Henryk Sienkiewicz

"Rodzina Połanieckich"

ROZDZIAŁ LXVI

Przyszły chrzciny. Młody człowiek był już ochrzczony z wody, albowiem uczyniła to zaraz po jego przyjściu na świat pani Bigielowa, której pod wrażeniem choroby matki wydawało się, że i mały umrze lada minuta... Lecz on ani o tym myślał - i w najlepszym zdrowiu i apetycie czekał na termin uroczystości, w której miał odegrać główną rolę. Połaniecki pospraszał wszystkich znajomych: była więc, prócz domowych i dziadzi Pławickiego, pani Emilia, która na ten dzień zebrała resztę sił, byli oboje państwo Bigielowie z małymi Bigielętami i profesor Waskowski, i Świrski, i Zawiłowski, i panna Ratkowska. Pani Połaniecka, zdrowa już, wystrojona i szczęśliwa, wyglądała tak uroczo, że Świrski ujrzawszy ją wziął się obu rękoma za włosy i ze zwykłą sobie szczerością rzekł:
-To przecie przechodzi wszelkie pojęcie! Dalibóg, oczy można stracić!
-Co! - zawołał Połaniecki, sapiąc z zadowolenia i z taką zarozumiałością, jakby zawsze utrzymywał to, o czym inni teraz dopiero się przekonali.
A Świrski odrzekł:
-Klękajcie, narody! Nie powiem nic więcej!
Ona słuchała tego z zakłopotaniem, ale płonąc zarazem z radości w poczuciu, że Świrski ma słuszność. Musiała się jednak zająć gośćmi i ceremonią, a to tym bardziej, że z początku wkradło się pewne zamieszanie. W pierwszą parę miała trzymać małego Stasia pani Emilia i Bigiel, w drugą zaś malarz z panną Ratkowską. Tymczasem ten ostatni począł robić niespodzianie trudności, wynajdować przeszkody i wykręcać się, nie wiadomo dlaczego. "Rad by bardzo - po to umyślnie z Włoch przyjechał... jakże! to rzecz ułożona, ale że nigdy przedtem dziecka do chrztu nie trzymał, więc nie wie, czyby mi się chrześniak zdrowo chował, a zwłaszcza, czyby miał szczęście do kobiet." Na to Połaniecki począł się śmiać i nazywać go przesądnym Włochem, lecz Marynia, która najbardziej domyśliła się, o co chodzi, korzystając z chwili, w której chcąc się wymknąć wycofywał się do okna, rzekła półgłosem:
-Kumostwo w drugą parę nie jest w danym razie przeszkodą.
Świrski powiódł za nią oczyma, następnie uśmiechnął się ukazując swoje małe zdrowe zęby i nagle rzekł zwracając się do panny Ratkowskiej:
-Prawda, że to tylko w drugą parę, więc... służę pani!
I wszyscy otoczyli zaraz małego Stasia, który na ręku niani, przybrany w powłóczyste muśliny i koronki, wyglądał dzielnie razem ze swoją łysiną i wytrzeszczonymi okrągłymi oczkami, w których świat zewnętrzny odbijał się tak mechanicznie, jak w zwierciadle. Bigiel wziął go teraz na ręce i rozpoczął się obrzęd.
Obecni słuchali w skupieniu poważnych sakramentalnych słów, lecz młody poganin okazał wyjątkową zatwardziałość. Naprzód począł wierzgać tak, że wysunął się na wpół z rąk Bigiela, po czym, gdy Bigiel wyrzekał się w jego imieniu czarta i jego nieprawości, uczynił wszystko, co było w jego mocy, żeby go zagłuszyć. Dopiero ujrzawszy niespodzianie wśród krzyku okulary Bigiela uciął nagle, jakby chcąc dać do zrozumienia, że jeśli na świecie istnieją tak zdumiewające przedmioty, to w takim razie co innego.
Zresztą obrzęd się skończył i zaraz potem oddano go w ręce niani, która po chwili ułożyła go w przepysznym łóżeczku mającym kształt wózka, darze Świrskiego - i chciała go wytoczyć z pokoju. Lecz Świrski, który może dotąd nigdy w życiu nie widział z bliska tak małej osoby i w którego piersiach biło stęsknione od dawna za ojcostwem serce, zatrzymał nianię i pochyliwszy się do kołyski wziął dziecko w ramiona.
-Ostrożnie! ostrożnie! - zawołał zbliżając się Połaniecki.
A malarz odwrócił się do niego i rzekł:
-Panie, ja miewałem w ręku wyroby Luca della Robbia.
I rzeczywiście, podniósł małe stworzenie i począł je huśtać z taką zręcznością, jakby całe życie dzieci niańczył. Następnie przystąpił z nim do profesora Waskowskiego i spytał:
-Cóż? Co kochany profesor myśli o tym małym Aryjczyku?
-A cóż? - odpowiedział staruszek spoglądając z rozczuleniem na malca - naturalnie, że Aria! najczystszej wody Aria!
-I przyszły misjonarz? - dodał Połaniecki.
-Nie uchyli się od tego w przyszłości, nie uchyli, tak jak i wy nie umiecie się uchylić! - odpowiedział profesor.
Jakoż przyszłości niepodobna było przesądzać, na razie jednak młody Aryjczyk uchylił się od wszelkich misji w sposób tak niedwuznaczny, a nawet wprost obelżywy, że trzeba go było oddać niani. Panie jednak nie przestały się nim bawić, cmokać na niego i zachwycać się nim, póki nie doszły do stanowczego wniosku, że to jest dziecko zupełnie wyjątkowe, że całe zachowanie się jego dowodnie o tym świadczy i że trzeba by chyba nie mieć oczu, żeby nie poznać, że to będzie najprzystojniejszy w kraju mężczyzna, a przy tym geniusz.
