiego dzbana - i poił nią oczy; słuchał jej głosu i zdawało mu się, że to jest muzyka jeszcze doskonalsza od tej, która płynęła ze skrzypiec panny Maryni. W chwilach, gdy podsadzając na koń dziewczynę, podstawiał dłoń pod jej stopę, całą siłą woli musiał powstrzymywać się, by nie przyklęknąć i nie przycisnąć do tej stopy ust i czoła. I nieraz myślał, że gdyby ośmielił się to uczynić, to chciałby pozostać w takiej postawie jak najdłużej. Rwały się ku tej kobiecej istności wszystkie jego zmysły. Miłość jego stawała się z każdym dniem podobniejszą do wiru, który wszystko w siebie wciąga i pochłania. Zdawało się Krzyckiemu, że powietrze, słońce, pola, lasy, łąki, zapach drzew i kwiatów, śpiew ptasi i wieczorne granie panny Maryni, to tylko jakieś żywioły tej miłości, które do niej należą, wchodzą w jej skład - i które bez niej byłyby czymś błahym i beztreściwym. Lecz przede wszystkim ten wir chwycił jego samego i pogrążał go coraz głębiej, z siłą, której z każdym dniem coraz słabiej próbował się opierać, z tej prostej przyczyny, że ta otchłań wydała mu się otchłanią szczęścia. Krzycki nie oddawał już panny Anney żadnemu Anglikowi z "wystającą szczęką" ani Szkotowi "z gołymi kolanami" ale nie byłby jej oddał za całą Anglię i Szkocję. Przestał w siebie wmawiać, że to jest tylko typ kobiety, którą mógłby pokochać, a natomiast wyznał sobie szczerze, że to jest osoba, którą pokochał. Miłość zrodziła w nim jasną i stanowczą wolę, więc myślał już z całą ścisłą logiką uczucia, że tę droższą mu nad wszystko i najbardziej pożądaną istotę chce zdobyć, zabrać i mieć na całe życie. Droga do tego była tylko jedna - przeto postanowił na nią wstąpić z taką bezwzględną gotowością, z jaką człowiek chce być szczęśliwym. Nieraz też drżało mu na ustach wyznanie, które jednak powstrzymywał i odkładał z dnia na dzień, naprzód z powodu lęku, jaki odczuwa każde rozkochane serce, a po wtóre, przez wyrachowanie. Jeżeli bowiem miłość jest ślepa, to z pewnością nie na to, co przynosi jej korzyść. Umie ona nawet korzyści i przeszkody ważyć na tak delikatnych wagach, że pod tym względem jest może najostrożniejszym, najbardziej przewidującym i najprzebieglejszym z ludzkich uczuć. Otóż Krzycki zauważył, że między jego matką a panną Anney zawiązuje się sympatia, którą ze strony młodości, zdrowia i siły wytwarza pewna przyjazna opieka, ze strony słabości i starszego wieku - wdzięczność. Wszystkie trzy panie były wielce troskliwe o jego matkę, ale ani troskliwość pani Otockiej, ani Maryni nie była tak czujna i tak skuteczna jak troskliwość panny Anney. Pani Krzycka otwarcie mówiła, że nawet Władysław nie przetacza z pokoju do pokoju z taką zręcznością fotelu, do którego przykuła ją chwilowa niemoc, nawet on nie umie tak wszystkiego przewidzieć i tak jej dogodzić, jak ta jasnowłosa "angielska dobra wróżka". A Krzyckiemu przechodziło nieraz przez głowę, że zapewne "dobra wróżka" czyni to wszystko przez dobroć i przez szczerą przyjaźń do matki, ale także i dlatego, by ją sobie zjednać. I serce drżało mu z radości na myśl, że może nadejść chwila, w której życzenia matki zbiegną się z tym, czego on sam najmocniej w życiu pragnął. Obawiał się, że przedwczesnym wyznaniem może rozciąć te węzły, które zawiązywały się same przez się, i dlatego powściągał słowa, które nieraz paliły mu jakby płomieniem usta.
Zresztą wyznaniem było między nimi wszystko: rozmowy, milczenie, spojrzenia. Krzycki nie śmiał i nie chciał dotychczas powiedzieć jej wyraźnie, że ją kocha, chciał natomiast każdym słowem torować sobie drogę i zbliżać się do upragnionej chwili. Tymczasem zdarzało mu się, że albo z powodu braku tchu nie mógł wcale przemówić, albo też, że mówił zupełnie co innego, niż zamierzał. Raz, gdy jechali wśród wybujałych ozimin i gdy powiew wiatru pochylał ku nim źdźbła żyta, a wraz z nimi czerwone maki i szare kostrzewy, postanowił jej powiedzieć, że cały Jastrząb skłania się do jej stóp, a powiedział z wielkim biciem serca i głuchym nieswoim głosem, "że zboża się miejscami pokładły". Po czym nazwał się w duchu idiotą i zgryzł się przypuszczeniem, że i jej podobny o nim sąd musiał niezawodnie przyjść do głowy. Zdawało mu się też, że ona bez porównania lepiej nad sobą panuje i że mówi zawsze tylko to, co chce. Wskutek tego, nawet wówczas gdy trochę przez kokieterię a trochę dlatego, że miała taki zwyczaj, powtarzała jak echo jego wyrazy i odpowiadała mu na przykład, że "zboża miejscami się pokładły" - dopatrywał w jej słowach niesłychanego znaczenia i rozważał je potem godzinami.
