Henryk Sienkiewicz

"Wiry" tom 1

ROZDZIAŁ IX

Władysław Krzycki posiadał tę szczęśliwą naturę, że położywszy się spać, w kilka minut później zapadał w kamienny sen, trwający aż do rana. Tej nocy jednak nie mógł zasnąć, albowiem wrażenia całego dnia, a zarazem i ostatnie słowa Dołhańskiego wprowadziły go w stan rozdrażnienia i gniewu. Zły był na Rzęślewo, na "awantury", które się w nim działy, na Dołhańskiego, że zauważył wrażenie, jakie na nim czyniła młoda miss - a zwłaszcza, że pozwolił Dołhańskiemu sobie o tym mówić - i w ostatku, na samą Bogu ducha winną pannę Anney. Po pewnym też czasie, przewracając się z boku na bok, rozpoczął z nią rozmowę, w której wziął na się rolę człowieka, który nie zapiera się wprawdzie, że jest "grubo" pod urokiem, niemniej jednak patrzy na rzeczy trzeźwo i rozumnie. Więc naprzód przyznał pannie Anney, że jest ładna i miła, i że ma ogromnie sympatyczny głos, dziwnie pociągające spojrzenie i ciało jak marmur (ach, jakie ciało!) - wszelako zastrzegł sobie stanowczo, by nie myślała, iż się w niej zaraz zakochał, a zwłaszcza, zakochał bez pamięci. Przyznać - przyzna jej wszystko, czego sama sobie życzy, ale od przyznania do zakochania się jest jeszcze dalej niż od zakochania do małżeństwa, o którym przecie nie może być mowy. Przede wszystkim jest cudzoziemką, a matka ma pod tym względem swoje uprzedzenia - i zresztą słuszne - albowiem i on sam wolałby mieć przy sobie na resztę życia jakąś polską duszę, nie zaś obcą. Prawda, że w niej jest coś dziwnie swojskiego, ale bądź co bądź nie jest Polką. - "Jednaka krew ma swoje znaczenie, to tam darmo - mówił w dalszym ciągu do panny Anney. - Więc skoro jesteś Angielką, to wyjdźże sobie za jakiegoś Anglika albo Szkota, bylebyś nie wymagała ode mnie, żebym z taką małpą zawierał przyjaźń albo znajomość, gdyż się bez tego doskonale obejdę". I w tej chwili chwyciła go taka nagła a niespodziewana antypatia do tego ewentualnego Anglika "z wystającą szczęką" albo Szkota "z gołymi kolanami", iż uczuł, że przy lada nieporozumieniu gotów byłby każdego z nich obić. Ale przez ów napad gniewu wybił się zupełnie z tego stanu półdrzemki półjawy, w którym rzeczywistość miesza się z urojeniem - i otrzeźwiawszy doznał jednak wielkiej ulgi na myśl, że ów zamorski narzeczony istnieje tylko w jego wyobraźni, a jednocześnie napłynęła mu do serca fala wdzięczności do panny Anney. "Ja się tu z nią kłócę i robię zastrzeżenia - pomyślał - a ona tymczasem przytuliła tam swoją jasną głowę do poduszki i śpi w najlepsze". Tu krew rozigrała się w nim znowu, ale rozpędził niebawem zdrożne marzenia, co przyszło mu tym łatwiej, że poczęła go ogarniać mgła tęsknoty za uczciwą miłością i za tą przyszłą, jeszcze bezimienną istotą, która miała z nim dzielić życie. Jął znowu - ale już pokorniej - rozmawiać z panną Anney i zapewniać ją, jakby z pewną melancholią, że chodzi mu nie o nią samą, bo wie, że gdyby nawet nie było innych przeszkód, to ona by go zapewne nie chciała - ale o to, by ta przyszła towarzyszka jego życia, była choć trochę do niej podobna..., żeby miała takie samo spojrzenie i taką samą tę dziwną magnetyczną siłę, której on, jeśli się dotychczas nie poddał, to chyba jakimś cudem. Co do panny Anney osobiście - otwarcie mówi, że winien jej tylko wdzięczność. Jemu nigdzie przecież nie jest tak dobrze, jak w tym kochanym Jastrzębiu, ale swoją drogą nie może i temu zaprzeczyć, że w tej zakazanej dziurze zrobiło się po jej przyjeździe tak rzeźwo i jasno, jakby kto okiennice poodmykał, a po wyjeździe nastaną znów ciemności, pustka i nudy jeszcze większe, niż były przedtem. Toteż za te jasne chwile chętnie ucałowałby jej ręce, a nawet, gdyby jej się zdawało, że to nie dosyć - to i nogi. Tymczasem przeprasza ją za te szalone myśli, które mu przyszły do głowy, gdy w salonie przycisnął jej ramię, jakkolwiek bowiem zawsze jest tego zdania, że za jej wzajemność można by oddać życie, to natomiast twierdzi jednocześnie stanowczo, że Dołhański jest bałwan i cynik, który wdaje się w nie swoje rzeczy i którego słów nie warto brać w rachubę. Tu porwała go powtórna złość na Dołhańskiego i począł w dalszym ciągu przewracać się z boku na bok, póki wreszcie późna godzina, młodość głodna snu i znużenie nie posypały mu makiem oczu.
