Henryk Sienkiewicz

"Wiry" tom 1

ROZDZIAŁ XI

Odległość między miastem a Jastrzębiem nie wynosiła więcej nad półtorej mili drogi. Z tego powodu Groński, rejent i Szremski byli już około czwartej na miejscu. Czekano ich z obiadem, ale tymczasem Władysław poprowadził panie do tartaka, więc doktór udał się do pani Krzyckiej, a Groński kazał rozpakować siodło i zanieść je do pokoju panienki. Po upływie pół godziny młode towarzystwo wróciło i przywitawszy rejenta, zebrało się w salonie w oczekiwaniu na obiad. Rejent na widok panny Maryni zapomniał o wyrokach śmierci, o wypadkach w mieście, o socjalizmie i o całym świecie - i po ucałowaniu jej rąk zagarnął ją wyłącznie dla siebie. Groński począł wtajemniczać panią Otocką w powody swej wyprawy do miasta, a Krzycki rozmawiał z panną Anney i zajmował się nią tak, jakby w salonie nie było nikogo więcej. Znać było, że jego poranny okrzyk: ,,można głowę stracić!" był tylko stwierdzeniem objawu, który potęgował się z każdą chwilą. Nadzwyczaj urodziwa, młoda jego twarz jaśniała jakby od zorzy, gdyż istotnie miał w piersiach zorzę nowego, radosnego uczucia, która promieniowała przez oczy, przez uśmiech ust, przez każdy ruch i przez słowa, z jakimi zwracał się do panny Anney. Czar obejmował go coraz większy, tajemniczy magnes ciągnął go z coraz większą siłą do tej jasnowłosej dziewczyny, patrzącej niebieską smugą, młodej, hożej, ponętnej. Nie próbował już nawet opierać się tej sile. Groński zauważył nawet, że okazuje swój zachwyt zbyt wyraźnie - i że przy matce miarkowałby się zapewne staranniej. Czuła to i panna Anney, gdyż od czasu do czasu rumieńce przebiegały przez jej twarz i cofała cokolwiek krzesło spoglądając przy tym jakby z pewną obawą na obecnych, czy zbytnia uprzejmość dla niej młodego gospodarza domu nie zwraca zanadto uwagi. Ale rzecz była jej jednak widocznie miła - bo i w jej oczach paliła się jakaś cicha radość. Zresztą patrzył na nią od czasu do czasu tylko Dołhański. Inni byli zajęci sobą nawzajem.
Przybycie doktora przerwało rozmowy. Krzycki po przedstawieniu go paniom począł wraz z nimi wypytywać go o zdrowie chorej, lecz doktór widocznie nie miał ochoty do obszerniejszej rozmowy, odpowiedział bowiem kilkoma słowy, mówiąc przy tym wedle swego zwyczaju tak głośno, że Dołhański nałożył ze zdziwienia monokl na oko.
-Nic złego! Monsummano! Monsummano! albo coś podobnego! Zapiszę wszystko! Nic złego! nic.
-Ale co to jest Monsummano? - zapytał Władysław.
-To taka ciepła dziura we Włoszech, w której wypacają się reumatyzmy. Rodzaj czyśćca, po którym następuje zbawienie! Przy tym Włochy! piękna podróż... Wypiszę wszystko szczegółowo.
Groński, który dużo jeździł po Włoszech, znał jednak i tę miejscowość, począł więc rozpowiadać o niej zaciekawionym paniom. Tymczasem Krzycki rozmawiał z doktorem o zdrowiu matki, który wszelako słuchał go z roztargnieniem, powtarzając: "wszystko wypiszę", kręcąc głową i spoglądając jakby z pewnym zaciekawieniem to na niego, to kolejno na panie. Nagle uderzył się dłonią w kolano, aż się rozległo i zakrzyknął:
-Co za bajeczne twarze w tym Jastrzębiu i jakie czaszki! Ha!
Dołhański wypuścił monokl, panie spojrzały ze zdziwieniem, a Krzycki począł się śmiać:
-Doktór ma zwyczaj głośno myśleć - rzekł.
-A jeszcze głośniej wrzeszczeć - burknął rejent.
-Jak pański flet! - odpowiedział śmiejąc się doktór.
Lecz w tej chwili służący oznajmił, iż obiad gotów, co usłyszawszy pani Otocka zwróciła się z jakimś szczególnym uśmiechem do siostry i rzekła:
-Maryniu, tak jesteś roztargana, że musisz się przygładzić.
Panienka zaś podniosła ręce do głowy, ale że w salonie nie było żadnego zwierciadła, więc trochę stropiona, rzekła:
-Przepraszam, zaraz wrócę.
