Henryk Sienkiewicz

"Quo vadis"

ROZDZIAŁ LIV

Winicjusz, opuściwszy Apostoła, szedł do więzienia z odrodzonym przez nadzieję sercem. Gdzieś w głębi duszy krzyczała mu jeszcze rozpacz i przerażenie, lecz on tłumił w sobie te głosy. Wydało mu się niepodobieństwem, by wstawiennictwo Bożego namiestnika i potęga jego modlitwy miały pozostać bez skutku. Bał się nie mieć nadziei, bał się wątpić. "Będę wierzył w miłosierdzie Jego - mówił do siebie - choćbym ją ujrzał w paszczy lwa". I na tę myśl, choć drżała w nim dusza i pot zimny oblewał mu skronie, wierzył. Każde uderzenie jego serca było teraz modlitwą. Poczynał rozumieć, że wiara góry porusza, albowiem poczuł w sobie jakąś dziwną siłę, której nie odczuwał przedtem. Zdawało mu się, że potrafi nią dokonać takich rzeczy, które jeszcze wczoraj nie były w jego mocy. Chwilami miał wrażenie, jakby złe minęło. Gdy rozpacz odzywała się jeszcze jękiem w jego duszy, przypominał sobie tę noc i tę świętą sędziwą twarz, wzniesioną ku niebu w modlitwie. "Nie! Chrystus nie odmówi pierwszemu uczniowi swemu i pasterzowi trzody! Chrystus mu nie odmówi, a ja nie zwątpię!"
I biegł do więzienia jak zwiastun dobrej nowiny.
Lecz tu czekała go rzecz niespodziewana.
Straże pretoriańskie, zmieniające się przy Mamertyńskim więzieniu, znały go już wszystkie i zwykle nie czyniły mu najmniejszych trudności, lecz tym razem łańcuch się nie otworzył, a natomiast setnik zbliżył się ku niemu i rzekł:
-Wybacz, szlachetny trybunie, mamy dziś rozkaz nie wpuszczać nikogo.
-Rozkaz? - powtórzył, blednąc, Winicjusz.
Żołnierz spojrzał na niego ze współczuciem i odrzekł:
-Tak, panie. Rozkaz cezara. W więzieniu dużo jest chorych i być może, iż obawiają się, aby przychodnie nie roznieśli zarazy po mieście.
-Lecz mówiłeś, że rozkaz na dziś tylko?
-W południe zmieniają się straże.
Winicjusz zamilkł i odkrył głowę, albowiem zdawało mu się, że pileolus, który miał na niej, jest z ołowiu.
Wtem żołnierz zbliżył się i rzekł przyciszonym głosem:
-Uspokój się, panie. Stróże i Ursus czuwają nad nią.
To rzekłszy, pochylił się i w mgnieniu oka nakreślił na kamiennej płycie swym długim galijskim mieczem kształt ryby.
Winicjusz spojrzał na niego bystro.
-...I jesteś pretorianinem?
-Póki nie będę tam - odrzekł żołnierz, wskazując na więzienie.
-I ja czczę Chrystusa.
-Niech będzie pochwalone imię Jego! Wiem, panie. Nie mogę cię wpuścić do więzienia, lecz jeśli napiszesz list, oddam go stróżom.
-Dzięki ci, bracie.
I ścisnąwszy rękę żołnierza, odszedł. Pileolus przestał mu ciążyć ołowiem. Słońce ranne podniosło się nad mury więzienia, a razem z jego jasnością poczęła znów wstępować otucha w serce Winicjusza. Ten żołnierz chrześcijanin był dla niego jakby nowym świadectwem potęgi Chrystusa. Po chwili zatrzymał się i utkwiwszy wzrok w różowych obłokach zawieszonych nad Kapitolem i świątynią Statora, rzekł:
"Nie widziałem jej dziś, Panie, ale wierzę w Twoje miłosierdzie".
W domu czekał na niego Petroniusz, który, jak zwykle, "z nocy dzień czyniąc", niedawno był powrócił. Zdążył jednakże wziąć już kąpiel i namaścić się do snu.
-Mam dla ciebie nowiny - rzekł. -Byłem dziś u Tuliusza Senecjona, u którego był i cezar. Nie wiem, skąd Auguście przyszło na myśl przyprowadzić ze sobą małego Rufiusa... Może dlatego, by swą urodą zmiękczył serce cezara. Na nieszczęście dziecko, zmorzone snem, usnęło w czasie czytania, jak niegdyś Wespazjan, co widząc, Ahenobarbus cisnął w nie pucharem i skaleczył je ciężko. Poppea zemdlała, wszyscy zaś słyszeli, jak cezar rzekł: "Dość mam tego przypłodka!", a to, wiesz, tyle znaczy, co śmierć!