Był jednak w jastrzębskim dworze ktoś, kto także spędzał często bezsenne noce i także rozmawiał z osobą nieobecną, a mianowicie Laskowicz. Po tym wszystkim, co zaszło i co się w ostatnich dniach wyjawiło, gotował się do ostatniej pożegnalnej rozprawy z rodziną Krzyckich, rozumiał bowiem, że dalszy jego pobyt w Jastrzębiu jest niemożliwy. A jednak obecnie chciałby był w nim pozostać choć jeszcze parę dni, by dłużej patrzeć na pannę Marynię Zbyłtowską i dłużej się - jak sam to nazywał - narkotyzować. Jakoż rzeczywiście od pierwszej chwili, w której usłyszał ją grającą, zajęła ona tak jego myśli, jak dotychczas nie zajęła ich nigdy żadna inna kobieta. Naprzód, do gotowych formuł, którymi posługiwał się z dogmatyczną wiarą w sądzie o ludziach, należało przekonanie, że kobiety należące do tak zwanych klas sytych są to istoty bezmyślne. Tymczasem z formułą tą trzeba się było od razu rozstać, gdy przez skrzypce przemówiła do niego dusza. Następnie zdziwiło go to, że były w tej panience jakby dwie istoty, z których jedna przejawiała się w muzyce jako wysoka artystka, skupiona, pełna w sobie egzaltacji, roztopiona w fale dźwięków i grająca tak, jakby pociągała smyczkiem po własnych nerwach - druga występowała w życiu codziennym i w zwykłych z ludźmi stosunkach. Ta ostatnia wydawała się na pierwszy rzut oka, jeśli nie pospolitą, to zwyczajną, pełną prostoty, a nawet i wesołości dziewczyną, która prychała jak kot, gdy na przykład Dołhański mówił rzeczy dla niej niemiłe, przekomarzała się z Grońskim, opowiadała niedorzeczności o duchach lub uciekała do ogrodu, by ku wielkiemu strachowi Grońskiego i starszej siostry wozić się czółnem po stawie. Laskowicz nie znał zupełnie świata i nie był wcale człowiekiem subtelnym, jednakże spostrzegł i on, że nawet w tej zwyczajnej dziewczynie było coś takiego, co czyniło z niej jakby małe bóstewko, otoczone cichym uwielbieniem. Ona sama nie zdawała sobie widocznie z tego sprawy i patrząc na taki stan rzeczy jak na coś, co rozumiało się samo przez się, żyła życiem kwiatu albo ptaka. Ufna, że nie spotka ją od nikogo nic złego, pogodna, jasna, żyjąca poza nędzą i lichotą życia, poza jego troskami, poza jego zimnym wichrem, który załzawia oczy, i poza pyłem, który brudzi, podobna była do czystego źródła, na które ludzie patrzą jak na błogosławione i boją się, by nie zmącić jego przeźrocza. Zdawało się, że otoczenie nie wymaga od niej nic więcej, jak żeby istniała - tak jak nie wymaga się nic więcej od arcydzieła. Laskowiczowi, ilekroć na nią spojrzał, przychodziło na myśl wspomnienie z lat dziecinnych. On i jego starszy brat - który przed kilku laty, wpadłszy w suchoty, skończył samobójstwem na Riwierze - byli synami przekupki, posiadającej kram z poświęconym towarem woskowym, z medalikami, różańcami i obrazkami przy jednym z kościołów warszawskich. Obaj bracia wychowywali się wskutek tego poniekąd w kruchcie i byli w ciągłych stosunkach z księżmi. Owóż zdarzyło się, że stary kanonik, proboszcz tego kościoła, kupił na licytacji alabastrowy posążek jakiejś świętej i nie wiadomo dlaczego, ułożył sobie, że to jest nie tylko dzieło, ale i arcydzieło Canowy. Posążek, który był istotnie ładny i bardzo misterny, został umieszczony po poświęceniu, pod imieniem św. Apolonii, w osobnej niszy w murze, w pobliżu jednego z ołtarzy - i od tej chwili staruszek proboszcz otoczył go wielką czcią jako świętość i szczególniejszym staraniem jako największą osobliwość kościelną. Przyprowadzał do niego swych gości i pobożniejszych parafian, każąc im podziwiać robotę i gniewając się, gdy kto pozwolił sobie na jaką uwagę krytyczną. Oczywiście, podziw kanonika podzielał organista, dzwonnik, cała służba kościelna i obaj chłopcy. Laskowiczowi mimo woli nasuwała się często teraz myśl, że panna Marynia jest taką św. Apolonią wśród swego otoczenia. Z tego powodu, zaraz pod pierwszym wrażeniem nazwał ją "świętą laleczką". Ale przypomniał sobie również, że gdy w swoim czasie stracił wiarę - a stracił ją jeszcze w gimnazjum, które, mówiąc nawiasem, ukończył z pomocą starego kanonika - wówczas brała go nieraz ochota stłuc tamten alabastrowy posążek. Obecnie paliła go jeszcze większa, bo granicząca z namiętnością, chęć stłuc ten żywy. I bynajmniej nie dlatego, by miał być mu nienawistny. Przeciwnie. Nie mógł i on oprzeć się urokowi tej kochanej przez wszystkich dziewczyny, tak jak nikt nie może oprzeć się urokowi jutrzenki albo wiosny. Stało się nawet tak, że to, co drażniło go w niej i oburzało - to jednocześnie parło go ku niej z niepohamowaną siłą. Więc pociągała go jej przynależność do tego świata, którego samo istnienie uważał za niesprawiedliwość społeczną, za zbrodnię i za krzywdę; nęciła go pomimo wewnętrznej zgryzoty i ta nawet myśl, że pod takie kwiaty proletariat jest tylko nawozem. Lepem była mu jej subtelna kultura i jej artyzm, choć takie rzeczy uważał za zbyteczny i niepotrzebny dla ludu okwiat życia; ponętą było jej zupełne niepodobieństwo do kobiet, z którymi się aż do przyjazdu na wieś