Henryk Sienkiewicz

"Bez dogmatu"

5 LIPCA.

Po wczorajszych uniesieniach folga najzupełniejsza, jakby cisza po burzy. Chmury wyładowały całą swą elektryczność. Czuję się słabym i moralnie, i fizycznie. Anielka ma się lepiej. Rano znaleźliśmy się sam na sam na werandzie. Posadziłem Anielkę na fotelu z biegunami i otuliwszy ją ciepłym szalem, bo tu poranki chłodne, rzekłem: - Moja Anielko droga, przepraszam cię z całej duszy za to, com wczoraj powiedział. Przebacz mi i zapomnij - bo i tak ja sam sobie tego nigdy nie zapomnę.
Ona od razu wyciągnęła mi w odpowiedzi rękę, w którą wpiłem się ustami. Musiałem użyć całej siły woli, aby nie jęczeć głośno, tak wielka była przepaść między moją miłością a moją nędzą. Anielka czuła to doskonale, bo nieprędko cofnęła mi rękę. Ona także starała się opanować wzruszenie, a może i opanować uczucie, które popychało jej serce ku mnie. Szyja jej i piersi drgały, jakby łkanie chciało się gwałtem wyrwać na zewnątrz. Czuła przecie, że ją kocham nad wszystko, że na taką miłość nie natrafia się co dzień i że to mógłby być skarb szczęścia na całe życie.
Ale po chwili przemogła się i twarz jej stała się pogodną. Widać w niej było tylko rezygnację i wielką dobroć.
-Już zgoda będzie między nami, nieprawda? - spytała.
-Tak jest! - odrzekłem.
-I raz na zawsze?
-Co ja ci odpowiem, mój ty aniele! Ty wiesz najlepiej, co się we mnie dzieje...
Jej znów zaszły oczy mgłą, ale znów się przemogła.
-Dobrze już! - to ty jesteś dobry...
-Ja? - zawołałem ze szczerym oburzeniem - czy ty wiesz, że gdybyś wczoraj nie była nagle zasłabła, to ja byłbym sobie...
Ale nie dokończyłem. Zrozumiałem nagle, że byłoby niegodziwością z mojej strony wyzyskiwać ją przez strach i groźbę. To nie była droga dla mnie. Ogarnął mnie wstyd tym większy, że ona zaniepokoiła się zaraz i spojrzawszy na mnie bacznie, spytała:
-Co ty chciałeś powiedzieć?
-Chciałem powiedzieć coś, co byłoby niegodne mnie i co zresztą nie ma już dziś znaczenia.
-Nie, Leonie, ja chcę wiedzieć koniecznie: inaczej nie będę miała chwili spokoju.
Wiatr zsunął jej promyk włosów na czoło - więc ja wstałem i począłem go z lekka układać na powrót na jej główce z taką troskliwością, jakbym był jej matką, i rzekłem:
-Anielko kochana, nie każ mi mówić tego, czegom mówić nie powinien. Jeżeli zaś chodzi o twój spokój, daję ci słowo, że nie potrzebujesz mieć na przyszłość żadnych obaw.
Ona podniosła ku mnie oczy.
-Dajesz mi na to słowo?
-Najwyraźniej i najsolenniej. Co tam się troi w tej główce kochanej!
Dalszą rozmowę przerwał nam listonosz, który oddał całą paczkę listów. Były do Kromickiego ze Wschodu, do Anielki od Śniatyńskich (poznałem jego rękę na kopercie) i do mnie od Klary. Poczciwa Klara pisała niewiele o sobie, natomiast dopytywała się bardzo szczegółowo o mnie. Powiedziałem Anielce, że mam od niej list, wskutek czego Anielka, chcąc widocznie stworzył zupełną pogodę między nami, zaczęła mnie nią prześladować. Ja oddałem jej pięknym za nadobne mówiąc, że Śniatyński stracił jakoś w ostatnich czasach głowę. Przez chwilę śmieliśmy się oboje i żartowali. Dusza ludzka jest jak pszczoła, która szuka słodyczy nawet na gorzkich kwiatach. Najnieszczęśliwszy człowiek stara się wycisnąć choć odrobinę szczęścia nawet z własnej męki, i by to uczynić, chwyta za lada cień, za lada pozór. Czasem myślę, że ta niepohamowana potrzeba jest dowodem, iż nam się jeszcze coś należy po śmierci. Jestem przekonany, że pesymizm wymyślono także gwoli tej potrzeby, dla pociechy, jaką mogło sprawić ujęcie ogólnej niedoli w filozoficzną formułę. Było to zaspokojeniem dążenia do świadomości i prawdy, szczęście zaś nie jest niczym innym, tylko szeregiem zaspokojeń.
A może też miłość jest tak ogromnym źródłem szczęścia, że - nawet najciemniejsza - jeszcze jest przetkana promieniami; dość, że teki promyk dziś zaświecił nam obojgu. Nie spodziewałem się już tego. Nie spodziewałem się również, żeby człowiek, który w pragnieniach swoich nie ma granic i pożąda wszystkiego, mógł w prawdziwej biedzie poprzestawać prawie na niczym. Ale miałem tego przykład na sobie.
Zaledwie ukończyliśmy czytać nasze listy, gdy pani Celina, która już chodzi o własnej mocy, ukazała się we drzwiach niosąc stołeczek pod nogi dla Anielki.
-Ach, mamo! - rzekła zgorszona Anielka - czy to się godzi?
-A małoś to ty się nawysługiwała mnie, jak byłam chora? - odpowiedziała pani Celina.
Lecz ja wyjąłem z jej rąk taburecik i klęknąwszy przed Anielką, czekałem dopóty, dopóki nie postawiła ni nim swych nóżek - i to tylko, żem przez sekundę u nich klęczał, napełniło mnie szczęściem na cały dzień. Tak jest! Człowiek bardzo a bardzo biedny żyje okruszynami i zbierając je uśmiecha się jeszcze z wdzięcznością - przez łzy.

[powrót] [6 lipca]