Henryk Sienkiewicz

"Selim Mirza"

ROZDZIAŁ III

Małą tylko część drogi przebyliśmy kolejkami, w ogóle bowiem drogi żelazne w okolicach zajętych przez Francuzów były zrujnowane, a wobec powszechnego pogromu i nieładu mało troszczono się o ich naprawę. Utrudniało to ruchy wojsk, ale wówczas wszystko składało się na klęskę Francji.
Departament Wyższej Saony, w którym krążył La Rochenoire, zajęty był przez Niemców, dlatego dostawszy się w jego granicę, znowu odbywaliśmy podróż lasami i prawie wyłącznie wśród nocy. Dni spędzaliśmy w chmielnikach lub winnicach śpiąc, czyniąc zwiady i obmyślając najbliższe do La Rochenoire'a drogi.
Na parę dni przed przybyciem do niego dotarliśmy do wioski zwanej La Mare; nie było to po drodze, ale Selim twierdził, że musi się widzieć z mieszkającym tam od niejakiego czasu panem La Grange, którego znał jeszcze z Paryża.
Zbliżaliśmy się bardzo ostrożnie, było bowiem prawdopodobnym, że w wiosce znajdują się patrole bawarskie lub pruskie. Robiło się już ciemno, słońce zaszło i tylko w powietrzu świeciły rozproszone resztki światła zorzy. Okna w domach wiejskich poczynały także tu i owdzie się rozświecać. Na pozór wszystko było spokojnie. Czołgaliśmy się chmielnikiem jak węże, psy jednakże zwietrzyły nas i poczęły ujadać. Naraz ujrzeliśmy ciemne sylwetki kilku postaci ludzkich stojących koło płotu i wiodących półgłośną rozmowę.
Przysiedliśmy natychmiast w chmielniku. Tymczasem głosy umilkły, a jedna z czarnych postaci przechyliwszy się przez płot pilnie patrzyła w gąszcze. Potem z ciemności doszła nas znów francuska rozmowa.
-Czego tam patrzycie, kumie Grousbert?
-Psy szczekają; a ot tam się coś porusza.
-E, nie! Księżyc wschodzi, to psy zwyczajnie niespokojne.
Inny głos dodał:
-A może to dusze umarłych? Mówią, że psy czują dusze ludzkie.
-W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.
Po czym doleciały nas westchnienia.
Mirza szepnął do mnie:
-Patrole tu muszą być.
Na drodze znowu poczęła się rozmowa, ale jeszcze cichsza i jakby tajemnicza.
-Wilki także się włóczą. Wojna mnoży wilki razem ze wszystkim złem.
-Hej, taka dziś była zorza czerwona! Musieli się znowu gdzieś bić.
-Mer mówił, że znowu przyjdą do nas Prusaki.
-Niech nas święty Hubert od nich strzeże.
Selim wówczas podniósł się z kryjówki i zawołał:
-Hop, hop, ludzie! którędy droga do pana La Grande?
-O, o! - zawołały wystraszone głosy. -A wyście co za jedni?
-Do dziś żołnierze, jutro co Bóg zdarzy! Pokażcie drogę i nie pytajcie.
Jeden z wieśniaków rzekł:
-Ja was zaprowadzę.
Poszliśmy szeroką wioskową aleją. Ciemno w niej było tak, żeśmy nie mogli widzieć jeden drugiego. Po kilkuset krokach zwróciliśmy nagle na prawo. Przed oczyma naszymi ukazał się w dali niewielki kościół, otoczony białym niskim murem, a bliżej ogromna masa drzew, wśród której połyskiwały oświecone okna. Wieśniak rzekł:
-Tam kościół św. Huberta, a tu mieszka La Grande.
Znaleźliśmy się wśród parku zarosłego tak gęsto, że gałęzie przesłaniały aleje i ścieżki. Park ten wydawał się całkiem zapuszczony. Piękny dom w kształcie szaletu szwajcarskiego stał w środku, ale tak był pokryty dzikim winem czy inną jakąś pnącą się rośliną, że oświecone jego okna spoglądały jak oczy spod maski.
Drzwi od przedsionka były otwarte, weszliśmy więc nie widząc ani pytając nikogo. W przedsionku nie było światła, ale księżyc stał w szybach i świecił tak jasno, żeśmy mogli odróżnić wszystko: stół w środku, pod ścianami szafy, a na nich bukiety z zeschłych kłosów.