I pobiegła do swego pokoju, ale niebawem wróciła jeszcze więcej roztargana z rumieńcami i z rozpromienioną twarzą:
-Siodło damskie! - poczęła wołać - prześliczne siodło damskie!
I wodząc oczyma po obecnych, ukazała na Grońskiego:
-To pan?
-Muszę się przyznać - rzekł rozkładając ręce i pochylając głowę Groński.
Ona zaś miała taką chęć pocałować go w rękę, że gdyby nie obecność doktora i rejenta, byłaby to zapewne uczyniła. Tymczasem poczęła mu dziękować z ogromną i zupełnie dziecinną radością.
-Pani ma, widzę, wielką ochotę na konną jazdę? - rzekł Szremski.
A ona odpowiedziała mu z nadzwyczajnym zapałem:
-Ja mam na wszystko ochotę!
-Masz tobie! - zawołał rozbawiony doktór.
-Byle się znalazł spokojny koń, inaczej o wypadek nietrudno! - zauważył rejent.
Pokazało się jednak, że się znajdzie, gdyż w oszczędnym gospodarstwie jastrzębskim konie stanowiły jedyny dział leżący poza rachunkiem. Krzycki utrzymywał wprawdzie, że hodowla ich się opłaca, ale hodował je jednak nie dla zysku, lecz przez tę tradycyjną miłość do nich, której nadmiar już ksiądz Skarga wyrzucał przed kilkuset laty jego przodkom w wymownych słowach: "milszy wam syn kobyli, niż syn boski" - koni więc nie brakło w Jastrzębiu i rozmowa o nich jak również o konnej jeździe trwała, ku wielkiemu niezadowoleniu rejenta, przez cały obiad. Obecni dowiedzieli się, że panna Marynia nie była jednak zupełną nowicjuszką, gdyż w Zalesinie u siostry jeździła latem prawie codziennie w towarzystwie starego rządcy na grubopłaskim kucu, który się nazywał Pieróg. Siostra nie pozwalała jej jeździć na żadnym innym koniu, "a cóż to jest za przyjemność siedzieć na Pierogu?..." Opowiadała też, że ten Pieróg miał taki brzydki zwyczaj, że wracał do domu nie wtedy, kiedy ona chciała, ale wtedy, kiedy sam chciał, i żadne próby ani groźby nie mogły go od raz zrobionego postanowienia odwrócić. Zazdrościła też szczerze pannie Anney, która jeździ doskonale i która objeżdżała wszystkie konie w Zalesinie, nawet takie, które przedtem wcale pod siodłem nie chodziły. Ale w Anglii wszystkie kobiety jeżdżą, u nas zawsze się ktoś o kogoś boi. Spodziewa się jednak, że w Jastrzębiu, przy tylu doskonałych jeźdźcach ,,Zosia" nie będzie się o nią bała i że po obiedzie zrobią zaraz jaką wycieczkę konną, w której i jej będzie wolno wziąć udział, chwała Bogu nie na Pierogu.
Krzycki, któremu uśmiechały się dalekie konne wyprawy w towarzystwie panny Anney i którego opowiadanie o Pierogu wprowadziło zarówno jak i wszystkich w doskonały humor, zwrócił się do panny Maryni i rzekł:
-Dam pani konia o żelaznych nogach, który zwie się Pływak, bo i pływa doskonale. Ma lat sześć, nie boi się niczego i ma rozumu za trzy konie. Co do wycieczki, to dzień jest długi i moglibyśmy ją jeszcze zrobić, gdyby nie to, że zaczyna się chmurzyć.
-Wypogodzi się z pewnością - odrzekła panna Marynia - a ja ubiorę się zaraz po obiedzie.
Jakoż po obiedzie goście nie zdążyli wypić jeszcze czarnej kawy, gdy pojawiła się na werandzie przybrana w czarną, obcisłą amazonkę. Była w niej po prostu cudna, ale tak wąziutka i wysmukła, że Groński, patrząc na nią ze zwykłem uwielbieniem, pierwszy zaczął żartować.
-Czysty flecik - rzekł. -Wiatr porwie taką słomkę, tym bardziej, że się zrywa.
I rzeczywiście, silne podmuchy zachodniego, ciepłego wiatru zaczęły pochylać wierzchołki drzew, a po niebie pędziły obłoki, które tu i ówdzie tworzyły już na błękicie wielkie rude i skłębione zawały.
Krzycki jednak wydał rozkaz siodłania koni, a wkrótce poskoczył i sam do stajni, by dopilnować tej roboty. Panna Anney udała się na górę, aby przebrać się odpowiednio - a za jej przykładem poszli Groński i Dołhański. Na werandzie została tylko pani Otocka, rejent, doktór i przybrana w amazonkę panna Marynia, która rzucała niespokojne spojrzenia na przemian ku stajniom i na niebo zachmurzające się coraz bardziej. Jakoż po pewnym czasie spadły pierwsze krople dżdżu, a niebawem zdarzyła się i ważniejsza do wyprawy przeszkoda, albowiem nadjechały niespodziewanie sąsiadki z Górek, panie Włóckie, te same, które były na pogrzebie Żarnowskiego. Oczywiście, że wobec tego konna wycieczka przepadła.