stykał, upojeniem - jej cała postać. Nigdy poprzednio nie był pod jednym dachem z podobną istotą, więc zapamiętał się i stracił głowę na jej widok, a chociaż nie uświadomił jeszcze i nie ochrzcił imieniem miłości tych sił, które poczynały grać mu w piersiach - prawdą było, że w ciągu tych kilku dni rozgorzał jak wulkan - i rozkochał się na zabój. Przestawał zaś z nią obecnie często, gdyż Marynia poprzyjaźniwszy się wielce z małą Anusią i ze Stasiem spędzała z nimi całe dnie. Chodzili razem za staw, do tartaku i do owego starego młyna, o którym Krzycki wspomniał pannie Anney, i do lasu. Laskowicz, jako guwerner Stasia, musiał im towarzyszyć i mimo woli brać udział w ich zabawach i gonitwach. Kilkakrotnie próbował z nią rozmawiać o socjalizmie, ale te rozmowy nie szły, naprzód dlatego, że przeszkadzały im dzieci, a po wtóre i z tej przyczyny, że panna Marynia dawała odpowiedzi tak proste, tak wyjęte z dobrego serca i tak pełne litości dla wszelkiej biedy, że nie można im było przeciwstawiać żadnych doktryn. Istocie, której zdziwione oczy zachodzą mgłą na wspomnienie ludzkiej niedoli i która gotowa jest w każdej chwili oddać wszystko co posiada, nie potrzeba dowodzić, że musi i powinna to uczynić. Laskowicza zbijał z tropu nie jej opór, ale właśnie to, że ona najczęściej przyświadczała mu, dodając, że "przecie i religia tak nakazuje". Wobec tego, cały jego aparat wojenny okazywał się zupełnie zbyteczny i przygotowane argumenty rozsypywały się jak piasek.
Musiał jednak podziwiać i prostotę jej serca, i taką czystość myśli, z jaką nigdy dotychczas się nie zetknął. Czasami brał jej jedno i drugie za złe, gdyż zdawało mu się, że nie wolno nikomu żyć życiem tak zabezpieczonym od wszystkiego co brudzi, plami i zapyla. Ale jednocześnie wielbił ją za to i zachwycał się nią jak poetycką wizją, że zaś ta wizja była zarazem młodą, uroczą jak wiosna dziewczyną, więc poddawał się jej urokowi i z każdym dniem zapadał głębiej w miłość. Czuł jednak głucho, że jest w tej namiętności coś z żądzy Murzyna do białej kobiety, a co więcej, że w tak zwróconej miłości tkwi jakby odstępstwo od zasad. Toteż w samym zarodzie zatruł ją jadem nienawiści i wilczym popędem zniszczenia.
I oto pewnej nocy, w wigilię właśnie dnia, w którym miał ostatecznie opuścić Jastrząb, począł wzywać "świętą laleczkę", aby do niego przyszła. Przyjmując bezkrytycznie, a również i z całą przesadą właściwą fanatyzmowi i młodości wszystko, co książki podawały jako ostatnie wyniki badań lub zjawisk w dziedzinie naukowej, wierzył, że hipnotyzm jest to tajemnicza i olbrzymia siła, która gdy może być zastosowana, staje się wówczas nieprzepartą. Mając się na mocy prób czynionych między kolegami za hipnotyzera i poczytawszy delikatną i wrażliwą panienkę za doskonale medium, był najgłębiej przekonany, że może ją uśpić i rozkazywać jej z odległości. Sumienie szeptało mu wprawdzie, że to, co ma zamiar uczynić, jest nadużyciem nauki, ale on głuszył ów głos wmawiając w siebie, że to będzie jednocześnie zwycięstwo proletariusza nad tym światem, nad którym nie wolno mieć litości - i że człowiek należący do obozu, który wypowiedział wojnę na śmierć i życie całej budowie społecznej i "przewartościował" wszelkie pojęcia, będące dotychczas w obiegu, ma prawo i musi być bezwzględnym.
Przede wszystkim jednak pragnął zdobyć tę wykwintną i niepokalaną dziewczynę, opanować nie tylko jej ciało i duszę, ale i jej wolę - uczynić z niej coś swojego, ściągnąć ją ku sobie, rozbudzić w niej śpiące instynkty kobiece, otworzyć przed nią zamknięte drzwi namiętności, rozpłomienić ją, ogarnąć, zmiąć, a potem mieć blisko przy piersiach - na zawsze. I na myśl o tym ogarniała go jakaś dzika radość, podobna do takiej, jaką szaleńcom daje profanacja rzeczy otoczonych czcią i obawą, a zarazem wzrastała w nim żądza i miłość. Czuł, że po tym wszystkim i za to wszystko pokochałby ten swój łup, tę swoją ofiarę bez pamięci.
Lecz ponieważ był tylko szaleńcem, o sercu raczej dziewiczym, nie zaś człowiekiem zepsutym, więc chwilami ogarniała go jednak tkliwość tak wielka, że gdyby wezwania jego odniosły jakiś skutek, byłby może nie posunął się aż do występku. Ale były to chwile przelotne, po których wytężając całą siłę woli i wzrok swych blisko osadzonych oczu w stronę sypialnego pokoju panny Maryni, mówił i rozkazywał jej: "Wstań! - nie zapalaj świecy - nie budź siostry - otwórz cicho drzwi i idź w ciemnościach po szlaku moich myśli, póki nie przyjdziesz tu do mnie, w moje ramiona, na moje piersi". I wyobrażał sobie, że lada minuta zobaczy ją, podobną do tamtego alabastrowego posążka wchodzącą w jednej koszuli mechanicznym krokiem lunatyczki, srebrną, uśpioną, z przechyloną w tył głową, z zamkniętymi oczyma, a otwartymi ustami, pijącą blask księżyca, który świecił w oknie. Potem nasłuchiwał w ciszy i skupiając jeszcze silniej wolę powtarzał znów z takim naciskiem, jakby wykuwał każde słowo z kamienia: "Wstań! - nie zapalaj świecy, nie budź siostry, otwórz drzwi - idź po szlaku moich myśli - i przyjdź!"