Marx zastukał karabinem w podłogę. Wówczas usłyszeliśmy kroki; drzwi przyległego pokoju otworzyły się, jakaś postać kobieca - zapewne służącej - pokazała się w nich i jeszcze prędzej znikła, jak gdyby wystraszona. Marx stukał coraz mocniej.
Po chwili ukazała się taż sama postać z lampą w ręku, a za nią staruszek z białymi jak mleko włosami. Zbliżywszy się zasłonił ręką oczy i spytał powolnym, łagodnym, ale bardzo podniesionym głosem:
-Czego robicie tyle hałasu, moi przyjaciele?
Po czym osłonił ręką ucho i spytał:
-A?
Jeżeli i robiliśmy hałas, biedny staruszek nie słyszał go z pewnością, widocznie był przygłuchy.
-Przypominam się panu! - zawołał pochyliwszy się do jego ucha Mirza.
Starzec spojrzał na niego, zebrał się z pamięcią, pomyślał, na koniec rzekł:
-A to wy, hrabio?
Potem rzekł do siebie, ale zupełnie głośno:
-Co on robi w tych stronach?
-Zaciągam się do wojska - odparł Mirza.
-A witam, witam uprzejmie. Co?
Selim przedstawił mnie i Marxa, po czym starzec zaprosił nas dalej, ale musieliśmy się przebrać, bo wyglądaliśmy jak dziady. Służąca wskazała nam osobny pokój.
Podczas przebierania się Mirza rzekł:
-Zestarzał się jak grzyb i zdziecinniał.
-Co ty możesz mieć do niego za interes? On sam o sobie już nic nie wie!
-Pomówimy o wszystkim dziś w nocy.
Po czym zeszliśmy na dół.
Starzec już czekał na nas koło zastawionego stołu, na którym położono świeże nakrycia, a po chwili jeszcze weszła młoda, piękna panna, wysoka, z przepyszną talią i czarnymi włosami. La Grande przedstawił ją jako swoją wnuczkę.
Ukłoniłem się dość obojętnie, w milczeniu; nagle spostrzegłem coś, co zdziwiło mnie do wysokiego stopnia.
Oto panna La Grande ujrzawszy Mirzę zbladła jak płótno, a on nie mniej był wzruszony.
-Widzę, że miał powody tu przybyć - pomyślałem.
Siedliśmy do wieczerzy i wieczerzaliśmy w milczeniu. W tych czasach wojny ludzie nie ronili słów na próżno, a każdy mówił przyciszonym głosem, jakby w obawie i oczekiwaniu.
Zresztą było coś między Selimem a panną La Grande. Ona unikała jego wzroku, ale spoglądała na niego jakoś dziwnie, gdy na nią nie patrzył. On na próżno starał się zawiązać rozmowę. Milczenie owo stawało się wreszcie przykrym, aż w końcu wieczerzy dopiero starzec spojrzał nagle w sufit i odezwał się ni w pięć, ni w dziewięć:
-Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, tak to czwartek.
Po wieczerzy Mirza wziął go pod rękę i poszedł z nim rozmawiać do drugiego pokoju. Zdaje mi się, że prosił go o przewodnika, ale zresztą rozmowy tej, lubo bardzo głośnej, nie mogłem posłyszeć; siadłem bowiem koło panny La Grande i starałem się ją bawić.
W każdym innym razie poszłoby mi to z łatwością. Panna była bardzo ładna, sympatyczna, miała czarne, rozumne oczy i śliczne ręce o palcach zwężonych na końcu, którymi jakby przez kokieterię poprawiała od czasu do czasu włosy. Tym razem jednak rozmowa nie szła. Ja byłem zmęczony, a panna La Grande roztargniona.
Spytałem ją wreszcie, jak dawno zna Mirzę.
Wówczas ożywiła się, ale zamiast odpowiedzieć ona z kolei zaczęła wypytywać mnie, dlaczego przybyliśmy w te strony. Odrzekłem, że mi wszystko jedno, gdzie się bić, ale Mirza uparł się, żeby to było w tym departamencie. Zaciekawienie i gorączkowa jej niespokojność rosły. Może starałbym się ją wybadać, ale upadłem ze znużenia. Marx usnął w fotelu i chrapał, myślałem więcej o śnie niż o wszystkich pannach.