-Nad Augustą zawisła kara Boża - odpowiedział Winicjusz - ale czemu mi to mówisz?
-Mówię dlatego, że ciebie i Ligię ścigał gniew Poppei, teraz zaś ona, zajęta własnym nieszczęściem, może poniecha pomsty i łatwiej da się przejednać. Zobaczę ją dziś wieczorem i będę z nią mówił.
-Dzięki ci. Zwiastujesz mi dobrą nowinę.
-A ty się wykąp i spocznij. Usta masz sine i cień z ciebie pozostał.
Lecz Winicjusz spytał:
-Zali nie mówiono, kiedy odbędzie się pierwszy ludus matutinus?
-Za dziesięć dni. Ale wezmą pierwej inne więzienia. Im więcej zostanie nam czasu, tym lepiej. Nie wszystko jeszcze stracone.
I tak mówiąc, mówił to, w co sam już nie wierzył, wiedział albowiem doskonale, że skoro cezar w odpowiedzi na prośbę Aliturusa znalazł wspaniale brzmiącą odpowiedź, w której porównał się z Brutusem, to dla Ligii nie ma już ratunku. Ukrył też przez litość, co słyszał u Senecjona, że cezar i Tygellin postanowili wybrać dla siebie i dla przyjaciół najpiękniejsze dziewice chrześcijańskie i pohańbić je przed męką, reszta zaś miała być wydana w sam dzień igrzyska pretorianom i bestiariuszom. Widząc, że Winicjusz w żadnym razie nie zechce przeżyć Ligii, umyślnie krzepił tymczasem nadzieję w jego sercu, naprzód przez współczucie dla niego, po wtóre, że temu estecie chodziło także o to, aby Winicjusz, jeśli ma umrzeć, umarł pięknym, nie zaś z twarzą wyniszczoną i sczerniała z bólu i bezsenności.
-Powiem dziś Auguście - rzekł - mniej więcej tak: "Uratuj Ligię dla Winicjusza, a ja uratuję dla ciebie Rufiusa". I będę o tym myślał naprawdę. Z Ahenobarbem jedno słowo, powiedziane w stosownej chwili, może kogoś uratować lub zgubić. W najgorszym razie zyskamy na czasie.
-Dzięki ci - powtórzył Winicjusz.
-Najlepiej mi podziękujesz, gdy się pożywisz i spoczniesz. Na Atenę! Odysej w największym nieszczęściu myślał o śnie i jadle. Całą noc spędziłeś pewno w więzieniu.
-Nie - odpowiedział Winicjusz. -Chciałem pójść do więzienia teraz, ale jest rozkaz, aby nikogo nie dopuszczano. Dowiedz się ty, Petroniuszu, czy rozkaz jest na dziś tylko, czy aż do dnia igrzysk.
-Dowiem się dziś w nocy i jutro rano powiem ci, na jak długo i dlaczego rozkaz został wydany. A teraz, choćby Helios miał ze zmartwienia zejść do kimeryjskich krajów, idę spać, ty zaś naśladuj mnie.
I rozeszli się, lecz Winicjusz udał się do biblioteki i począł pisać list do Ligii.
Gdy skończył, odniósł go sam i wręczył chrześcijańskiemu setnikowi, który natychmiast poszedł z nim do więzienia. Po chwili wrócił z pozdrowieniem od Ligii i z obietnicą, że dziś jeszcze odniesie jej odpowiedź.
Winicjusz nie chciał jednak wracać i siadłszy na głazie, czekał na list Ligii. Słońce wzbiło się już wysoko na niebie i przez Clivius Argentarius napływały na forum, jak zwykle, tłumy ludzi. Przekupnie wywoływali swoje towary; wróżbici polecali przechodniom swoje usługi; obywatele ciągnęli poważnym krokiem ku rostrom, by słuchać przygodnych mówców lub rozpowiadać sobie wzajemnie najświeższe nowiny. W miarę jak upał dogrzewał coraz silniej, gromady próżniaków chroniły się pod portyki świątyń, spod których wylatywały co chwila z wielkim łopotem skrzydeł całe stada gołębi, rozbłyskując białymi piórami w jasności słonecznej i błękicie.
Pod nadmiarem światła, pod wpływem gwaru, ciepła i niezmiernego znużenia oczy Winicjusza poczęły się kleić. Monotonne okrzyki chłopców grających obok w morę i miarowe kroki żołnierzy kołysały go do snu. Kilkakroć podniósł jeszcze głowę i objął oczyma więzienie, po czym oparł ją o zrąb skalny, westchnął jak dziecko, które usypia po długim płaczu, i usnął.