Byłoby zaś istotnie bardzo straszne, gdyby nie jedna szczęśliwa okoliczność, a mianowicie, że jej się ani śniło wstawać, otwierać drzwi, iść po szlaku jego myśli - itd. Przeciwnie. Spała tak cicho, jakby jaki pochylony nad nią anioł odpędzał od niej ruchem skrzydeł sny niespokojne i gorączkowe. Małe domowe duchy jastrzębskie, takie, o jakich opowiadała Grońskiemu, nie mąciły jej także wypoczynku. Może niektóre spędzały z okien ćmy, by nie czyniły hałasu bijąc głowami o szyby, może inne wdrapując się na firanki i ramy przypatrywały się jej z daleka bystrymi oczkami i szeptały sobie wzajem: "Śpi dziewczyna, która nam grywa na skrzypcach - śpi! - cyt! - nie budźmy jej!" - I choć zapewne brała je ochota pokręcać kołeczki u skrzypców i trącać kosmatymi paluszkami w struny, nie czyniły tego jednak przez poczciwość i gościnność. - Otworami okiennic wdzierał się księżyc, czyniąc jasne, posuwające się z wolna plamy na przeciwległej ścianie i cisza była wielka, tylko gdzieś za domem pogwizdywali koło zabudowań stróże nocni, a w samym domu stary szafkowy zegar, który odmierzał życie kilku już pokoleniom, mówił i dalej z rezygnacją: "tak! - tak! - tak!" zapadającym w przeszłość sekundom.
A Laskowicz wysyłał w dalszym ciągu ze swego pokoju rozkazy, które nie dochodziły do niczyjej świadomości. I dziwna rzecz! Wewnętrznie mówiło mu coś z trzeźwą, prawie zupełną pewnością, że dziewczyna nie przyjdzie, a jednak wierzył, że powinna była przyjść. Dopiero po długim czasie poczęło się w nim budzić poczucie, że jeśli nie przyjdzie, to on razem ze swym hipnotyzmem gra rolę durnia. Wreszcie ogarnęło go zmęczenie, zniechęcenie i gniew na samego siebie. Sen odbieżał go niepowrotnie. Godzina płynęła za godziną. Za oknem niebo wgłębiło się i pozieleniało na wschodzie, a wkrótce obramowało się na dolnym krańcu różową przeźroczą wstążką jutrzenki. Młody student, nie rozbierając się wcale, otworzył okno, by odetchnąć rzeźwym porannym powietrzem. W ogrodzie rozpoczął się już pierwszy świegot ptactwa, a od strony niezbyt odległego stawu dochodziły, wraz z zapachem akacji, głosy czapli i przytłumione jakby jeszcze senne kwakanie dzikich kaczek. Po niejakim czasie we wsi zaskrzypiał żuraw studzienny.
Laskowiczowi przyszło wówczas do głowy, że jest to ostatni świt widziany przez niego w Jastrzębiu, że jutro obudzi się w mieście i nie zobaczy ani panny Maryni, ani małej Anusi Krzyckiej, którą jedną polubił wśród mieszkańców jastrzębskiego dworu. I uczyniło mu się trochę żal. Ale ponieważ rozumiał, że po przybyciu jego kolegów partyjnych do Rzęślewa i po wizycie ekonoma Kapuścińskiego u Krzyckiego jest to rzecz nieunikniona, wolał przeto sam pierwej zażądać dymisji, niż ją otrzymać. W tym celu postanowił napisać list do Władysława i oświadczyć, że ma już dość pedagogicznych obowiązków; przewidywał zresztą, że i tak muszą się zobaczyć, choćby przy wypłacie pensji, i że przyjdzie zapewne między nimi do zasadniczej rozprawy, która może zajść daleko - miał nawet na wszelki wypadek przygotowany rewolwer. Uznał jednak, że nim to nastąpi, suchy i stanowczy list będzie krokiem najbardziej zgodnym z jego ambicją - więc gdy rozwidniało się zupełnie, zasiadł zaraz do pisania.
Krzycki zaś zbudził się tego poranku wraz ze wschodem słońca, albowiem na wsi budził się tak zawsze, bez względu na to, czy położył się wcześniej czy później. Czuł jednak w kościach, że za mało miał wypoczynku, i przeciągając swoje tęgie ramiona mówił sobie, że opłaciłoby się to tylko w takim razie, gdyby panna Anney dowiedziała się kiedykolwiek, że to z jej powodu się nie wysypia, i gdyby go pożałowała choć trochę. Tymczasem począł sobie przypominać, co ma do roboty w dniu dzisiejszym, i ułożył plan następujący: przede wszystkim wziąć tusz i wygnać z kości znużenie, następnie pojechać jeszcze przed śniadaniem do Rzęślewa i "zajrzeć trochę w oczy tym jegomościom", a jeśli będzie można, to pogadać z chłopami; potem wrócić, skończyć po śniadaniu z Laskowiczem i wyprawić go do miasta końmi, które miały przywieźć doktora, a resztę czasu poświęcić pisaniu listów, gospodarstwu i gościom. W Rzęślewie postanowił być koniecznie, dlatego że jakkolwiek zgadzał się w duchu z Dołhańskim, że tam nie ma na razie nic do zrobienia, jednakże nie chciał, by te panie mogły pomyśleć, że nie pojechał tam z obawy.