Tymczasem Mirza ze starcem ukazali się z drugiego pokoju. Staruszek teraz siadł przy mnie i chwyciwszy mnie za kolano, począł pleść trzy po trzy, robiąc przy tym o wiele naprzód wszystkie gesty, które miały służyć jako ilustracja jego słów. Przez ten czas Mirza zbliżył się do panny La Grande. Usłyszałem, że zamieniali ze sobą szybkie słowa, przy czym Mirza zdawał się błagać o coś natarczywie. Usłyszałem tylko jeden frazes: "wszystko wyjaśnię!", ale w tej chwili znowu staruszek zrobił parę gestów naprzód, potem rzekł:
-Będziecie spali w drugim domu... Tylko otworzyć tylne drzwi i zaraz chmielnik... aż do lasu.
Potem otoczył dłonią ucho i spytał:
-A?
Na koniec poszliśmy spać. Drugi ten dom leżał w głębi parku, o kilkadziesiąt kroków od szaletu. Widocznie nikt w nim nie mieszkał, gdyśmy bowiem weszli do środka, uderzył mnie zapach pustki i chmielu, który się suszył na górze. Ale jedna izba była ogarnięta, na podłodze zaś jej leżały trzy materace, zasłane poduszkami i bielizną. Tak wygodnego posłania nie widziałem już dawno, dlatego rzuciłem się na nie natychmiast, nie pomyślawszy o rozebraniu się. Selim i Marx położyli się także nie rozebrani, wszyscy zaś mieliśmy karabiny pod ręką od wypadku.
Mirza rzekł:
-Słuchaj, nadeszła chwila, w której muszę ci wyznać i wyjaśnić wszystko...
Tyle też tylko słyszałem z tych wyjaśnień, bo natychmiast usnąłem jak suseł, i mogę powiedzieć, że spałem ze wszystkich sił, nie więcej jednak jak parę godzin.
Koło drugiej rozbudziłem się nagle.
Z początku nie mogłem sobie przypomnieć, gdzie jestem, po chwili jednak strząsnąłem z głowy zdrętwiałość i spojrzałem w okna, naprzeciw których leżały nasze posłania.
Słaby różowy odblask jakby zorzy świecił przez szyby.
Ale nie była to zorza, była to łuna dalekiego pożaru.
-Pali się - pomyślałem, nie myśląc zresztą wstawać z ogrzanego posłania. -Muszą się bić w tamtej stronie.
Tak też i było.
Wkrótce uszu moich doszedł, daleki odgłos strzałów rotowych.
Strzały te, odległe, przytłumione, a szybkie i prawidłowe, jak muzyczna gama, to ustawały chwilami, to odzywały się z nową energią.
W przystankach słyszałem chrapanie Marxa.
Po niejakim czasie zdawało mi się, że strzały się zbliżają, przy tym jeden i drugi wystrzał armatni wstrząsnął szybami, które zadźwięczały żałośnie. Nie chciało mi się jeszcze wstawać, ale na wszelki wypadek postanowiłem rozbudzić Mirzę.
-Selim! - zawołałem.
Selim nie odpowiadał.
-Selim! - powtórzyłem głośniej.
W odpowiedzi zachrapał tylko Marx.
Tymczasem łuna stała się jaśniejszą. Przy jej czerwonym blasku spojrzałem na posłanie Selima: było puste.
Sądziłem, że wyszedł posłuchać, jak idzie bitwa, i wziąwszy karabin wyszedłem także do ogrodu.
Księżyc świecił jasno. Promienie jego zmieszane z odblaskami łuny zalewały ogród jakimś tajemniczym półbiałym, półczerwonym światłem. Liście na drzewach szemrały cicho, mieniąc się srebrem i miedzią; długie czarne cienie kładły się na ziemię. Ale w ogrodzie było spokojnie. Okna szaletu pozostały ciemne. Znać tu już ludzie przywykli do odgłosów bitew i łun pożarów.
Wszystko to było jakieś tajemnicze i uroczyste. Z jednej strony melancholia i spokój uśpionego ogrodu, a tam blaski krwawe, w dali bitwa, pożar i wrzawa, podobna do szumu morza.
Byłem tak przyzwyczajony do ciągłego czajenia się od czasu wyjazdu z Paryża, że i teraz mimo woli szedłem, jakbym się zbliżał pod pruską placówkę.
