Henryk Sienkiewicz

"Bez dogmatu"

12 CZERWCA.

Jestem w Warszawie na skutek listu Śniatyńskiego, który odebrałem jeszcze onegdaj, a w którym wzywał mnie, bym przyjechał na obiad pożegnalny dla Klary. Na obiad nie pojechałem; odbył on się wczoraj, ale pożegnałem ją dziś na dworcu kolejowym. Właśnie stamtąd wracam. Poczciwa dusza odjeżdżała niezawodnie z żalem do mnie i z uczuciem doznałem zawodu, ale jak mnie tylko ujrzała, przebaczyła mi wszystko, i pożegnaliśmy się najserdeczniej. Ja także czułem, że mi jej będzie brakło, że stanie się jeszcze większa pustka koło mnie. Na moich mistycznych polach nie będzie pożegnań. To dzisiejsze było prawdziwie smutne, bo w dodatku wieczór był chmurny, dżdżysty, słota potrwa zapewne parę dni. Mimo tego mnóstwo osób odprowadzało Klarę. Jej sleeping tak był zarzucony wieńcami i kwiatami jak grobowiec. Musi to wszystko usunąć, bo inaczej się udusi. Klara, w tej chwili odjazdu, nie liczyła się już wcale z tym, co ludzie mogą sobie pomyśleć, i - o ile w takich okolicznościach było to możebne - zajmowała się wyłącznie mną. Wszedłem do jej przedziału i rozmawialiśmy jak dwoje przyjaciół, nie zważając na obecność ani starej i wiecznie milczącej krewnej Klary, ani innych osób, które też pousuwały się w końcu dyskretnie na korytarzyk.
Trzymałem obie ręce Klary, a ona patrzyła na mnie swymi poczciwymi, niebieskimi oczyma, mówiąc przy tym wzruszonym głosem:
-Panu jednemu powiem szczerze, że znikąd nie było mi tak żal wyjeżdżać... Przy tej krętaninie w chwili odjazdu nie ma nawet na to czasu, żeby coś wypowiedzieć - ale jak mi żal!... We Frankfurcie widuję dużo i ludzi uczonych, i artystów, tylko że... sama nie wiem... jest jakaś różnica... wy jesteście jakby delikatniejsze instrumenta. A już o panu nie ma co i mówić!
-Pani pozwoli pisywać do siebie?
-I ja będę pisywała, a pana chciałam o to prosić. Niby mam swoją muzykę, ale teraz mi to już nie zawsze wystarcza. Myślę, że i panu będzie to czasem potrzebne, bo pan może mieć wielu przyjaciół, ale tak oddanej, tak bardzo życzliwej przyjaciółki pewnie pan nie ma. Jestem tak niemądra, że mnie wszystko wzrusza, a tu zaraz trzeba jechać.
-Oboje ciągle kręcimy się po świecie: pani jako artystka, ja jako cygan, więc to nie jest rozstanie; to tylko: do widzenia!
-Do widzenia! do widzenia jak najprędzej! Pan także jest artysta! Można nie grać, nie pisać, nie malować, a w duszy być artystą. Ja od pierwszej chwili poznania pana dostrzegłam - i to także, że pan niby szczęśliwy, a w gruncie rzeczy może być ogromnie smutny. Niech pan pamięta, że jest jedna Niemka, która jest dla pana jak siostra.
Podniosłem jej rękę do ust, ona zaś, sądząc, że już chcę wyjść, rzekła śpiesznie:
-Jeszcze jest czas, dopiero po drugim dzwonku.
Ja zaś rzeczywiście miałem ochotę już ją pożegnać. Ach, do czego ja doszedłem z moimi nerwami! Oto krewna Klary ubrana była z powodu deszczu w płaszcz z gumowej tafty, niesłychanie szeleszczący za każdym jej ruchem - i szelest ten, a raczej świst gumy, doprowadzał mnie po prostu do rozpaczy. Zresztą i tak zostawało już zaledwie parę minut. Usunąłem się na koniec, gdy wbiegła pani Śniatyńska.
-Hilst, w Frankfurcie! - zawołała za mną Klara - z domu odeślą mi list, gdziekolwiek będę.
Po chwili znalazłem się na peronie, pod oknem wagonu, wśród gwaru żegnających Klarę osób, pomieszanego z syczeniem pary, gwałtownym oddechem lokomotywy i nawoływaniem służby kolejowej. Okno sleepinga obsunęło się na dół i raz jeszcze ujrzałem tę poczciwą, przyjazną twarz.
-Gdzie pan spędzi lato? - spytała Klara.
-Nie wiem; napiszę pani - odpowiedziałem.
