Henryk Sienkiewicz

"W krainie złota"

ROZDZIAŁ XII - SPOTKANIE

Pewnego razu mrok zaskoczył ją w lesie, szła jednak śmiało wąską żwirową ścieżyną, która nie była niczym innym, jak tylko wyschłym, płytkim łożyskiem małego potoku, którym po porze dżdżystej spływała woda z gór do głównego strumienia.
Po obu stronach potoku wznosiły się nieprzebyte gąszcze lasu, podszytego rodzajem bożego drzewka, zwanego "czaporalem".
Mary szła, odsuwając od czasu do czasu gałązki wikliny tamującej drogę, gdy nagle przystanęła i poczęła słuchać.
W ciszy leśnej dochodził ją z daleka zgrzyt żwiru przytłaczanego ciężkimi krokami.
Mary zaniepokojona odwiodła kurek karabinka.
Wkrótce zaraz za zgrzytem żwiru doszło do jej uszu głuche mruczenie.
Usłyszawszy je, amazonka opuściła natychmiast karabinek.
-Baby! - zawołała wesoło - baby! come here!
Wśród gałązek wikliny, o kilkadziesiąt kroków od Mary, ukazała się olbrzymia głowa niedźwiedzia biegnącego truchtem wprost ku niej.
-Baby! - zawołała Mary.
Dziwna rzecz: zwierz zamiast przejść z truchtu w krótki radosny galop, jak to zwykł był czynić, zatrzymał się nagle.
Z piersi jego począł wydobywać się posępny, przytłumiony ryk.
-Baby! - zawołała jeszcze raz Mary.
Nagle karabinek zatrząsł się w jej rękach, a twarz okryła się śmiertelną bladością: to nie był jej "baby".
Mary stała oko w oko z najstraszniejszym rozbójnikiem kalifornijskich lasów: szarym niedźwiedziem.
Na wąskiej ścieżynce nie mogła go ominąć ani ujść w bok - z przyczyny gęstości lasu. Miała wprawdzie w ręku karabinek, ale ten rodzaj niedźwiedzia nie pada nigdy od jednego strzału, a przy tym ranny - staje się wściekłym.
Miała także i nóż, najwyborniejszą broń w ręcznym spotkaniu, ale najsłynniejsi nawet strzelcy z Kanady, którzy całe życie spędzają na "plenach" środkowej Ameryki, nie odważają się uderzyć na grizzly z białą bronią.
Mary była zgubiona.
Tymczasem zwierz podniósł się na tylnych nogach i machając przednimi w powietrzu, zbliżał się z wolna ku niej.
Mary przyłożyła kolbę do twarzy: rozległ się strzał, ale odpowiedział nań tylko ryk wściekłości.
-Pomocy! pomocy - poczęła wołać Mary, zapomniawszy w przerażeniu, że najmniej pięć mil angielskich dzieliło ją jeszcze od domu.
Potwór był już nie dalej, jak o piętnaście kroków. Począł teraz rzęzić strasznie, białe pazury jego przednich łap połyskiwały w pomroce nocnej.
Mary uczuła, że nogi gną się pod nią.
Nagle dotknęło coś jej ramienia, a niski, spokojny głos ludzki ozwał się za nią w ciemnościach:
-Beg pardon miss... To jest mój business.
Silna ręka odsunęła ją w tył, a przed jej oczyma zarysowała się wysoka postać męska.
I jeszcze raz ozwał się cichy szept:
-I beg your pardon...
Krwawe światło wystrzału rozdarło pomrokę, a potem Mary ujrzała straszliwą walkę człowieka ze zwierzęciem. Bezładna kupa splątanych ciał padła na żwir strumienia... i przewracała się konwulsyjnie... Słychać było tylko chwilami to zgrzyt zębów, to głośne sapanie, to urwany ryk... Czasem łapa niedźwiedzia wznosiła się ku górze, czasem ręka ludzka, uzbrojona w nóż... Mary zemdlała...
Gdy przyszła do siebie, pierwszym wrażeniem, jakiego doznała, był odgłos kaskad na strumieniu. Widocznie była blisko domu. Jakoż z dala połyskiwało światełko w domu Tallera.