Nagle ujrzałem Mirzę i stanąłem jak wryty.
Na ławce, w cieniu krzewów, siedziała panna La Grande, a przed nią klęczał Mirza i pokrywał pocałunkami jej ręce.
Świeciły im księżyc i łuna.
-Jedyna moja, jedyna moja! - szeptał namiętnie Mirza.
-Czy mi przebaczysz? - dodał po chwili.
Szmer jego słów i pocałunków zagłuszały coraz bliższe strzały rotowe.
Usłyszałem jednak jeszcze oderwany frazes.
-Umyślnie tu przybyłem...
W ogrodzie stawało się coraz czerwieniej. Światło księżyca bladło i mdlało, ale kochankowie zdawali się nie słyszeć i nie widzieć nic.
Pomyślałem jednak, że bitwa może zawadzić o La Mare i że bezpieczeństwo wymaga, abyśmy się mieli na baczności. Cofnąłem się więc za gęstwinę i począłem gwizdać z cicha umówiony między nami sygnał.
Był to sygnał znany nam od dawna. Nuta jego znaczy nawoływanie: "Dzieci zbierajcie się!" etc.
Jakoż natychmiast zaszeleściły liście, a po chwili ukazał się Mirza ze świecącymi oczyma i rumieńcami na twarzy, drżący ze wzruszenia.
-Co tam? - spytał.
-Biją się.
-To daleko. Nie nadużywaj sygnału, bo mnie wprowadzasz w błąd. Sygnał znaczy: niebezpieczeństwo tuż.
-Czym ci w czym przeszkodził?
Mirza zatrzymał się nagle.
-Ty widziałeś wszystko?
-Tak.
Umilkł, a po chwili porwał mnie za ramiona.
-To dobrze! - rzekł. -Chodźmy do kwatery, mam z tobą pomówić o wielu rzeczach. Nie zaśniesz przecie teraz?
-Nie zasnę.
Wróciliśmy. Ja położyłem się znowu na materacu, Mirza zaś siadł na swoim i zaczął mówić:
-Może pomyślisz sobie, że postąpiłem jak egoista, ale sądziłem, że ci wszystko jedno, gdzie się masz bić. Mnie się zawsze przy tym wszystko wiodło, tobie nie, dlatego myślałem także, że wiążąc twój los z moim, wiążę cię z moim szczęściem. Ale to się może zmienić. Ja przedsięwziąłem sprawy dość niebezpieczne. Teraz ci je opowiem. Jeżeli zechcesz, to się cofniesz. Jeszcze czas. Powiedz mi jednak naprzód, czy bezwarunkowo byłbyś poszedł na wojnę?
-Tak.
-To dobrze, zatem nie ja cię pociągnąłem?
-Nie ty.
-Teraz słuchaj. W Paryżu jeszcze przed wojną poznałem Lidię La Grange i zakochałem się w niej. Ona mi była wzajemną. Ale potem zerwało się wszystko i wiesz, kto był tego powodem?
-Nie wiem.
-La Rochenoire.
-La Rochenoire?
-Tak. Szczegółów nie mam czasu ci opowiadać. La Rochenoire zakochał się w niej także, ale był powszechnie nielubiony, goły przy swoim tytule i zawsze miał złą opinię, wziąłem więc nad nim górę z łatwością. Wówczas wyzwał mnie. Strzelaliśmy się na pistolety. Trzy razy brałem na cel jego czerep i trzy razy darowałem mu życie. On nie umie strzelać. Mogłem go zabić i głupstwo zrobiłem, żem nie zabił, bo on potem nie przestał się mścić. Ja, widzisz, kochałem się zawsze na wszystkie strony i nieraz zawiązawszy nowe stosunki, nie umiałem zerwać dawnych. Tak było wtedy. Na rok przed poznaniem Lidii poznałem w Jockey-klubie młodego porucznika marynarki nazwiskiem Marillac, który od razu powziął dziwną ku mnie sympatię. Był to dzielny, młody chłopak, odważny, honorowy, słowem - prawdziwy rycerz, jakich mało. Po kilku tygodniach wprowadził mnie do siebie i ofiarował swą przyjaźń, a ja - niech mi Bóg przebaczy! - począłem bałamucić jego młodą i śliczną żonę. U nas uważa się to za zbrodnię, ale w Paryżu to rzecz zwyczajna. Byłem nie lepszy niż moje otoczenie. Swoją drogą ciążyło mi to strasznie. Męża często nie bywało w domu, ale gdy przyjechał, musiałem udawać