Henryk Sienkiewicz

"Bez dogmatu"

7 LISTOPADA.

Przyjechaliśmy do Płoszowa o siódmej wieczór; teraz jest północ i cały dom już śpi. Chwała Bogu, powitanie nie wzruszyło jej nadto. Wyszła do mnie zmieszana, z przymusem, z niepewnością, z zawstydzeniem i jakby ze strachem w oczach, ale ja sobie przysiągłem, że powitam ją tak swobodnie, tak naturalnie, jakbyśmy się wczoraj rozstali. I odjąłem powitaniu wszelki odcień przejednania, przebaczenia i wszelki nastrój uroczysty. Spostrzegłszy ją, zbliżyłem się do niej śpiesznie i wyciągnąwszy ręce, zawołałem prawie wesoło:
-Jak się masz, Anielko kochana! Tak stęskniłem się za wami, żem odłożył swoją morską podróż do późniejszych czasów.
A ona zrozumiała natychmiast, że takie powitanie jest aktem zgody, przejednania, powrotu do niej i zarazem ofiarą z siebie samego dla jej spokoju. Przez chwilę przemknęło po jej twarzy rozrzewnienie tak wielkie, że bałem się, iż nie zdoła nad nim zapanować. Chciała coś przemówić i nie mogła, ściskała tylko silnie moją rękę. Myślałem, że się rozpłacze.
Alem nie zostawił jej na to czasu i zacząłem pośpiesznie mówić tym samym tonem:
-Cóż portret? Głowa już była skończona, jakeś wyjeżdżała - nieprawda? Angeli tak prędko go nie przyszle, bo sam mi mówił, że to będzie jego arcydzieło. Wystawi go pewno w Wiedniu, w Monachium i w Paryżu. Całe szczęście, żem zamówił drugi egzemplarz, bo inaczej czekalibyśmy jeszcze z rok. Ale chciałem cię mieć koniecznie i dla siebie.
Ona zaś, mimo wszystkiego, co się działo w jej sercu, musiała się przystosować do tego tonu, zwłaszcza że do rozmowy wmieszała się ciotka i pani Celina. Tak przeszły te pierwsze chwile. Wszystko, com mówił, było zagadywaniem naszych wzajemnych uczuć. Nie wyszedłem jednak przez cały wieczór z mej roli, choć czułem, że pot osiada mi na czole z wysilenia. Byłem jeszcze bardzo osłabiony niedawną chorobą i prócz tego - to był przecie taki okropny przymus! Widziałem, że podczas wieczerzy Anielka z przestrachem i wzruszeniem spogląda na moją wybladłą twarz i siwiejące skronie; widziałem, że odgaduje wszystko, com przeszedł. Ale ja opowiadałem i o moich dolegliwościach berlińskich także niemal wesoło. Musiałem unikać nawet spojrzenia na jej zmienioną postać, by jej nie dać uczuć, że te zmiany widzę i że ich widok wstrząsa mną. W końcu wieczora czyniło mi się kilkakrotnie słabo, jednakże przemogłem się i ona czytała w moich oczach tylko pogodę, tylko najgłębsze przywiązanie, a zarazem zupełne pogodzenie się z położeniem. Ona jest bardzo przenikliwa; wie, odczuwa i rozumie wszystko, ale ja przeszedłem siebie samego: byłem tak naturalny i swobodny, że wreszcie mogła i ona mniemać, iż powiedziałem sobie: Z czym nie można walczyć, z tym trzeba się pogodzić. Jeżeli nawet zostały w jej duszy co do tego pewne wątpliwości, to natomiast pod jednym względem nie zostawiłem jej żadnej: mianowicie, że ją zawsze kocham jak dawniej, że jest zawsze moją uwielbioną, dawną Anielką.
I widziałem, że jest jej lepiej w tym cieple. Mogłem zaiste być z siebie dumny, bo od razu wniosłem jakiś promień weselszy do tego domu, którego nastrój był ponury. I ciotka, i pani Celina umiała to ocenić. Pani Celina w chwili, gdym im mówił dobranoc, rzekła mi wprost:
-Chwała Bogu, żeś przyjechał. Zaraz nam z tobą raźniej.
A Anielka, ściskając serdecznie moją rękę, spytała:
-Ale teraz już prędko nie odjedziesz?
-Nie, Anielko - odpowiedziałem - teraz już wcale nie odjadę.
I odszedłem, a raczej uciekłem do siebie na górę, bo czułem, że sił mi braknie. Zebrało się we mnie przez ten wieczór tyle płaczu nad moją nędzą, że mnie dusi. Są małe poświęcenia, które więcej kosztują od wielkich.

[powrót] [8 listopada]