Ułożywszy wszystko w ten sposób, narzucił na siebie byle jak ubranie i wsunąwszy stopy w pantofle, udał się do łazienki nie przewidując, że spotka go tam nadzwyczajny wypadek i że za chwilę zobaczy nie taki wprawdzie alabastrowy posążek, o jakim marzył całą noc Laskowicz, ale w każdym razie coś podobnego do Diany w wodotrysku. W tej samej bowiem sekundzie, w której otworzył drzwi, zaszumiały strumienie wody i przy świetle niebieskich szyb łazienki ujrzał pod tuszem nagą i operloną błękitnie postać niewieścią, z pochyloną nieco głową i z rękoma podniesionymi do włosów, które czarną falą przesłaniały jej twarz. Trwało to jedno mgnienie oka. Przytłumiony krzyk i stukot zamykanych drzwi rozległy się razem. Krzycki popędził jak wicher do swego pokoju i wzburzony a zarazem i przerażony chwycił drżącą ręką karafkę, nalał szklankę wody, wypił ją i jął powtarzać bezładnie: "Co się stało? Kto to był? Dla Boga co się stało!" W pierwszej chwili sądził, że to mogła być pani Otocka, albo panna Marynia i w takim razie awantura byłaby ogromna. Te panie wyjechałyby zapewne z Jastrzębia, a jemu wypadałoby się chyba oświadczyć o rękę tej, którą ujrzał w takiej rajskiej postaci. "A czy to moja wina? - myślał - dlaczego nie zamknęła drzwi? przecież tam jest zasuwka!" Wypił znów szklankę wody, by ochłodzić wzburzoną krew i pomyśleć spokojniej, co teraz zrobić i kto była ta nimfa. Jakoż po chwili doszedł do przekonania, że to jednak nie mogła być żadna z dwu sióstr. Naprzód, dlaczego by miała wstawać tak rano? - po wtóre, obie były szczupłe, a ta postać była tęższa i w ogóle zbudowana tak, że - aj! aj! I wreszcie doszedł, kto to byt: niezawodnie nikt inny, tylko ta czarnuszka, która mu przesłaniała w czasie nabożeństwa pannę Anney i którą spotkał w ciemnej alei wracając z Grońskim z polowania. Ale jeśli tak, to nie stało się nic strasznego, a nawet przeciwnie!... Przyszło mu do głowy, że te niebieskie szyby to wszelako dobry pomysł, bo w takim oświetleniu zjawisko było po prostu cudne. I na myśl o nim poczuł potrzebę wypicia trzeciej szklanki wody. Nie uczynił tego jednak, natomiast po niejakim czasie poszedł znów do łazienki, która była już pusta, i po wychłodzeniu się należytym ubrał się i pośpieszył do stajen. Tam kazał osiodłać konia i ruszył w cwał do pobliskiego Rzęślewa.
Dzień był pogodny, godzina jeszcze bardzo wczesna. Ale cała natura rozbudziła się już i zroszona, skąpana w słońcu, zdawała się po prostu krzyczeć z radości, zupełnie jak wiejska dziewczyna, gdy ze zbytku życia i zdrowia wyśpiewuje z przymkniętymi oczyma aż do zapamiętania: "Oj, dana! oj, dana!..." Ptactwo rozdzwoniło się tak, że aż liście trzęsły się na drzewach. W dalekiej dąbrowie rozlegało się kukanie kukułki, wilgi pogwizdywały wśród konarów wysokich drzew; w głębi leśnej odzywał się głosem tartakowej piły stary kruk, pilnujący pełnego gniazda, a od czasu do czasu wybuchał podobny do śmiechu wrzask sojek.
Krzycki wyjechał z lasu na odkrytą drogę. Tu po jednej stronie była ruń zbóż, a po drugiej łąka, od której zawiewało torfem i wiosną, cała zarośnięta złotym kaczeńcem i różową smółką, drgającą w cieple słonecznym i pod łagodnym tchnieniem wiatru jakby z rozkoszy. Ta rozkosz, ta powszechna radość i bujność życia przepełniła również piersi Krzyckiego. Czuł w sobie taki rozmach młodości i sił, że gotów byłby wyzwać na rękę całe setki socjalistów, ale zarazem przycisnąć do piersi cały świat, a zwłaszcza wszystkie kobiety poniżej lat trzydziestu. Biała wizja Diany pokryta łuską błękitnych pereł poczęła mu znów przesuwać się przed oczyma, ale wówczas pomyślał, że gdyby tak zamiast czarnych splotów na pochylonej głowie bogini zobaczył był złote, to byłby chyba padł.
Wśród tych widzeń i wrażeń przyjechał do Rzęślewa, gdzie jednak, zgodnie z przewidywaniem Dołhańskiego, nie mógł nic sprawić. "Apostołowie", którym chciał zajrzeć w oczy, odjechali po jednodniowym pobycie do miasta; gospodarze byli w polu przy robocie, każdy na swoim zagonie; okiennice w plebani były jeszcze pozamykane, gdyż proboszcz od kilku dni czuł się niezdrów. W dworskich czworakach nie ozwała się żadna żywa dusza i dopiero stary gumienny oznajmił Krzyckiemu, że parobcy po napojeniu bydła wygnali je na pastwisko, a sami poszli, nie pytając nikogo o pozwolenie na odpust do Brześni, dokąd pociągnęło także wielu gospodarzy i komorników.