dla niego przyjaźń, co było nad moje siły, bo brzydziłem się sam sobą. Poznawszy Lidię, chciałem zerwać z przeszłością, nie dlatego żeby uczucie dla Lidii było poważne, bo stało się takim dopiero później, ale dlatego, że nie umiem być obłudnikiem. Sądziłem, że zerwanie łatwo pójdzie. Omyliłem się. Pani Marillac wiedziała o nowej mojej miłości dla Lidii i wiedziona zazdrością i zemstą, porozumiała się z La Rochenoirem. On nie umie nic przebaczać i nie cofał się nigdy przed niczym, dlatego chwycił się pierwszej sposobności, żeby zerwać moje stosunki z Lidią i zarazem zemścić się nade mną. Opowiedziałem, że kocham tamtą. Nie chciała wierzyć, trzeba jej było dowodów. Wówczas odebrałem list od Marillacowej, wzywający mnie na ostatnią niby schadzkę. Odpisałem: "Nie pójdę." Wtedy odebrałem drugi list, w którym były tylko te słowa: "Wiesz, że mój mąż przyjechał i boisz się go!" Tego było dosyć. Poszedłem. Była to zasadzka. La Rochenoire miał sprowadzić Lidię i pokazać jej naocznie moje wiarołomstwo. Ale nie wystarczyło mu to jeszcze. Nikczemnik, przez zemstę nade mną, nie wahał się poświęcić i swojej wspólniczki, dał więc znać o schadzce nie tylko Lidii, ale i Marillacowi. Spodziewał się, że Marillac mnie wyzwie i zabije, był to bowiem najsławniejszy fechmistrz we Francji, z którym nikt nie chciał przyjmować pojedynków. Katastrofa nastąpiła. Musiałeś o niej słyszeć, bo cały Paryż nie mówił o czym innym. Postanowiłem dać się zabić Marillacowi, ale gdym zobaczył krew, rozbudziła się we mnie moja nieszczęsna natura i wbiłem mu szpadę w piersi po samą rękojeść. Jeszcze dziś słyszę, jak ostrze jej zgrzytnęło o jego kość pacierzową.
Mirza wzdrygnął się. Twarz jego była blada, oczy zgorączkowane, w rysach malowała się boleść, ale zarazem i głucha, złowroga zawziętość.
Zakrył twarz rękoma i umilkł. Przez chwilę słyszałem wystrzały zbliżającej się bitwy.
-Mów dalej, bo nie będzie czasu - rzekłem.
-Co potem nastąpiło - mówił - łatwo zrozumieć. Lidia pokazała mi drzwi, wtedy zacząłem kochać ją naprawdę. Byłbym się strasznie pomścił na La Rochenoirze, ale nie wiedziałem, jaką odegrał rolę. Zresztą, natychmiast po katastrofie odebrał rozkaz udania się do Marsylii, bo on także był wówczas porucznikiem marynarki. Przed wyjazdem oświadczył się Lidii, która w chwili rozpaczy i zwątpienia przyjęła go. Ja zacząłem prowadzić życie szalone, traciłem mnóstwo pieniędzy. Byłem wodzem Jockey-klubu. Oni mieli mnie za bohatera, ja sam siebie za nikczemnika. Cierpiałem strasznie. Kochałem przy tym coraz więcej Lidię i to czyniło mnie jeszcze nieszczęśliwszym.
-Jak się dowiedziałeś o La Rochenoirze?
-Prowadząc życia szalone, spotkałem tamtą kobietę. Spadła bardzo nisko, ale ja starałem się ją podnieść. Nie było zresztą już czasu na to, bo chorowała na suchoty. Jakoż umarła wkrótce, ale przed śmiercią wyznała mi wszystko. Przysiągłem wtedy, że pomszczę się na La Rochenoirze. I niech mi tak Bóg dopomoże, jak byłbym to natychmiast uczynił, gdyby nie to, że zaraz potem wybuchła wojna.
-Zdawało mi się - mówił dalej - że La Rochenoire przepadł w jej odmęcie i modliłem się do chrześcijańskiego Boga i do mego głupiego Mahometa, aby go ocalił i zachował dla mnie. Wkrótce też jego nazwisko wypłynęło z odmętu, otoczone tą złowrogą sławą, która uczyniła go jednym z najgłośniejszych partyzantów. Wówczas pomyślałem: nadszedł czas!