W tej chwili oddech maszyny stał się szybszy, rozległ się ostatni gwizd i pociąg ruszył. Pożegnaliśmy Klarę okrzykiem, ona posyłała nam rękoma pożegnanie do ust, aż na koniec znikła w oddaleniu i pomroce.
-Bardzo panu będzie tęskno? - spytała mnie nagle pani Śniatyńska.
-Bardzo! - odpowiedziałem i skłoniwszy się, poszedłem do domu.
Rzeczywiście miałem takie uczucie, jak gdyby odjechała osoba, która w danym razie mogła mi pomóc. Byłem niesłychanie rozdrażniony. Może przyczynił się do tego ten ponury wieczór, pełen dżdżu i mgły tak gęstej, że wszystkie latarnie wyglądały z daleka jak tęczowe koła. Ostatnia iskierka nadziei zgasła we mnie. Pesymizm nie tylko był we mnie, ale zdawał się ogarniać świat cały jak atmosfera, ciążyć na rzeczach, ludziach, przenikać we wszelkie kształty i wszelkie istoty.
Niosłem w sobie do domu ucisk i ogromny niepokój, jakby trwogę przed jakimś nieznanym i nieokreślonym niebezpieczeństwem. Zbudziła się we mnie na chwilę szalona nostalgia za słońcem i pogodą, za krajami w których nie ma takich deszczów, ciemności i mgieł. Zdawało mi się, że jeśli ucieknę tam, gdzie będzie bardzo widno, to samo światło zdoła czegoś nie dopuścić i od czegoś mnie obronić. Cała moja zdolność myślenia streściła się w jednym wyrazie, który powtarzałem jak echo: "Wyjechać! wyjechać!" Nagle zdjął mnie strach na przypomnienie, że wyjechawszy zostawię tu Anielkę samą i wydam ją na owe nieokreślone niebezpieczeństwa, przed którymi chcę zbiec. Wiem, że to złudzenie, że jej mój wyjazd wyszedłby na dobre, ale nie mogę się pozbyć wrażenia, że byłoby to z mej strony jakieś tchórzostwo i jakaś nikczemność... Jest to we mnie silniejsze od wszelkich rozumowań... Zresztą: wyjechać - to puste słowo. Mogę je sobie powtarzać, mogę odczuwać, ale gdyby przyszło zmienić je w czyn - okazałoby się, że to jest czyn najmniej możliwy ze wszystkich, jakie leżą w mej mocy. Włożyłem taki ogrom nerwów, takie mnóstwo życia w to uczucie, że łatwiej bym się już mógł dziś porozrywać na kawałki, niż od niego oderwać.
Posiadam zdolność kontrolowania moich myśli i świadomość siebie w tak wysokim stopniu, iż wydaje mi się zupełnie niepodobnym przypuszczenie, abym mógł dostać pomieszania zmysłów. Nie umiem sobie nawet tego wyobrazić - chwilami czuję jednak, że moje nerwy nie dałyby się już o wiele więcej wyciągnąć.
Szkoda Klary. Widywałem ją w ostatnich czasach rzadko, ale wolałem myśleć, że ona jest niedaleko - teraz Anielka do reszty mnie zabierze, bo oddam jej i te władze, którymi się lubi spokojnie, którymi się odczuwa przyjaźń.
Wróciwszy do domu zastałem młodego Chwastowskiego; przyjechał wieczorem na naradę z bratem księgarzem. Urządzają jakieś przedsiębiorstwo rozsprzedaży elementarnych książek. Oni wiecznie coś robią, wiecznie czymś się zajmują i przez to mają ogromnie pełne życie. Doszedłem już do tego, żem się ucieszył jego widokiem, zupełnie tak jak dziecko, które bojąc się strachów, rade widzi, że ktoś wchodzi do pokoju. Jego czerstwość ducha pokrzepia mnie. Mówił, że pani Celinie jest coraz lepiej i że za jaki tydzień będzie mogła wyjechać do Gasteinu. O to! to! Byle zmienić miejsce. Będę popychał tę sprawę ze wszystkich sił. Namówię i ciotkę, żeby razem pojechała. Ona to zrobi dla mnie, a w takim razie nikt się nie zdziwi, że i ja pojadę. Przynajmniej czegoś chcę i chcę bardzo! Ile to będzie sposobności do opiekowania się Anielką! Będziem jeszcze bliżej siebie niż w Płoszowie. Czuję trochę ulgi, bo zresztą dziś był okropny dzień, a nic mnie tak nie gnębi jak niepogoda. Słyszę jeszcze, jak deszcz dzwoni po rynnach - ale w przerwach między chmurami widać już trochę gwiazd.

[powrót] [12 czerwca]