U jej nóg leżała na wznak bezwładna postać ludzka...
Wtedy Mary domyśliła się wszystkiego. Nieznany zbawca widocznie niósł ją na ręku kawał drogi, zanim sam omdlał z wyczerpania.
Z walki nie musiał wyjść bez szwanku. Jakoż przy świetle księżyca Mary spostrzegła krew spływającą z jego szyi, piersi i włosów na wrzosy leśne. Przy jasnym świetle widać było jego twarz białą jak kreda, oczy miał zamknięte, otwarte usta oddychały, ale słabo i nieregularnie.
Była to piękna twarz, jakby z rzymskiego posągu barbarzyńca, znamionująca odwagę i siłę.
Mary podbiegła po wodę do strumienia, której przyniosła we własnym kapeluszu. Gdy parę jej kropel wpuściła do ust strzelca, ciało jego drgnęło, oczy otworzyły się na chwilę, a usta wyszeptały:
-I beg your pardon! Jestem szczęśliwy...
Mary wsparła jego głowę na swych kolanach i przez czas jakiś siedziała nieruchomie, bo nie wiedziała, co robić: wołać o pomoc czy też zostawić rannego i samej iść po ludzi do domu. Zostawiać go bała się, a wołania mogli nie usłyszeć. Kto by ją widział, tak zamyśloną i schyloną nad bladą twarzą strzelca, mógłby ją wziąć za jaką rusałkę leśną.
Noc już była zupełna, księżyc wytoczył się wysoko nad las: słowiki tamtych lasów, maukawisy, napełniały gęstwinę słodkim pogwizdywaniem, klaskaniem i jakby odgłosami pocałunków; w dali szumiał strumień, a szum jego mieszał się z bardzo dalekim klekotaniem tartaków drwali z Lathrop.
Mary wreszcie namyśliła się, co czynić. Ponieważ karabinek jej pozostał na miejscu walki, wzięła więc ciężki karabin strzelca i nabiwszy go wystrzeliła w powietrze.
Powtórzyła to po trzykroć. Za drugim razem światła poczęły biegać po szybach domu Tallera, później światła owe oderwały się od tła domu i roiły, zbliżając się szybko ku Mary; wkrótce zaś kilkunastu Yollofów z Tallerem na czele przybiegło pędem, trzymając w ręku to latarnie, to rozpalone łuczywa.
-Co się stało pytał Taller.
-Przenieście co prędzej do domu tego dżentelmena! - wołała Mary.
Nazajutrz chory był bez przytomności. Sprowadzono doktora z Sacramento.
Doktór, który dość już dawno porzucił medycynę dla kopania złota i który rzadko kiedy bywał trzeźwym, na tyle przynajmniej pamiętał swoją sztukę, iż poznał, że stan chorego był wielce niebezpieczny.
Poznał jednak chorego pierwej jeszcze niż chorobę. Spojrzawszy na bladą, brodatą i pokrwawioną twarz, wykrzyknął od razu:
-Well! to jest Rows...
Potem schyliwszy się ku rannemu, który ledwie oddychał, mówił:
-Rows! mój przyjacielu! mówiono, że niedźwiedź zabił cię przed pół rokiem, a on potarmosił cię dopiero wczoraj. Well! well! Sądzę, że piersi masz trochę zgniecione... żebro złamane... obojczyk złamany... ale zresztą all right! Jeśli umrzesz, to z ujścia krwi i z wycieńczenia... a! i ręka zwichnięta. Poczęstował cię szczerze... ile dałeś mu pchnięć nożem? co?... chłopcze!...
Rows nie wiedział o świecie bożym, dlatego nie mógł odpowiadać na pytania doktora. Ten mówił dalej:
-Ech! panno Monteray, sądzę, że ten chłopak był zakochany w pani! Inaczej byłby sobie powiedział: to nie mój business.