-Co myślisz uczynić?
Mirza drżącymi rękoma oderwał podszewkę swego żołnierskiego kepi i wyjąwszy spod niej jakiś papier, podał mi go mówiąc:
-Czytaj.
Przy blasku coraz rosnącej łuny począłem czytać i zdawało mi się, że śpię, a to wszystko, co widzę, to tylko sen dziwny, który zniknie nad ranem.
Karta, którą trzymałem w ręku, była to ni mniej, ni więcej, jak tylko nominacja Selima Mirzy na dowódcę oddziału La Rochenoire'a i postąpienia z nim podług wyroku.
W milczeniu oddałem papier Mirzie.
On tymczasem zbliżył się do mnie. Na twarzy jego znowu pojawił się ów ostry wyraz, nadający rysom jakiś odcień czysto wschodniego okrucieństwa.
-Przysięgam na tę noc, na ten pożar, na tych, co tam konają teraz, że każę go rozstrzelać bez litości.
Potem otworzył nagle okno. Widać, potrzebował odetchnąć świeżym powietrzem.
Ale ja nie rozumiałem, co znaczy ta nominacja, więc rzekłem:
-Wytłumacz mi to.
Chwilę jeszcze chodził w milczeniu.
-Dziwi cię nominacja i rozkaz oddania pod sąd dowódcy, który bez wytchnienia bije Niemców - rzekł wreszcie. -Ale ma to swoje powody. Temu człowiekowi zdaje się, że teraz, gdy stoi na czele oddziału, nie ma już nikogo nad nim. Jest arystokratą. Żołnierze jego w boju krzyczą, jakby za Ludwika XIV, "vive le roi!" On służy nie rzeczypospolitej, ale Henrykowi V. Przy tym pan margrabia postępuje z ludźmi trochę zbyt bez ceremonii. W wiosce Branche Verte kazał rozstrzelać mera, w Agneaux kazał powiesić dwóch wieśniaków, wioskę Maric kazał spalić dlatego, że mu odmówiła żywności. Gdy Chauzy przysłał kuriera z rozkazem, kazał kuriera oćwiczyć i odpowiedział Chauzemu grubiaństwem. Za to jedno już śmierć. On chce być panem na czele swego oddziału. Prowadzi wojnę na własną rękę, a to nie uchodzi. Och! dyktator miał aż nadto dosyć powodów. Zaocznie złożono go z dowództwa; gdy jednak zawakowało, nikt się go nie chciał podjąć, dopóki ja nie dowiedziałem się o tym.
Dowiedziawszy się przedstawiłem swoje kwalifikacje, a ponieważ dzisiejszy dyktator znał je, zarówno jak i mnie jeszcze z Jockey-klubu, zatem zostałem mianowany z łatwością. Ostrzeżono mnie tylko, że La Rochenoire, nie mając wiele do stracenia, a mając po sobie żołnierzy, każe z pewnością rozstrzelać tego, kto przyjdzie z nominacją.
-Jak to? czy rząd nie ma siły go zrzucić?
-Rząd siłę ma; mógłby go otoczyć wojskiem i zgnieść. Ale dyktatorowi chodzi o to, co by powiedział kraj. Imię La Rochenoire'a zyskało popularność, stoczył on już ze czterdzieści potyczek, prawie zawsze zwycięskich. Kazano mi więc działać powolnie, co mi się zresztą nie podoba. Póty szczędzić będę La Rochenoire'a, póki ma za sobą żołnierzy, ale on już i żołnierzom ciąży niezmiernie. On i dla nich również okrutny. Nominacji nie mam pokazywać natychmiast, dopiero po zjednaniu sobie żołnierzy. Gdyby jednak La Rochenoire wydał rozkaz, aby mnie rozstrzelać natychmiast, wówczas palnę mu w łeb i pokażę nominację. Ale wątpię, czy do tego przyjdzie. La Rochenoire wie, że byłem w dobrych stosunkach z dzisiejszym dyktatorem. Rozstrzelać mnie znaczyłoby spalić za sobą mosty zupełnie, a tego on sobie nie może życzyć. Zresztą, zobaczymy. Prawdopodobnie nie przyjdzie do ostateczności. Rząd sobie jej nie życzy. La Rochenoire nie wie o niczym. Tak rzeczy stoją. Teraz ty powiedz swoje zdanie.
