Henryk Sienkiewicz

"Pójdźmy za Nim!"

ROZDZIAŁ III

Pewnego wieczoru, gdy po gwarnych rozprawach o wędrówce dusz zostali sam na sam na tarasie, z którego widok był na morze, Cinna wziąwszy rękę Tymona wyznał otwarcie, co mu było największym udręczeniem życia i dla jakich powodów starał się zbliżyć do uczonych i filozofów z Serapeum.
-Tyle przynajmniej zyskałem - rzekł w końcu - żem poznał ciebie, Tymonie, i teraz wiem, że jeśli ty nie rozwiążesz zagadki mego życia, nikt inny tego uczynić nie zdoła.
Tymon wpatrywał się czas jakiś w wygładzoną toń morską, w której odbijał się nów księżyca, po czym rzekł:
-Widziałeś, Cinno, owe stada ptaków, które tu nadlatują w zimie z mroków północy? Czy wiesz, czego one szukają w Egipcie?
-Wiem. Ciepła i światła.
-Dusze ludzkie także szukają ciepła, które jest miłością, i światła, które oznacza prawdę. Ale ptaki wiedzą, dokąd lecieć po swoje dobro, dusze zaś latają po bezdrożach, w zabłąkaniu, smutku i niepokoju.
-Czemu, szlachetny Tymonie, nie mogą znaleźć drogi?
-Dawniej spoczynek był w bogach, dziś wiara w bogi wypaliła się jakby oliwa w lampie. Potem sądzono, że filozofia będzie dal dusz słońcem prawdy - dziś, jak sam wiesz najlepiej, na jej gruzach i w Rzymie, i w Akademii w Atenach, i tu siedzą sceptycy, którym zdawało się, że wnoszą spokój, a wnieśli niepokój. Bo wyrzec się światła i ciepła jest to zostawić duszę w ciemności, która jest niepokojem. Więc wyciągnąwszy ręce przed siebie szukamy po omacku wyjścia.
-Zali i ty go nie znalazłeś?
-Szukałem i nie znalazłem. Tyś szukał go w rozkoszy, ja w myśleniu - i obu nas jednaka mgła otacza; wiedz przeto, że nie sam jeden się dręczysz i że w tobie dręczy się dusza świata. Wszakże od dawna już nie wierzysz w bogów?
-W Rzymie czczą ich jeszcze publicznie i sprowadzają nawet nowych z Azji i Egiptu, ale wierzą w nich szczerze chyba tylko przekupnie jarzyn, którzy z rana przyjeżdżają ze wsi do miasta.
-I ci są jedynie spokojni.
-Równie jak ci, którzy tu biją pokłony kotom i cebuli.
-Równie jak ci, którzy jak syte zwierzęta nie pragną niczego więcej, tylko snu po jadle.
-Lecz czyli wobec tego warto żyć?
-Zali wiemy, co nam przyniesie śmierć?
-Więc jakaż jest różnica między tobą a sceptykami?
-Sceptycy godzą się na ciemność lub udają, że się godzą, ja zaś męczę się w niej.
-I nie widzisz wybawienia?
Tymon umilkł na chwilę, po czym odrzekł z wolna, jakby z pewnym wahaniem:
-Czekam go.
-Skąd?
-Nie wiem.
Po czym wsparł głowę na dłoni i jakby pod wpływem ciszy, która zalegała tarasy, począł mówić również przyciszonym głosem:
-Bo dziwna rzecz, ale czasem mi się wydaje, że gdyby świat nie mieścił w sobie nic więcej nad to, co wiemy, i gdybyśmy niczym więcej być nie mogli nad to, czym jesteśmy, to by nie było w nas niepokoju... Tak więc w chorobie czerpię nadzieję zdrowia... Wiara w Olimp i filozofia zmarły, ale zdrowiem może być jakaś nowa prawda, której nie znam.

* * *

Nadspodziewanie rozmowa ta przyniosła Cinnie wielką ulgę. Usłyszawszy, że nie tylko on jest chory, ale cały świat chory, doznał takiego uczucia, jakby ktoś zdjął z niego ogromny ciężar i rozłożył go na tysiące ramion.

[powrót] [rozdz.IV]