Doktór zamyślił się przez chwilę:
-Zginął z miasta, jakby w wodę wpadł. Nie mogliśmy dojść, dlaczego, bo zresztą był szczęśliwy w robocie. W dzień po przyjeździe pani znalazł "pepitę" przynajmniej na pięć tysięcy dolarów... Ale teraz przypominam sobie... Ciągle mówił o pani... Czy on tu mieszkał?
-Nie.
-Zatem pilnował pani z lasu... poor boy! Myślę, że umrze, chyba że wyzdrowieje... Będziecie go tu doglądali. Rękę i obojczyk nastawiłem, żebra także. Trzeba mu przemywać skaleczenia i czekać, aż się kości zrosną. Good bye!
Doktór odjechał. Przy łóżku Rowsa został tylko jeden Murzyn i Mary.
Mary także przypomniała sobie Rowsa i spoglądając w tej chwili na niego, zadumała się głęboko.
W Kalifornii znalazła wszystko, czego pragnęła jej romantyczna dusza. Czcze życie światowe znudziło ją: tu miała pustynię; straciła wiarę w miłość i bezinteresowność ludzi: tu w postaci Rowsa leżał przed nią krwawy dowód, że istnieje i miłość, i poświęcenie.
Prawda, że dwie te cnoty wcielone były w na wpół dziką postać leśnego strzelca...
Doglądanie chorego zajmowało jej teraz czas zupełnie. Drugiego dnia Rows oprzytomniał...
Otworzył oczy: spojrzał ze zdziwieniem naokoło, na koniec wzrok jego zatrzymał się na Mary.
Resztki gorączki walczyły przez czas jakiś na jego twarzy ze świadomą myślą, potem twarz ta wyjaśniła się, a blade usta wyszeptały:
-I beg your pardon miss!...
-Jak się czujesz, sir? - spytała Mary.
-Bardzo dobrze. Jestem szczęśliwy...
Po chwili zaczął mówić szybko, jakby gorączkowo:
-Pani mnie nie poznaje? Jestem Rows. Nie mam szczęścia do niedźwiedzi. Pierwszego dnia chciał mnie udusić twój "baby"... potem ten... ale, wtedy pani mnie uratowałaś... I pamiętam, żeś mi podała rękę. Potem nie mogłem wysiedzieć w mieście... Mieszkam w szałasie przy Miror-lake. W lesie jest bardzo dobrze... Ale nie chodź sama, miss Mary... Indianie także się włóczą... Powiedziałem sobie: będę pilnował i...
-Uratowałeś mi życie...
-Nie mów pani o tym...
Wyzdrowienie przychodziło łatwiej, niż przewidywał doktór. Rows był młody i bardzo silny, a choć przez dłuższy czas nie mógł się poruszać, niebezpieczeństwo mijało szybko... Mary całe dnie spędzała u wezgłowia rannego, bądź czytając mu Biblię, bądź rozmawiając z nim... Rows wówczas spowiadał jej się ze wszystkich myśli...
-Wolę być w lesie niż kopać - mówił. -Gdy się żyje w lesie, to kopanie wydaje się i złe, i głupie. Co mi z tego... Kopacze piją i zabijają się, a nad lasem jest Bóg, a także złoto tam na nic... I przepraszam panią, ale myślę, że człowiek może być lepszy w lesie, bo musi więcej myśleć... a między kopaczami nie ma na nic czasu.
We wszystkim, co mówił Rows, była jakaś naiwność na wpół dziecinna. Był też to chłopiec zaledwie dwudziestoczteroletni, który prócz tego posiadał mnóstwo wrodzonej prostoty i sam to czuł, gdyż mówiąc z miss Monteray, powtarzał co chwila: "Przepraszam panią, ja jestem człowiek prosty"...
Zdrowie jego polepszało się szybko. Wkrótce mógł już siadywać na werandzie domu, a później często towarzyszył Mary na ów mostek, łączący dwa domy, na którym Mary spędzała zwykle godziny popołudniowe w towarzystwie swej małej ciemnej przyjaciółki...
Pewnego popołudnia siedziała tak właśnie, ale sama, słuchając szumu kaskad i wpatrując się w amfiteatr drzew otaczających dolinę, które lubo niezbyt odległe, przysłonięte były błękitem oddalenia. Była to chwila najcudniejszej pogody i ciszy: na łące pogwizdywały czerwonoskrzydłe szpaki, a w dali leśnej kuły drzewa dzięcioły...