-Moje zdanie jest, że lepiej byś zrobił, gdybyś mi od razu wszystko wyznał.
-Źlem zrobił, ale bałem się, że mnie będziesz odmawiał od przedsięwzięcia.
-I dlatego wciągnąłeś mnie w nie?
-Masz się czas cofnąć. Mówiłeś, że wszystko jedno, gdzie się bić. Niedaleko krąży oddział Corbeau. Możesz się tam zaciągnąć. Wyrobiłem na wszelki wypadek dla ciebie nominację.
-Słuchaj! - rzekłem wówczas żywo. -Chcesz się mścić, to się mścij, ale mi się droga twoja nie podoba. Rozumiałbym, gdybyś przyjechał i po prostu palnął w łeb La Rochenoirowi, ale ty chcesz i musisz zyskać pierwej jego zaufanie, a potem zdradzić je.
-Nie ja tę drogę wybrałem. Takie są instrukcje, których muszę słuchać, a podjąłem się je wykonać dlatego, że zabić go po prostu to mało dla mnie. Ja go muszę wprzód strasznie upokorzyć. Mniejsza o to, czy to pięknie, czy nie. Ja jestem Tatar. Ja chcę zemsty.
I istotnie podobny był w tej chwili do Tatara.
-Pomyśleć, co on mi zrobił! pomyśleć, że Lidia jest jego narzeczoną!...
I począł wyłamywać ręce, aż stawy palców trzeszczały głośno.
Po chwili rzekł:
-A zatem idziesz ze mną czy nie?
-Idę. Jeżeli rzecz zaraz się rozstrzygnie, gotów jestem ci pomagać, ale jeśli powoli, nie chcę się wdawać w grę.
-Bo i nie potrzebujesz. Zatem dobrze. Dziękuję ci.
Uścisnął moją rękę.
-W każdym razie - mówił - nie pójdziemy razem do obozu, aby nie ściągnąć podejrzeń. Ja muszę tam być pierwej. Następnie przyjedziecie ty i Marx. Będziemy udawali, że się nie znamy. To was na wszelki wypadek zasłoni przed jego zemstą.
Nie chciałem się zgodzić na to, ale Mirza mówił, że nie godzi się nam wciągać w przedsięwzięcie Bogu ducha winnego Marxa. Uległem.
-Kiedyż pójdziesz? - pytałem.
-Jak tylko rozednieje. Wy zostańcie tutaj przez parę dni.
Potem uchwycił znów moją rękę.
-Bądź dobry dla Lidii. Ja ją kocham, bardzo kocham. Współczuj mi chociaż w tym. Ona zasługuje na twoją przyjaźń... więcej niż ja. Wycierpiała dużo, bo nigdy nie przestawała mnie kochać. Teraz wyjaśniło się wszystko.
I objąwszy mnie za szyję, położył głowę na moich piersiach. Potem podniósł się nagle i rzekł:
-Idę.
-Dokąd?
-Powiedzieć jej ostatnie: "bądź zdrowa!" Biedactwo czeka jeszcze na mnie.
Wziął karabin i wyszedł. Zostałem sam ze śpiącym Marxem. Odgłosy bitwy nie cichły, przeciwnie, stawały się coraz wyraźniejsze. Łuna tylko bladła, bo rozpoczynał się brzask ranny. Szyby zbielały. Czarne kontury gałązek za oknem stawały się coraz wyraźniejsze. Oparłem się na dłoni i począłem rozmyślać. Nie rozmyślałem o tym, co się stało. W naturze mojej leżała pewna obojętność, która kazała mi przyjmować fakta spełnione jako konieczność, jako turecki "kiszmet", z marmurową obojętnością. Była to pewna bierność, która jednak często służyła mi w ówczesnej epoce jako zasada-pocieszycielka. Życie nie wydawało mi się warte jednego sous. Byłem w epoce sceptycyzmu życiowego; za długo żyłem tylko wewnętrznie, dlatego wyczerpałem się do dna. Dlatego także szukałem wtedy takich wrażeń, od których biła woń prochu, jaskrawych, niebezpiecznych, bo odrywały mnie one od spoglądania w próżnię i od obwijania wątka nici naokoło nicości. Rozmyślałem więc tylko o Mirzie, o tym bogactwie wiary w życie i samego siebie, o życiu, jakie kipiało w nim i wylewało się na zewnątrz. Bił się, kochał, mścił i do głębi duszy był przekonany, że to wszystko warte zachodu. Na duszę jego nie padał ani cień zwątpienia. Nie było w nim jednej kropli krwi Hamleta. Takich ludzi zwą ludźmi czynu. Biło od niego jakieś ciepło życiowe, przy którym i ja ogrzewałem zdrętwiałą duszę.