Panie Włóckie przybyły, aby dowiedzieć się, jak jest ze zdrowiem pani Krzyckiej, a zarazem z prośbą o radę i ratunek do Władysława, gdyż w Górkach wśród służby dworskiej i folwarcznej wybuchnął nagle strajk rolny, tak że stary stangret zaledwie zgodził się przywieść je do Jastrzębia, albowiem grożono mu za to obiciem. Obie panie były mocno przerażone, mocno upudrowane i patetyczniejsze niż zwykle. Po pierwszych też powitaniach, wzajemnych przedstawieniach i krótkiej rozmowie o reumatyzmach pani Krzyckiej matka zwróciła się przy poobiedniej herbacie z rzewnymi słowami do Władysława, zaklinając go, by jak dawny rycerz pośpieszył z obroną uciśnionej niewinności. Mówiła, że jej o nią samą nie chodzi, gdyż po stratach, jakie przeżyła, i cierpieniach, przez jakie przeszła, "cichy grób" na rzęślewskim cmentarzu byłyby dla niej najwłaściwszym schronieniem; ale zostaje sierota, której jeszcze się coś od życia należy; niechże nad tą sierotą, dla której w każdej chwili gotowa życie poświęcić, rozciągnie się jakaś przyjazna opieka i uchroni ją od ciosów i zamachów! Na to sierota odrzekła, że to nie o nią chodzi, ale o spokój mamy - i w ten sposób rozmowa zmieniła się prawie wyłącznie w dialog między tymi paniami, w którym słowa: "pozwól dziecko!" - "niech mama pozwoli!" powtarzały się co chwila i który z nadmiaru obustronnej gotowości do poświęcenia stał się w końcu prawie cierpki. Krzycki, znający te panie od dawna, słuchał z wielką powagą, pani Otocka patrzała na dno filiżanki, nie mając odwagi spojrzeć na pannę Marynię, panna Marynia ściągała kąciki ust, rejent sapał i żuł, a doktór wykrzykiwał swoje: Ha! tak rozgłośnie, że aż muchy zrywały się z siatkowych kloszów, przykrywających masło i pieczywo.
Lecz na dworze rozpętała się tymczasem burza i grzmoty przerwały ofiarny dialog między matką a córką. W pokojach pociemniało; za oknami słychać było przez czas jakiś szum ulewy - i błyskawice rozświecały chmurną powłokę. Ale trwało to krótko, po czym Krzycki jął odpowiadać i obiecywać pomoc tym paniom, zawsze z należytą powagą, ale zarazem z jakimś szczególnym wyrazem twarzy, który zwiastował, że młody frant chowa coś niespodziewanego w zanadrzu. Oświadczył więc, że gotów jest siąść na koń i otoczyć opieką Górki; następnie uspokajał te panie, że objawy, którymi się tak przeraziły, są przejściowe, że w Rzęślewie jest chwilowo to samo, ale niewątpliwie wkrótce znajdą się środki zapobieżenia złemu. Na koniec zwrócił się do pani Włóckiej matki i ukazując na Dołhańskiego, rzekł niespodzianie:
-Nie wiem tylko, czy opieka moja będzie skuteczna, albowiem muszę czuwać jednocześnie nad Rzęślewem i nad Jastrzębiem, w którym mamy obecnie tak miłych gości. Ale jest tu pan Dołhański, człowiek znany z odwagi, energii i zaradności, który i mnie udzielił najlepszej rady co do Rzęślewa. Otóż, gdyby on chciał mi pomóc, albo gdyby sam zgodził się wziąć w ręce sprawy Górek i Kwaśnoborza, jestem pewien, że zaprowadziłby tam spokój w ciągu kilku dni - i że pod jego skrzydłami żadne niebezpieczeństwo nie zdołało by pań dosięgnąć.
Oczy wszystkich, a przed innymi oczy matki i córki zwróciły się teraz na Dołhańskiego. Ale jeśli Krzycki, który chciał się pomścić nad nim za "wtrącalstwo", liczył na to, że wprowadzi go w niespodziany kłopot, to się pomylił, gdyż Dołhański skłonił się z zimną krwią paniom z Górek i odrzekł cedząc jak zwykle każde słowo:
-Z największą przyjemnością, ale musimy przeczekać deszcz.
-Więc pan zgadza się być naszym rycerzem? - zawołała pani Włócka wyciągając ku niemu ręce, a zarazem przypatrując mu się ze zbudzoną nagle uwagą i zdziwieniem.