Mary rozmarzyła się pod wpływem wielkiej słodyczy natury. Jakaś łagodna, ale silna tęsknota ścisnęła jej serce. W tej chwili zbliżył się do niej Rows, stawiając jeszcze z trudnością kroki...
Mary podbiegła ku niemu i posadziła go troskliwie obok siebie. Nigdy jego blada twarz nie wydała się jej wdzięczniejszą i bardziej szlachetną.
-I beg your pardon - począł wedle zwyczaju młody strzelec - ja mam do pani wielką prośbę, miss Mary!
-Której nie odmówię z pewnością - odpowiedziała Mary.
-Oto - mówił z powagą, a zarazem nieśmiałością Rows, kręcąc w ręku kapelusz - ja... nie będzie się pani gniewać na mnie?... ja niedługo wyzdrowieję...
-O tak, niedługo już, dzięki Bogu!...
-I wrócę do mego szałasu nad Miror-lake... ale mi tam będzie bardzo źle, miss Mary... bo zawsze będę pamiętał, jak mi tu było dobrze...
-Będzie mnie pan odwiedzał często...
-Tak, jeśli pani pozwoli... ale ja bym miał większą prośbę... niech pani się nie gniewa na mnie... oto... ja bym chciał tu zostać na zawsze.
Mary spojrzała na mówiącego z dziwnym wyrazem twarzy...
-Czego pan żądasz? - spytała krótko.
-Miss Mary! - mówił Rows przyciszonym głosem - pani mnie nie potrzebuje, wiem o tym, ale i ja nie dla chleba... Wykopałem tyle, że na Wschodzie uchodziłbym za bogatego człowieka. Tu także... ale co mi po tym. W lesie nie ma co z tym robić. Samemu ciężko... Mnie tu byłoby najlepiej, więc... oto. Miss Mary, ja chciałbym wejść... do służby pani... Pani mnie nie potrzebuje... ale... byłbym najszczęśliwszy i wierny... ach! bardzo wierny...
Nastała chwila milczenia. Mary odwróciła głowę ku domowi Tallera i zamyśliła się głęboko. Nagle otrząsnęła się z zamyślenia i spojrzawszy prosto w oczy Rowsa, spytała:
-Pan mi odpowiesz prawdę, jak człowiek uczciwy i szczery?
-Yes, miss!
-A zatem... Pan mnie kochasz? prawda?...
Biedny Rows pobladł jak płótno; podniósł się z siedzenia i usiadł na powrót, a zbielałe wargi jego zaledwie mogły wybełkotać:
-I beg your pardon, miss!...
-Tak?
-I beg your...
-Tak?
Górnik umilkł i dopiero na jeszcze ponowne zapytanie odpowiedział drżącym, wzruszonym głosem:
-O, miss Mary... Ja nie śmiałem nawet o tym myśleć, ale tak... bardzo! jedną na świecie!... bo zresztą... jestem sam... alebym nigdy nie powiedział, nigdy, nigdy... Skoro jednakże wiesz, to odejdę. Niech Bóg błogosławi twojej twarzy... God bye, miss Mary!...
Mary Monteray schyliła głowę, po chwili zaś zaczęła mówić:
-To, co teraz powiem, Rows, mówię po wejrzeniu w głąb swojego serca i po namyśle. Przyjechałam tu i nie wrócę więcej na Wschód. Kalifornia będzie odtąd moją ojczyzną - jestem więc Kalifornijką, pionierką. Pod tym względem stoimy na równi... Nie proś mnie o przebaczenie, boś mi uratował życie. Mam ci spłacić wielki dług - i... jeśli w tym długu przyjmiesz moją rękę - oto ona.
Nastała chwila ciszy - słychać było tylko szum kaskad i pogwizdywanie czerwonoskrzydłych szpaków.
Rows wyglądał jak człowiek, który ugina się pod brzemieniem szczęścia. Na koniec przerwał milczenie.