Był to więc strajk służby folwarcznej i otwarta samowola, ale na razie Krzycki nie mógł nic na to poradzić. Kazał tylko gumiennemu powiedzieć parobkom, że przyjadą do Rzęślewa i zrobią porządek tacy panowie, przed którymi te włóczykije, co tu wczoraj były, od razu uciekły, jak tylko się o tym dowiedziały - po czym zawrócił i w pół godziny później był już w Jastrzębiu.
Tam służący oznajmił mu, że wszyscy jeszcze śpią prócz pana Laskowicza, który polecił mu oddać list. Krzycki wziął list i poszedł z nim do kancelarii. Przeczytawszy go, zadzwonił na służącego:
-Czy pan Laskowicz był ubrany kiedy oddawał list?
-Tak jest - i pakował rzeczy.
-Zapytaj go, czy może przyjść do mnie do kancelarii, a jeśli może, to proś.
Po chwili młody student wszedł do pokoju
Krzycki wskazał mu ręką na krzesło stojące koło biurka i rzekł:
-Dzień dobry panu! Dowiaduję się z pańskiego listu, że pan chce opuścić Jastrząb i to zaraz. Przypuszczam, że pańskie powody są dostateczne, a więc rozmowę o nich uważam za zbyteczną i nie będę pana zatrzymywał. Oto jest pańska należność, a konie będą gotowe na tę godzinę, na którą pan sobie życzy.
Lecz Laskowicz, który w stosunkach pieniężnych był niezmiernie rzetelny, przeliczywszy pieniądze rzekł:
-Pan mi wypłaca całą pensję, a tymczasem, ponieważ to ja sam uwalniam się przed terminem, więc za ostatni miesiąc mi się nie należy.
I rzucił dość niegrzecznie pozostałą resztę na biurko.
Krzyckiemu zadrgały trochę policzki koło wąsów, ale ponieważ zarzekł się wobec Grońskiego, że nie zrobi żadnej awantury, i sam sobie to obiecał, więc odpowiedział spokojnie:
-Jak pan woli.
-A co do odjazdu - rzekł Laskowicz - to chciałbym odjechać zaraz.
-Jak pan woli - powtórzył Krzycki. -Posyłam za godzinę po doktora do matki, więc jeśli to panu dogadza, może pan jechać tymi końmi.
-Owszem.
-Zatem to rzecz ułożona. Zaraz wydam dyspozycję.
To rzekłszy wstał i zamknął biurko, jakby chcąc zaznaczyć, że zamyka i rozmowę. Laskowicz spojrzał na niego z przebłyskami w oczach nienawiści. Nie szukał on awantury, ale ją przewidywał, więc stanął przed Krzyckim napięty jak łuk. Tymczasem nie zdarzyło się nic podobnego i przygotowany na wszelki wypadek rewolwer na nic się nie przydał; nie przyszło nawet do wzmianki o liście, chociaż był on napisany w sposób twardy i szorstki. A jednak było coś przykrego w tym zimnym tonie, w jakim przemawiał Krzycki, i pewna obraza w tej skwapliwości, z jaką przyjął propozycję wyjazdu. Laskowiczowi, który brał wszystko po swojemu, wydało się, że w tej lodowatej rozmowie zaznaczyło się i coś więcej, a mianowicie, stosunek człowieka zamożnego, który posiada Jastrząb, biurko z pieniędzmi, konie i powozy, do bezdomnego biedaka. Że ze swej strony nie zrobił nic, by ten stosunek polepszyć, a raczej dużo, by go pogorszyć, i że od samego przyjazdu zamknął się w nieprzyjaznej dla tych ludzi doktrynie, jak w skorupie żółwia, o tym w tej chwili nie myślał. Wszystko to razem wzburzyło w nim żółć do tego stopnia, iż prawie żałował, że nie przyszło do jakiego zajścia. Ale ponieważ w słowach Krzyckiego nie było nic takiego, do czego by się można przyczepić, więc tylko wyszedł z kancelarii bez pożegnania i ze zdwojoną nienawiścią.
A Krzycki zadzwonił, dał rozkaz, by za godzinę konie były gotowe oraz by z powodu piątku ogrodnik zajął się połowem ryb, po czym dopiero jął się trochę zastanawiać, czy sprawa z Laskowiczem przeszła tak, jak sobie życzył. Był z siebie rad i nierad. To, że potrafi być lakonicznym i stanowczym - zimnym a grzecznym i że nie dopuścił do grubiańskiej kłótni, przejmowało go zadowoleniem, a nawet niejaką dumą. Natomiast - z pewnego niesmaku, jaki pomimo tej dumy odczuwał, nie umiał sobie zdać sprawy, nie był bowiem na to psychologicznie dość wyrobionym. Powtarzał sobie, iż takie sceny "są zawsze nieprzyjemne - i cała rzecz!". W rzeczywistości istniała jednak i inna przyczyna. Oto całe jego zachowanie się, które wydawało mu się wielce umiarkowanym, rozsądnym i nieledwie dyplomatycznym, nie wypłynęło bezpośrednio i szczerze z jego temperamentu, a nawet było wprost przeciwne jego niezbyt głębokiej, ale otwartej i porywczej naturze. Gdyby był postąpił zgodnie z nią, byłby albo poczubił się z młodym studentem, albo powiedział mu na przykład tak: ,,Panie Laskowicz, nadstawiałeś nam tu kolce jak jeż i zawracałeś ludziom głowy, ale skoro odjeżdżasz, to daj rękę i bądź zdrów!" I jedno, i drugie byłoby lepiej do jego charakteru dostrojone i nie miałoby w sobie tego rozdźwięku, którego Krzycki nie uświadamiał sobie, ale który odczuwał.