-Z największą przyjemnością - powtórzył Dołhański. -Bezrobocie skończy się jutro.
Jego zupełna pewność siebie zaimponowała trochę wszystkim, a zwłaszcza obu paniom z Górek, jednocześnie zaś zimny ton, z jakim mówił, sprawił, że pani Włócka straciła na razie swą zwykłą patetyczną swadę i dopiero po chwili odrzekła:
-Dziękuję w imieniu sieroty.
Lecz sierota wolała widocznie sama podziękować, gdyż wyciągnęła obie dłonie do Dołhańskiego i po krótkim milczeniu, które mogło tłumaczyć się wzruszeniem, ozwała się głosem podobnym do cichego szmeru liści:
-Mnie o mamę chodzi...
-I mnie również - zapewnił Dołhański.
Lecz matka z córką zwróciły się znów wzajem ku sobie:
-Pozwól, dziecko - ja tu jestem niczym.
-Pozwoli mama - mama jest wszystkim.
-Ależ przepraszam cię, dziecko...
-Ale przepraszam mamę...
I walka o całopalenie rozpoczęła się powtórnie na dobre - nie trwała jednak długo, gdyż naprzód doktór począł tak hałasować, że trudno się było dosłyszeć, a po wtóre, pani Krzycka, której młody medyk pozwolił wstać i przenieść się na fotel, przysłała z wiadomością, że prosi panie do siebie. Po ich odejściu, doktór udał się do kancelarii Krzyckiego, by opisać szczegółowo, gdzie i jak należy prowadzić kurację, rejent zaś zajął się w sieni swym fletem. Groński, Dołhański i Krzycki zostali przez chwilę sami.
Wówczas Dołhański zwrócił się do Władysława:
-Co to są Górki i Kwaśnobórz ?
-Włók około pięćdziesięciu, a jest jeszcze i Żabianka.
-Tak, słyszałem... Grunta?
-Prawie jak w Rzęślewie. W Żabiance bodaj lepsze.
-Tak, słyszałem. Stan majątków?
-I zły i dobry. Zły, bo te panie nic nie wkładają. Dobry, bo nie mają długów i każdy grosz, który z gospodarstwa przypływa, gdy raz wpadnie do pończochy, to już świata bożego nie ogląda.
-Tum ich czekał - rzekł Dołhański.
-One są równie skąpe jak patetyczne, a kto wie, czy nie bardziej skąpe.
-Niech zbierają!
A Groński począł się śmiać i cytować:
-Sic vos non vobis nidificatis aves - sic vos non vobis mellificatis apes...
-Tak! - rzekł Dołhański.
Po czym nagle do Grońskiego:
-Jutro oświadczam się o rękę kuzynki Otockiej.
-Jesteś dziś pełen niespodzianek - odrzekł Groński.
-Czekaj! I dostaję odkosza.
-Niewątpliwie.
-Ale chcę mieć czyste sumienie. Potem jadę do Górek.
-To już wiadomo. I uśmierzasz wzburzone fale bezrobocia.
-W ciągu jednego dnia. Jak mnie tu widzicie.
Po czym wskazał na Krzyckiego:
-Ten simplex servus Dei stał się mimowolnym narzędziem w ręku Opatrzności. Ona zresztą często posługuje się maluczkimi... Za to, gdy zbankrutujesz na Jastrzębiu, zwróć się do mnie, do Górek.
-O ile ich przedtem nie zniwelujesz - odrzekł śmiejąc się Krzycki - z ciebie tęgi niwelator!
-Żyjemy w wieku powszechnej niwelacji. Ale jak też na imię pannie Włóckiej?
-Kajetana.
-Plaît - il?
-Kajetana - powtórzył Krzycki. -Jej ojcu było na imię Kajetan, a ona na jego pamiątkę nazywa się Kajetana.
-To powiedzże mi, dlaczego tak zasobna Kajetana dochowała się w stanie dziewiczym do lat trzydziestu kilku?
-Ściśle do trzydziestu pięciu. To mówiła mi niedawno moja matka, która pamięta dzień jej urodzin. Co do tego, że za mąż nie poszła, rzecz jest prosta. Partii jej nie brakło, ale te panie nosiły się zawsze ogromnie wysoko. Tu wokoło siedzi tylko zwykła szlachta; no... a między Krzyckimi nie było w odpowiednim wieku kawalera. - Ty i pod tym względem odpowiesz ich marzeniom...
-To dobrze! - odpowiedział Dołhański - tylko to imię!... Kajetana!, Kajetana! To mi wygląda na jakiś rodzaj karety, czy łodzi!... Bo ja wiem!...

[powrót] [rozdz.XII]