-O! miss Mary, nie mów nic podobnego. Raz zdarzyło mi się także uratować życie jednemu "gambusinowi" meksykańskiemu, który potem, gdyśmy na pustych "placerach" znaleźli dużo złota, mawiał do mnie: schowaj swoje "nugety" - nie kuś mnie. Teraz ja toż samo, pani: nie kuś mnie. Ja twoim mężem?... ja, prosty człowiek, który zaledwie umie pisać i czytać?
-Jestem prostą dziewczyną i mogę zostać żoną uczciwego pioniera.
-O Boże! - mówił Rows ściskając głowę rękoma - widziałem żony pionierów z tamtej strony Wielkich Jezior: wszystkie żuły tytoń i piły wódkę. Pani żoną pioniera? Nie, miss Mary... A przy tym... zwariowałbym ze szczęścia. Nie umiem tak pięknie mówić, jak dżentelmeni ze Wschodu, ale przecie rozumiem, że pani nie możesz mnie tak kochać, jak ja panią... Powiedz, Mary, czy tak nie jest? Czy byłabyś ze mną szczęśliwą? Czy ja mąż dla ciebie?... Żyjąc ze mną, ujrzałabyś, żem prostak, żem ja jak dziecko, jak czerwonoskóry, który tylko w lesie umie sobie dać rady, a między ludźmi nie... Beg your pardon!... Tak przecie głupi nie jestem, żebym nie rozumiał tych prostych rzeczy: pani jest jak inny człowiek, który umie czytać książki i wie, co w nich napisano, a ja rozumiem się tylko na kopaniu i karabinie. Pani musiałabyś się wstydzić za moje prostactwo... Mówisz pani, że płacisz dług? O! Rows jest za uczciwy, by miał brać taką lichwę. Teraz mi jesteś wdzięczną, później przestałabyś nią być. Kto kocha, temu kochania wystarczy na całe życie - ale wdzięczności... nie. O, by God! gdybym się tylko uczył... gdybym nie potrzebował mówić sobie: Rows, mój chłopcze, jesteś dla niej za głupi... Nie - Mary, nie!...
Łzy popłynęły z oczu górnika. Zakrywszy twarz rękoma, siedział długo w milczeniu - potem znów ozwał się:
-Jaka pani dobra jesteś, Mary!... jaka dobra! Niech Bóg błogosławi tę rękę, którą chciałaś mi oddać... O! czemu nie jestem dżentelmenem ze Wschodu! Good bye, Mary!
Przycisnął jej ręce do ust i powstawszy udał się chwiejnym krokiem ku domowi...
Mary przez chwilę pozostała sama. I w jej oczach błyskały łzy... Kochała tego leśnego człowieka, ale zarazem czuła, że w słowach jego było dużo prawdy. Ona była istotą z innego świata - on z innego. Czy mogli być szczęśliwi, gdyby im przyszło żyć razem, życiem codziennym, życiem męża i żony?... A jednak on w prostocie swojej taki był zacny i szlachetny!...
Wstawszy chciała iść za nim; tymczasem górnik ukazał się na werandzie w kapeluszu i już z karabinem w ręku...
-Gdzie idziesz, Henry? - spytała Mary.
-Do lasu... Wykopię moje złoto i pojadę na Wschód... uczyć się... Mam za co. Jestem bogaty. Pracowałem rękoma, będę pracował głową. Nie chcę być dłużej gburem leśnym - chcę zostać oświeconym dżentelmenem, który rozumie, co mówi każda książka... Gdy się czegoś nauczę - wrócę tu i wówczas... jeśli panią tu znajdę... to... pamiętaj, Mary...
-Wówczas może przestaniesz mnie kochać?...
-O Mary! Mary!...
Ostatnie słowa brzmiały na wpół jak wyrzut, na wpół jak modlitwa.

* * *

Rows oddalił się... Na wzgórzu między skałami raz jeszcze błysnęła lufa jego karabina i kapelusz zakołysał się na znak pożegnania w powietrzu - potem ciemna zieleń lasu zamknęła się za nim...

[powrót] [rozdz.XIII]