Geniusz jednak usnął wreszcie, jak gdyby odurzony kadzidłami, a tymczasem podano śniadanie. Marynia, mimo całej przyjaźni dla malarza, posadziła jednak koło panny Ratkowskiej Zawiłowskiego. Chciała, jak zresztą i wszyscy nie wyjmując nawet Świrskiego, żeby się coś w ich stosunkach wyjaśniło. Zawiłowskiego postępowanie było bowiem dziwne. Świrski utrzymywał, że on nie jest jeszcze zupełnie normalny. Był zdrów, sypiał i jadał dobrze, nawet nieco utył, mówił rozsądnie, choć powolniej niż dawniej, ale pojawiała się w nim jakaś niemoc woli, jakiś brak inicjatywy, której przedtem było w nim tak pełno. We Włoszech rozpromieniał się na wspomnienie panny Ratkowskiej i gdy o niej mówił, oczy czasem zachodziły mu łzami. Po powrocie, gdy mu ktoś czasem napomknął, że warto by pójść z wizytą do panny Ratkowskiej, a zwłaszcza gdy ofiarował się iść z nim razem, mówił: "A prawda" - i szedł z radością. Poza tym jednak zdawał się jakby nie pamiętać o jej istnieniu. Widoczne czasem było, że jakieś inne myśli nurtują go w głębi duszy i pochłaniają wszystkie jego duchowe władze. Świrski przypuszczał przez jakiś czas, że to może pamięć o pannie Castelli - przekonał się jednak z pewnym zdziwieniem, że tak nie jest, i wreszcie zaczął mniemać, że Zawiłowski dlatego nigdy jej nie wspominał, iż stracił poczucie jej rzeczywistości, albo też, że wydawała mu się już czymś tak odległym, jakimś wrażeniem tak rozwianym, że wspomnień o niej nie mógł związać w żywą, realną całość. Nie był jednak smutny. Owszem, chwilami znać w nim było zadowolenie i radość z życia, jakby się dopiero po powtórnym odrodzeniu na nim poznał. Prawdziwie smutną, coraz bardziej zamkniętą w sobie i coraz cichszą była panna Ratkowska. Może, prócz braku wzajemności, niepokoiły ją w Zawiłowskim i inne rzeczy, ale nie mówiła o swych niepokojach z nikim. Marynia i pani Bigielowa, sądząc, że wyłącznym powodem jej smutku jest zachowanie się Zawiłowskiego w stosunku do niej, otaczały ją najserdeczniejszym współczuciem i gotowe były uczynić wszystko, by jej przyjść z pomocą. Marynia, od czasu powrotu Zawiłowskiego z Włoch, widziała go po raz pierwszy, ale pani Bigielowa mówiła z nim codziennie o pannie Ratkowskiej unosząc się nad nią, wspominając, ile jej winien wdzięczności, i dając mu coraz wyraźniej do zrozumienia, że powinien się jakoś z takiego długu uiścić. Poczciwy Świrski wbrew własnym nadziejom powtarzał mu toż samo - i Zawiłowski wszystko przyznawał, tylko jakby nie chcąc lub nie umiejąc wyprowadzić ostatecznego wniosku, mówił o rychłym swym powtórnym wyjeździe, o planach jeszcze większych podróży na przyszłość, słowem: o rzeczach, które z natury swej wyłączały udział panny Ratkowskiej.
I teraz siedząc obok niewiele do siebie mówili. Zawiłowski jadł obficie - i z zajęciem, a nawet pewną niecierpliwością przeprowadzał oczyma nowe dania, które podawano naprzód starszym; panna Ratkowska zauważywszy to spoglądała na niego chwilami jakby z bolesnym współczuciem, a Marynię poczęło to trochę korcić, więc chcąc zawiązać między nimi rozmowę rzekła przechyliwszy się przez stół:
-Pan tak świeżo z podróży, niechże pan coś opowie mnie i Stefci o Włoszech. Wszak ty, Stefciu, nie byłaś tam dotąd?
-Nie byłam - odpowiedziała panna Ratkowska - ale niedawno właśnie czytałam jakąś podróż... tylko że czytać a widzieć to co innego.
I zarumieniła się lekko, spostrzegła bowiem, iż się zdradziła, że czytywała właśnie o Włoszech właśnie wówczas, gdy Zawiłowski tam bawił.
On zaś rzekł:
-Mnie pan Świrski namówił aż do Sycylii, ale tam były jeszcze upały; tam by trzeba teraz jechać!
-A! - rzekła Marynia - dobrze, że mi się przypomniało! A moje listy? Pytał pan przecie przez pana Świrskiego, czy chcę, by mi pan spisywał swoje wrażenia, a potem nie odebrałam ani literki!
Zawiłowski zaczerwienił się nagle, zmieszał, a potem rzekł jakimś dziwnym, niepewnym głosem:
-Bo... jeszcze nie mogłem... Ja będę ogromnie dużo pisał, ale później...
Świrski posłyszawszy te słowa zbliżył się po śniadaniu do Maryni i rzekł ukazując Zawiłowskiego oczyma:
-Wie pani, jakie on mi czasem robi wrażenie? Że to jest kosztowne naczynie - rozbite.

[powrót] [rozdz.LXVII]