Lecz miewał także, zwłaszcza rankami, chwile większego uciszenia się zmysłów i większego spokoju, w których słowa jego mniej były podobne do niesformowanych w szereg żołnierzy, maszerujących każdy w inną stronę. Czasami tematu do tych spokojniejszych rozmów dostarczały jakieś sprawy zewnętrzne, a najczęściej troska z powodu bliskiej rozłąki. Krzycki krył się wówczas za matkę i w jej imieniu wypowiadał to, czego nie śmiał wypowiedzieć we własnym.
-Wyobrażam sobie - rzekł nazajutrz po drugiej wizycie doktora - jak matka będzie tam tęskniła za panią!
A dziewczyna, której widocznie przyszło do głowy, że nie tylko matka, ale i syn będzie tęsknił zupełnie dostatecznie, spojrzała nań trochę przekornie rozemgloną smugą swych dziwnych oczu i odrzekła:
-Ja jestem taki przelotny ptak! Matka pana prędko odzwyczai się ode mnie.
-O, ręczę pani, że nie! - zawołał Krzycki.
Po czym dodał:
-Ja matkę znam! Ona ogromnie panią pokochała.
-Nie ma przecie trzech tygodni od naszego przyjazdu. Czyż można kogo tak prędko pokochać?
Na to Krzycki odrzekł z głębokim przekonaniem:
-Można! daję pani słowo, że można.
Było coś tak naiwnego w sposobie i tonie tej odpowiedzi, że panna Anney nie mogła powstrzymać uśmiechu. Lecz on spostrzegł to i począł mówić szybko, jakby chcąc się wytłumaczyć i usprawiedliwić:
-Alboż wiadomo, skąd się bierze kochanie? Nieraz od pierwszego rzutu oka na ludzką twarz ma się takie wrażenie, jakby się znalazło kogoś, kogo się od dawna szukało. Są jakieś niezbadane siły, które wzajem przyciągają ludzi, choćby się przedtem nigdy nie widzieli i choćby żyli z dala od siebie.
-A czy takie istoty muszą się zawsze spotkać kiedyś ze sobą?
-Nie - odpowiedział - myślę, że nie zawsze. Ale wtedy może ciągle tęsknią, same nie wiedząc za czym, i czują wieczną pustkę w życiu.
I tu jakby mimo jego woli poczęła przemawiać jego ustami szczera poezja młodości i uczucia:
-Pani nazwała się ptakiem przelotnym - mówił. -Kochanie to także ptak - tylko nie przelotny, lecz chyba raczej przylotny... Bo nadleci niespodzianie gdzieś z dala, zza gór, zza mórz, zagnieździ się w sercu i poczyna śpiewać taką pieśń, że człowiek słuchając jej chciałby zamknąć oczy i nie zbudzić się nigdy.
I tak mówiąc, aż pobladł ze wzruszenia. Przez chwilę targała nim jak wicher chęć, by zeskoczyć z konia, objąć ramionami nogi dziewczyny i zawołać: "Tyś jest to kochanie, więc nie odlatuj, mój ptaku drogi!" Ale jednocześnie chwycił go ogromny lęk przed tą chwilą - i przed tą nocą, która by go ogarnęła, gdyby jego prośba okazała się daremną.
Więc tylko odkrył głowę jakby chcąc odsłonić rozpalone czoło. Długą ciszę, jaka między nimi zapadła, przerywało tylko parskanie koni, które szły teraz stępa, roniąc spod wędzideł białą pianę.
Po czym panna Anney ozwała się jakimś niezwykłym, przygłuszonym głosem, który brzmiał trochę jak przestroga:
-Słyszę, że pan Groński z panną Marynią nadjeżdżają.
-Tak - odpowiedział Krzycki.
Jakoż druga para zbliżyła się niebawem - wesoła i ożywiona. Panna Marynia poczęła już o kilka kroków wołać:
-Pan Groński opowiadał mi śliczne rzeczy o Rzymie. Żałujcie państwo, żeście nie słyszeli.
-Więcej o okolicach Rzymu niż o Rzymie - rzekł Groński.
-Tak. Byłam w Tivoli, byłam w Castel Gandolfo, w Nemi... Cuda! Będę teraz póty męczyła Zosię, póki tam naprawdę nie pojedziemy - i pan Groński z nami.
-A mnie zabierzesz? - zapytała panna Anney.
-A jakże! Pojedziemy wszyscy na jesień albo na przyszłą wiosnę. Czy państwo także mówili o jakiej wyprawie?
Przez chwilę nie było odpowiedzi.
-Nie - odpowiedziała wreszcie panna Anney. -My mówiliśmy o ptakach przelotnych.
-Teraz przecie wiosna i ptaki nie odlatują.
-A jednak panie zbierają się do odlotu - ozwał się z westchnieniem Krzycki.
-Prawda - odpowiedziała Marynia - ale dlatego, że ciocia wyjeżdża. A i ona (tu pokazała szpicrutą na pannę Anney) namawia nas, żebyśmy pojechały wszystkie trzy tam, dokąd doktór ciocię wyśle.
Po czym do Krzyckiego:
-Pan nie uwierzy, jaka ona poczciwa i jak ciocię pokochała.
-Ja nie uwierzę, ja ? - zawołał z zapałem Krzycki.
Lecz panna Anney, która przed chwilą zapytywała go, czy można kogo tak prędko pokochać, zmieszała się ogromnie i puściwszy lejce poczęła obu rękoma poprawiać coś przy kapeluszu, chcąc zakryć nim spłonioną jak zorza twarz.
Krzycki miał niebo w sercu, a panna Marynia czas jakiś spoglądała swymi przeźroczystymi oczyma to na niego, to na nią, gdyż nie było już i dla niej tajemnicą, że Krzycki był po uszy zakochany - a rozciekawiło ją to i bawiło niesłychanie.

[powrót] [rozdz.XIII]