I wnet opadły go widzenia. Zdawało mu się, że wśród nocy niesie na ręku Ligię przez nieznaną winnicę, a przed nim idzie Pomponia Grecyna z kagankiem w ręku i świeci. Jakiś głos, jakby Petroniusza, wołał za nim z daleka: "Wróć się!". Lecz on nie zważał na owo wołanie i szedł dalej za Pomponią, póki nie doszli do chaty, w której progu stał Piotr Apostoł. Wówczas on pokazał mu Ligię i rzekł: "Idziemy z areny, panie, ale nie możemy jej obudzić, zbudź ty ją". Lecz Piotr odpowiedział: "Chrystus sam przyjdzie ją zbudzić!".
Potem obrazy zaczęły mu się mieszać. Widział przez sen Nerona i Poppeę trzymającą na ręku małego Rufiusa ze skrwawionym czołem, które obmywał Petroniusz, i Tygellina posypującego popiołem stoły zastawione kosztownymi potrawami, i Witeliusza pożerającego owe potrawy, i mnóstwo innych augustianów, siedzących przy uczcie. On sam spoczywał przy Ligii; lecz między stołami chodziły lwy, którym z płowych bród ściekała krew. Ligia prosiła, by ją wyprowadził, a jego ogarnęła bezwładność tak straszna, iż nie mógł się nawet poruszyć. Za czym w widzeniach jego nastał bezwład jeszcze większy i wreszcie wszystko zapadło w ciemność zupełną.
Z głębokiego snu zbudził się dopiero żar słoneczny i okrzyki, które rozległy się tuż obok miejsca, na którym siedział. Winicjusz przetarł oczy: ulica roiła się od ludzi, lecz dwaj biegacze, przybrani w żółte tuniki, rozsuwali długimi trzcinami tłum, krzycząc i czyniąc miejsce dla wspaniałej lektyki, którą niosło czterech silnych niewolników egipskich.
W lektyce siedział jakiś człowiek przybrany w białe szaty, którego twarzy nie było dobrze widać, albowiem tuż przy oczach trzymał zwój papirusu i odczytywał coś pilnie.
-Miejsce dla szlachetnego augustianina! - wołali biegacze.
Ulica była jednak tak zatłoczona, że lektyka musiała się na chwilę zatrzymać. Wówczas augustianin opuścił niecierpliwie zwój papieru i wychylił głowę, wołając:
-Rozpędzić mi tych nicponiów! Prędzej!
Nagle, spostrzegłszy Winicjusza, cofnął głowę i podniósł szybko do oczu zwój papieru.
A Winicjusz przeciągnął ręką po czole, sądząc, że śni jeszcze.
W lektyce siedział Chilo.
Tymczasem biegacze utorowali drogę i Egipcjanie mieli ruszyć naprzód, gdy nagle młody trybun, który w jednej chwili zrozumiał wiele rzeczy przedtem dla niego niezrozumiałych, przybliżył się do lektyki.
-Pozdrowienie ci, Chilonie! - rzekł.
-Młodzieńcze - odpowiedział z godnością i dumą Grek, usiłując swej twarzy nadać wyraz spokoju, którego w duszy nie miał - witaj, ale mnie nie zatrzymuj, gdyż śpieszę się do przyjaciela mego, szlachetnego Tygellina.
A Winicjusz, chwyciwszy za krawędź lektyki, pochylił się ku niemu i patrząc mu wprost w oczy, rzekł zniżonym głosem:
-Tyś wydał Ligię?...
-Kolosie Memnona! - zawołał z przestrachem Chilo.
Lecz w oczach Winicjusza nie było groźby, więc strach starego Greka przeszedł szybko. Pomyślał, że jest pod opieką Tygellina i samego cezara, to jest potęg, przed którymi drży wszystko, i że otaczają go silni niewolnicy, a zaś Winicjusz stoi przed nim bezbronny, z wynędzniałą twarzą i postawą zgiętą przez ból.
Na tę myśl wróciła mu zuchwałość. Utkwił w Winicjusza swe oczy okolone czerwonymi obwódkami i odszepnął:
-A ty, gdym umierał z głodu, kazałeś mnie schłostać.
Na chwilę umilkli obaj, po czym ozwał się głuchy głos Winicjusza:
-Skrzywdziłem cię, Chilonie!...
Wówczas Grek podniósł głowę i klasnąwszy w palce, co w Rzymie było oznaką lekceważenia i pogardy, odrzekł tak głośno, aby wszyscy mogli go usłyszeć:
-Przyjacielu, jeśli masz do mnie prośbę, przyjdź do domu mego na Eskwilinie o rannej porze, w której po kąpieli przyjmuję gości i klientów.
I skinął ręką, a na ów znak Egipcjanie podnieśli lektykę, niewolnicy zaś, przybrani w żółte tuniki, poczęli wołać, machając trzcinami:
-Miejsce dla lektyki szlachetnego Chilona Chilonidesa! Miejsce! Miejsce!...

[powrót] [rozdz.LV]