Lecz dalsze rozmyślania przerwał mu służący oznajmieniem, że śniadanie gotowe i że goście są przy stole. Jakoż wszyscy zgromadzili się już w jadalnym pokoju, w którym pachniała kawa i szumiał samowar. Krzyckiemu na widok białych sukien pań i ich świeżych, wypoczętych twarzy zrobiło się od razu tak jasno w duszy, że w jednej chwili zapomniał o wszelkich przejściach i niesmakach. Pocałował na "dzień dobry" panią Otocką, a następnie niby przez roztargnienie, pannę Anney, ale tak mocno, że zarumieniła się jak wiśnia, po czym uścisnął rękę panny Maryni, przywitał się z mężczyznami i począł wołać wesoło:
-Kawy! kawy! bo od wschodu słońca wypiłem tylko dwie szklanki wody i głodny jestem jak wilk.
-Czy to kuracja, czy miałeś gorączkę? - zapytał Groński.
-Może miałem gorączkę, ale byłem swoją drogą konno w Rzęślewie i załatwiłem tysiąc spraw...
-Cóż "sielskie, anielskie" Rzęślewo? - przerwał Dołhański.
-A nic! Źle!... Tych zakazanych figur, którym chciałem się przypatrzeć, już nie ma. Ale teraz chcę przede wszystkim kawy i nie odpowiadam na żadne pytania.
Panna Marynia w zastępstwie pani Krzyckiej, która z powodu reumatyzmu dłużej pozostawała w łóżku, nalała mu kawy, a on pocałował za to w rękę także i młodą kuzyneczkę, z czego była rada, sądząc, że to jej dodaje powagi.
-To mi się należy jako wicegospodyni - rzekła, potrząsając głową.
-A zwłaszcza ze względu na wiek - dodał Dołhański.
Ona zaś nie pokazała mu języka tylko dlatego, że była zbyt dobrze wychowana.
Lecz Dołhański, który cierpiał na katar żołądka, popatrzył z zazdrością na zajadającego Krzyckiego i rzekł:
-Ależ apetyt. Czysty kanibal.
-Zrób i ty przed śniadaniem konno milę drogi, a będziesz miał taki sam apetyt. Zresztą kanibal, nie kanibal, ale to pewna, że gdym tu wszedł, gotów byłem zjeść choćby ten oto bukiet, który stoi przede mną.
-Przyjdą może takie czasy, w których szlachta nie będzie miała nic innego do jedzenia - odrzekł Dołhański.
Ale panna Marynia chwyciła co prędzej bukiet i śmiejąc się przesunęła go na drugą stronę stołu.
-Po kawie nie ma już obawy - zawołał Krzycki. -Ale jakie ładne polne kwiaty! Czy to panie same nazbierały?
-My jesteśmy śpiochy - odpowiedziała pani Otocka - nazbierała ich służąca Aninki.
Tym zdrobniałym imieniem nazywały obie siostry pannę Anney.
Krzycki obrzucił ostrym wzrokiem panie, ale że twarze ich były zupełnie spokojne, więc pomyślał: "Kwiatów nazbierała i o przygodzie nie wspomniała".
A panna Anney obracając powoli bukiet i przypatrując mu się zaczęła mówić:
-W środku jest kwiat jabłoni - dziewczyna nic dobrego obłamała jakieś drzewko, za co trzeba ją będzie wygderać - to są sasanki, to kluczyki, a to jasnota, która już przechodzi.
-Zadziwiająca jednak rzecz, jak pani mówi po polsku - zauważył Dołhański - przecież pani zna nawet nazwy roślin!
-Słyszałam je z ust wiejskich dziewcząt w Zalesiu u Zosi - odrzekła panna Anney. -Mam przy tym widocznie zdolności językowe, bo nauczyłam się od nich nawet i mówić po wiejsku.
-Naprawdę - zawołał Krzycki - umiała by pani co powiedzieć po chłopsku? Niech pani co powie! Niech pani powie! - prosił składając ręce.
Ona zaś poczęła się śmiać i wzdragać, ale na koniec pochyliła głowę i przyłożywszy wierzch dłoni do czoła, jak czynią onieśmielone wiejskie dziewuchy, ozwała się przeciągając nieco każde słowo:
-Jaby ta i umiała, ino ze nie śmiem...
Rozległy się śmiechy i brawa, tylko pani Otocka spojrzała na nią jakimś dziwnym wzrokiem, a ona zmieszała się rzeczywiście, ale była przy tym taka ładna, że Krzycki pogrążył się do reszty.
-A! to można głowę stracić! - wołał z niekłamanym zapałem. -Słowo daję, można głowę stracić!
Groński zaś, który na równi ze wszystkimi wpadł w dobry humor, rzekł z cicha:
-A nawet, consummatum est!...
Lecz dalszą rozmowę przerwał im powozowy turkot, który dał się słyszeć na dziedzińcu i umilkł przed gankiem.
-Co to? - zapytał Groński.
-Posyłam po doktora dla matki - odpowiedział wstając Władysław. -Kto ma jaki interes do miasta, niech powie.
Dołhański i Groński wstali również i wyszli z nim do sieni.
-A ja właśnie chciałem cię prosić o konie - rzekł Groński. -Wiem, że macie tylko jedno siodło damskie w Jastrzębiu, więc zamówiłem drugie i muszę odebrać je z poczty osobiście. Nie chciałem mówić o tym przy paniach, bo to ma być niespodzianka.
-Dobrze - odpowiedział Krzycki - ale dam panu chyba inny powóz, bo tym odjeżdża Laskowicz, a zapewne wolałby pan z nim nie jechać.
