Henryk Sienkiewicz

"Bez dogmatu"

PŁOSZÓW, 8 LUB 9 LUTEGO.

Ciotka wróciła już do zwykłej wojny z panem Chwastowskim. Jest to tak oryginalne przyzwyczajenie, że doprawdy warto jeden z takich sporów opisać. Ciotce stanowczo potrzeba kłótni li tylko dla nabrania apetytu. Chwastowski zaś, który, mówiąc nawiasem, administruje wybornie Płoszowem, jest to szlachcic z saletry i siarki, nie pozwalający sobie nikomu w kaszę dmuchać, więc kłótnie ich dochodzą do wielkiej zawziętości. Już przyszedłszy do sali jadalnej, poczynają rzucać na siebie złowrogie spojrzenia: pierwszą włócznię przy zupie ciska zwykle ciotka zaczynając tak na przykład rozmowę:
-Nie pamiętam, odkąd proszę pana Chwastowskiego, żebym się mogła dowiedzieć czegoś o oziminach, a pan Chwastowski jak naumyślnie o wszystkim mówi, tylko nie o tym.
-Pani hrabino, z jesieni wschodziły dobrze, a teraz dwa łokcie śniegu leży, co ja mogę wiedzieć? Nie jestem Panem Bogiem.
-Niech pan Chwastowski nie wzywa imienia Pana Boga nadaremno.
-Ja mu pod śnieg nie zaglądam, więc go i nie obrażam.
-To może ja obrażam?
-A pewnie!
-Pan Chwastowski jest nieznośny!
-Oj, znośny, znośny, bo dużo znosi!
W ten lub podobny sposób śruba idzie do góry. Rzadki obiad, żeby sobie przynajmniej nie przymówili kilkakrotnie. Ciotka milknie w końcu i je zapalczywie, jakby chciała swój gniew spędzić na potrawy. Rzeczywiście ma dobry apetyt. Ale w miarę potraw humor jej się poprawia i stopniowo przechodzi w wyśmienity. Teraz, gdy ja podaję po obiedzie ramię matce Anielki, ciotce podaje pan Chwastowski i idą na czarną kawę w najlepszej zgodzi. Ciotka wypytuje go o synów, on zaś całuje ją po rękach. Naprawdę lubią się i szanują. Synów pana Chwastowskiego widywałem, kiedy byli jeszcze w uniwersytecie. Mają to być tęgie chłopaki, ale ogromne radykały.
Anielcia przestraszała się z początku trochę tej obiadowej wojny. Wytłumaczyłem jej, co to jest, i teraz, gdy się spór zaczyna, spogląda na mnie ukradkiem spod swoich długich rzęs, uśmiecha się kącikami ust - i wygląda przy tym tak, że chciałoby się ją schrustać. U żadnej w życiu kobiety nie widziałem takich po prostu alabastrowych skroni i takich żyłek na skroniach.

[powrót] [12 lutego]