Henryk Sienkiewicz

"Bez dogmatu"

30 SIERPNIA.

Dzieje się koło mnie coś niezrozumiałego. O południu zapukałem do tych pań chcąc zabrać Anielkę na posiedzenie; tymczasem nie było ich w domu. Służąca hotelowa powiedziała mi, że kazały sobie przed dwoma godzinami sprowadzić powóz i wyjechały na miasto. Zdziwiony trochę, postanowiłem na nie czekać. Jakoż po upływie pół godziny wróciły, ale Anielka przeszła tylko koło mnie i podawszy mi w milczeniu rękę, udała się do swego pokoju. Przez tę chwilę zdołałem jednak dostrzec, że twarz jej jest wzburzona. Myślałem, że idzie się tylko przebrać, tymczasem pani Celina rzekła:
-Mój kochany Leonie, bądź łaskaw pójść do Angelego i przeprosić go, że Anielka dziś nie przyjdzie. Anielka taka jest znerwowana, że żadną miarą nie mogłaby pozować.
-Co jej jest? - spytałem z największym niepokojem.
Pani Celina zawahała się przez chwilę, wreszcie odrzekła:
-Nie wiem; zawiozłam ją do doktora, aleśmy go nie zastały. Zostawiłam mu kartkę z prośbą, by zechciał przyjechać do nas do hotelu... Zresztą... nie wiem...
Nic więcej nie mogłem się dowiedzieć. Wziąłem dorożkę i pojechałem do Angelego. Gdym mu mówił, że Anielka nie przyjdzie, zdawało mi się, że spojrzał na mnie z nieufnością. Zresztą, wobec mego widocznego niepokoju, byłoby to naturalne. Ale przyszło mi do głowy: nuż on nas podejrzewa, żeśmy się rozmyślili i chcemy wykręcić się od portretu? On nas przecie nie zna - mógłby nawet pomyśleć, że to jakiś kłopot pieniężny jest przyczyną mego pomieszania. Chcąc więc zapobiec podobnym podejrzeniom, postanowiłem go z góry zapłacić. On usłyszawszy o tym począł się bronić bardzo żywo i oświadczył, że zapłaty inaczej nie przyjmie, tylko po ukończeniu portretu, ale ja odrzekłem, że jestem tylko depozytariuszem sumy zostawionej przez ciotkę, a ponieważ prawdopodobnie przyjdzie mi wyjechać, więc wolę się pozbyć kłopotu. Po długich sporach, które mnie znudziły, stanęło na moim. Umówiliśmy się, że posiedzenie odbędzie się nazajutrz, o zwykłej porze; gdyby zaś nie mogło mieć miejsca ze względu na zdrowie pani Kromickiej, to mu dam znać przed dziesiątą.
Wróciwszy do hotelu, poszedłem zaraz do tych pań, Anielka była u siebie; pani Celina powiedziała mi, że doktor dopiero co odjechał, ale nie powiedział nic stanowczego, nakazał tylko spokój. Nie wiem, dlaczego zdawało mi się, że znów widzę w jej twarzy jakieś wahanie się. Może to był tylko niepokój, który zresztą łatwo mi zrozumieć, bo i ja go odczuwam.
Poszedłszy do siebie zacząłem sobie robić gorzkie wyrzuty, że jednak nasz stosunek, ta walka wewnętrzna, która musi odbywać się w Anielce, to odgadywanie mojej miłości i moich cierpień nie może być bez złego wpływu na jej zdrowie. Myśląc o tym doznawałem uczucia, które w słowach dałoby się wyrazić tak: "Lepiej, byś ty przepadł, niżby ona miała chorować!"
Myślałem z takim strachem, że ona pewnie nie zejdzie na obiad, jakby od tego Bóg wie co zależało. Na szczęście zeszła - nie przestała mnie jednak dziwić. Naprzód zmieszała się na mój widok; potem usiłowała być taką jak zwykle, a była inna. Robiła na mnie wrażenie osoby, która ukrywa zmartwienie. Musiała być przy tym chyba bledsza jak zwykle, bo ona ma przecie zaledwie ciemne włosy, a wydawała mi się prawie brunetką.
Łamię sobie głowę: czy te panie nie odebrały jakichś niepomyślnych nowin od Kromickiego? A jeżeli tak, co to mogą być za nowiny? Może moje pieniądze są w niebezpieczeństwie? A palże je licho! Wszystko, co mam, niewarte, żeby się Anielka przez pięć minut martwiła.
Muszę to jutro wyjaśnić. Jestem prawie pewny, że to są jakieś powody natury moralnej i że wszystko stoi w związku z Kromickim. Co on tam mógł nowego urządzić? Przecie drugiego Głuchowa nie sprzedał, dla tej dobrej przyczyny, że go nie ma.

[powrót] [Berlin, 5 września]