Henryk Sienkiewicz

"Krzyżacy" tom 2

ROZDZIAŁ XXXVII

Jurand umarł w kilka dni później. Przez cały tydzień odprawiał ksiądz Kaleb nabożeństwo nad jego ciałem, które nie psuło się wcale - w czym wszyscy cud Boży widzieli - i przez cały tydzień roiło się od gości w Spychowie. Potem przyszedł czas ciszy, jaki zwykle bywa po pogrzebach. Zbyszko chadzał do podziemia, a czasem też z kuszą do boru, z której zresztą nie strzelał do zwierza, jeno chodził w zapamiętaniu, aż wreszcie pewnego wieczora przyszedł do izby, w której dziewczyny siedziały z Maćkiem i Hlawą - i niespodzianie rzekł:
-Posłuchajcie, co powiem! Nie płuży smutek nikomu, a przez to lepiej wam do Bogdańca i do Zgorzelic wracać niżeli tu w smutku siedzieć.
Nastało milczenie, wszyscy bowiem odgadli, że to będzie wielkiej wagi rozmowa - i dopiero po chwili ozwał się Maćko:
-Lepiej nam, ale i tobie lepiej.
Lecz Zbyszko potrząsnął swymi jasnymi włosami.
-Nie! - rzekł - wrócę, da Bóg, i ja do Bogdańca, ale teraz w inną mi trzeba drogę.
-Hej! - zawołał Maćko. -Mówiłem, że koniec, a tu nie koniec! Bójże ty się Boga, Zbyszku!
-Przecie wiecie, iżem ślubował.
-To to jest przyczyna? Nie masz Danuśki, nie masz i ślubowania. Śmierć cię od przysięgi zwolniła.
-Moja by mnie zwolniła, ale nie jej. Na rycerską cześć ja Bogu przysięgał! Jakoże chcecie? Na rycerską cześć!
Każde słowo o rycerskiej czci wywierało na Maćku jakby czarodziejski wpływ. W życiu, prócz przykazań boskich i kościelnych, niewielu się innymi kierował, ale natomiast tymi kilkoma kierował się niezachwianie.
-Ja ci nie mówię, żebyś przysięgi nie dotrzymał - rzekł.
-Jeno co?
-Jeno to, żeś młody i że na wszystko masz czas. Jedź teraz z nami; wypoczniesz - z żalu i boleści się otrząśniesz - a potem ruszysz, dokąd zechcesz.
-To już wam tak szczerze jak na spowiedzi powiem - odrzekł Zbyszko. -Jeżdżę, widzicie, gdzie trzeba, gadam z wami, jem i piję jak każdy człowiek, a sprawiedliwie mówię, że we wnątrzu i w duszy rady sobie nijakiej dać nie mogę. Nic, jeno smutek we mnie, nic, jedno boleść, nic, jedno to gorzkie śluzy - same mi z oczu płyną!
-To ci właśnie między obcymi będzie najgorzej.
-Nie! - mówił Zbyszko. -Bóg widzi, że do reszty bym skapiał w Bogdańcu. Kiedy wam mówię, że nie mogę, to nie mogę! Wojny mi trza, bo w polu łacniej przepomnieć. Czuję, że jak ślubu dokonam, jak onej zbawionej duszy będę mógł rzec: wszystkom ci spełnił, com przyobiecał - i dopiero mnie popuści. A pierwej - nie! Nie utrzymalibyście mnie i na powrozie w Bogdańcu...
Po tych słowach stało się w izbie cicho, tak że słychać było muchy latające pod pułapem.
-Ma-li skapieć w Bogdańcu, to niech lepiej jedzie - ozwała się wreszcie Jagienka.
Maćko założył obie ręce na kark, jak miał zwyczaj czynić w chwilach wielkiego frasunku, po czym westchnął ciężko i rzekł:
-Ej, mocny Boże!...
Jagienka zaś mówiła dalej:
-Zbyszku, ale ty przysięgnij, że jeżeli cię Bóg zachowa, to nie ostaniesz tutaj, jeno powrócisz do nas.
-Co bym nie miał wrócić! Jużci nie ominę Spychowa, ale tu nie ostanę.
-Bo - ciągnęła dalej cichszym nieco głosem dziewczyna - jeśli ci o tę truchełkę chodzi, to my ci ją zawieziem do Krześni...
-Jaguś! - zawołał z wybuchem Zbyszko.
I w pierwszej chwili uniesienia i wdzięczności padł jej do nóg.

[powrót] [rozdz.XXXVIII]