-On? - zawołał Dołhański. -To jego nie znasz? On gotów by jechać ze starą ciotką Belzebuba, byle tylko móc ciągnąć ją za język i samemu gadać i rozprawiać.
-Trochę w tym prawdy - rzekł Groński. -Ze mnie istotnie gaduła. Owszem, chętnie pojadę z Laskowiczem i postaram się go rozgadać, bo on mnie jednak zajmuje. Skończyłeś tedy z nim dziś rano?
-Tak. Muszę nawet pójść na chwilę do matki, by jej to powiedzieć. Skończyłem, a w dodatku skończyłem spokojnie. Ja przynajmniej byłem zupełnie spokojny.
-To tym lepiej. Idźże do matki, a ja pójdę do siebie po płótniankę, bo na drodze musi być kurz porządny. Zaraz wracam.
Jakoż wrócił po chwili, przybrany w biały płócienny kitel. Jednocześnie służący zniósł kuferek Laskowicza, a wkrótce pokazał się on sam, zamknięty w sobie i posępny jak noc, albowiem myśl, że nie zobaczy już swego "alabastrowego posążka" napełniała go bólem i żalem, tym bardziej, że po owych hipnotycznych wysiłkach, gdy dzień roztrzeźwił go, poczuwał się jakby do winy względem niego. Mógł wprawdzie, zamiast połykać z niepotrzebnym pośpiechem śniadanie na górce w swoim pokoju, zejść na dół i patrzeć na pannę Marynię jeszcze przez jakie pół godziny, ale nie chciał tego uczynić naprzód dlatego, by nie spotkać się z Krzyckim, a po wtóre, czując, że grałby w tym towarzystwie rolę Piłata w Credo. W tej chwili jednak żałował, że nie zeszedł i że nie napełnił sobie nią oczu po raz ostatni.
Ale czekała go miła niespodzianka, gdyż i młode panie w towarzystwie Dołhańskiego i Władysława wyszły na ganek, a następnie mała Anusia, z którą żył w przyjaźni, dowiedziawszy się, że pan Laskowicz odjeżdża, nadbiegła z oczyma wezbranymi łzami, z buzią w podkówkę i pęczkiem kwiatów w garstce, by go pożegnać. Młody student wziął od niej kwiaty, ucałował jej rączkę i z ciężkim sercem siadł w powozie obok Grońskiego, który tymczasem gawędził z panią Otocką.
Anusia zeszła ze stopni ganku i stanęła tuż przy drzwiczkach, co widząc, panna Marynia pośpieszyła również za nią i widocznie w obawie, by powóz w chwili odjazdu jej nie potrącił, wzięła ją za rękę, a następnie zaczęła pocieszać:
-Przecie pan Laskowicz cię nie zapomni - mówiła pochylając się nad dziewczynką - i pewnie do ciebie napisze, a jak bardzo zatęskni, to i powróci.
Po czym podnosząc oczy wprost na Laskowicza:
-Prawda, panie, że pan jej nie zapomni?
Zaś Laskowicz spojrzał w głąb jej przeźroczystych źrenic, jakby je chciał przejrzeć do dna, i rzeczywiście wzruszony, odpowiedział z naciskiem:
-Nie zapomnę.
-A widzisz! - uspokajała Anusię panna Marynia.
Lecz w tej chwili zbliżył się Krzycki.
-Matka kazała pana pożegnać - rzekł.
I natychmiast zawołał na woźnicę:
-Jazda!
Powóz ruszył, zatoczył koło w okrąg dziedzińca i znikł w alei za bramą.
Panna Anney i obie siostry udały się teraz do pani Krzyckiej, chcąc jej dotrzymać towarzystwa przy śniadaniu, które w dniach dolegliwszych cierpień pijała w łóżku. Krzycki przypomniawszy sobie, że rano kazał łapać ryby, poszedł wprost przez ogród do stawu zobaczyć, czy połów wypadł pomyślnie.
Lecz zanim doszedł do brzegu, spotkał niespodziewanie na skręcie cienistego grabowego szpaleru swoją poranną wizję "Diany w wodotrysku".
Dziewczyna zatrzymała się na jego widok i naprzód przez twarz jej przeleciał jakby żywy płomień, po czym zbladła tak, że czarny meszek nad jej ustami zarysował się wyraźnie. I stała nieruchomie, ze spuszczonymi oczyma i falującą piersią, pomieszana i zawstydzona.
Lecz on ozwał się z całą swobodą:
-Dzień dobry panience, dzień dobry! A jak panience na imię?
-Paulina - szepnęła nie podnosząc oczu.
-Ładne imię!
Po czym uśmiechnął się trochę po szemlowsku i dodał:
-Ale, panno Polciu... na drugi raz... tam jest zasuwka.
-Ja się chyba utopię - zawołała jakimś histerycznym głosem dziewczyna.
A on jął mówić tonem perswazji:
-Dlaczego? Po co? Przecie tu nie ma niczyjej winy, to czysty przypadek. Ja nikomu o tym nie powiem, a żem widział takie śliczności, to tylko moje szczęście!
I poszedł do ryb.
Ona zaś przeprowadziła zamglonymi oczyma jego urodziwą postać i stała jeszcze długo zamyślona na miejscu, albowiem wydało jej się, że z powodu tej, im tylko wiadomej, tajemnicy zapadło między nimi coś takiego, co ich już będzie łączyło zawsze.
A potem, gdy przypomniała sobie, jak ją widział ten cudny panicz jastrzębski - dreszcz przeszedł ją od stóp do głowy.

[powrót] [rozdz.X]