Oto i w tej chwili żegnał się tam ze śliczną panną i w pocałunkach zapominał o świecie całym. Ja na jego miejscu czułbym, niestety, że całuję usta, które prędzej lub później muszą być umarłymi.
Dniało coraz bardziej. Noc pierzchła. W La Mare poczęły piać koguty, a jeden podawał głos drugiemu. Podszedłem do otwartego okna, aby spojrzeć na widnokrąg, i nagle ujrzałem mdły krążek światła latarki zbliżający się z cieniów, do uszu zaś moich doszło pośpieszne klekotanie drewnianych trzewików, jakich we Francji używają wieśniacy.
Po chwili mały chłopak z kudłatą czupryną, bez czapki, dobiegł aż do naszej kwatery, podniósł latarkę i ujrzawszy mnie stojącego w oknie, zawołał zdyszanym głosem:
-Nie śpicie?
-Co tam?
-Prusacy wchodzą do wioski.
-Zgaś latarkę i zmykaj - rzekłem cicho.
Rozbudziłem Marxa, potem wyszedłem przed sień i zagwizdałem znowu: "Dzieci zbierajcie się!" etc.
Mirza pojawił się natychmiast.
-Hop! hop! - zawołał.
-Niemcy w La Mare!
Weszliśmy prosto w chmielnik, który ciągnął się aż do lasu. Nie potrzebowaliśmy zresztą odchodzić zbyt daleko. Niemcy bowiem nie mogli nic o nas wiedzieć. Usiedliśmy więc spokojnie wśród liści i poczęliśmy się wsłuchiwać w odgłosy z La Mare. Bitwa już ustała; łuna zgasła. Z początku w La Mare cicho było i spokojnie, ale potem do uszu naszych doszła daleka, potem coraz bliższa wrzawa. Wkrótce mogliśmy odróżnić tętent i rżenie koni, dźwięki mosiężnych trąb, warczenie bębnów. Zagrzmiały wreszcie i pieśni bojowe. Jazda zaśpiewała "Wacht am Rhein!", a głosy niosły się daleko wśród ciszy po rosie. Biło od nich jakąś niewypowiedzianą siłą i dzielnością; czułeś, że to są odgłosy tryumfu, że pułki Cymbrów znojne, pokryte jeszcze kurzem bojowym i krwią, upojone radością, święcą tą pieśnią nowe zwycięstwo.
A tymczasem pierwsze różowe promienie jutrzenki musiały padać jak aureola na ich wysokie sztandary. Słuchaliśmy w milczeniu. Flegmatyczny Marx pobladł ze złości i szeptał przez zaciśnięte zęby swoim łamanym językiem: "c'est pien! nous ferrons!" Mirza oddał się także całkowicie chwili. Zapomniał wówczas zapewne ten szczęśliwiec o wszystkim i żył za dwóch jednym wrażeniem, w każdym razie więcej wartym niż Hamletowa refleksja.
Był to jednak widocznie tylko przemarsz wojsk, bo stopniowo wrzawa, tętent i pieśń oddalały się coraz bardziej, cichły, cichły, mieszały się ze szmerem liści chmielowych, przechodziły jak gomon, a potem już tylko silniejszy powiew wiatru zawiewał jeszcze pieśnią.
Wreszcie ucichło wszystko.
-Przeszli - szepnął Selim.
-Przeszli.
-Trzeba i mnie iść. Wy wracajcie do La Mare.
Żegnaliśmy się długo i serdecznie. Następnie Mirza otarł łzę, zarzucił na ramię karabin, przekręcił na bok kepi i odszedł z wolna, nucąc: "Tyś szyła chorągiewki!"
Potem odwrócił się jeszcze i zasyłał nam znaki pożegnania. W milczeniu wróciliśmy z Marxem do La Mare.

[powrót] [rozdz.IV]