Henryk Sienkiewicz

"Na marne"

ROZDZIAŁ XVI

Helena zaledwie sama wierzyła swemu szczęściu. Gotowała się do ślubu. Chmurna jej przeszłość znikła, noc życia była skończona, świtał ranek.
Z kobiety, gwiazdy błędnej, która nie wiedzieć gdzie i jak nisko upadnie, z kobiety tułaczki, z kobiety bez jutra wejść w nowy okres życia, pozyskać miłość kochanego człowieka, zostać w przyszłości żoną, rozpocząć życie ciche, życie jutra, okolone szacunkiem, zapełnione miłością i obowiązkiem - oto miała być jej przyszłość.
Helena rozumiała, a raczej przeczuwała ową anormalność między swą przyszłością a przeszłością. "Z takiego życia jak moje to chyba nie to wyniknąć powinno; jam nie warta szczęścia - szeptała z cicha do Szwarca, gdy jej na palec wkładał zaręczynowy pierścionek. - Jam nie warta takiego szczęścia."
Miała rację ta opętana przez miłość półwariatka.
Z logiki jej życia nie mogła taka przyszłość wykwitnąć, ale życie jej przestało już iść własnym biegiem.
Bywają gwiazdy, które w samotniach krążą po nieokreślonych drogach, aż porwane przez potężniejszą planetę idą już dalej koło niej lub z nią.
Coś podobnego przytrafiło się Helenie.
Potężniejsza wola przyciągnęła słabszą. Helena spotkała na drodze swej Szwarca i odtąd szła już jego koleją.
Zrozumienie tego czyniło ją spokojniejszą. "O, jeśli on zechce, będę szczęśliwą!" - myślała nieraz.
Wierzyła bez granic nie tylko w charakter, ale i w potęgę Szwarca.
Znikł więc ostatni cień w jej duszy - znikła niespokojność, owa nieokreślona obawa przyszłości, której aż do chwili oświadczyn Szwarca nie mogła się opędzić, a która dręczyła ją jak wyrzut sumienia.
Marzyła. Z pieśnią na ustach czyniła przygotowania do ślubu, ciesząc się jak dziecko każdym szczegółem ubioru. Chciała mieć mimo swego wdowieństwa białą suknię, co i Szwarcowi podobało się. Odzyskując humor, odzyskiwała i zdrowie; stawała się czynną, zabiegłą, drobiazgowo nawet troskliwą o przyszłe gospodarstwo.
Wypiękniała jeszcze i wyszlachetniała jakoś pod wpływem szczęścia. Z kobiety odludka, z ptaka o poobrywanych skrzydłach, jęła się zmieniać w kobietę czującą własną wartość, choćby w tym, że ją ktoś kocha.
Termin ślubu przybliżał się.

* * *

Tymczasem zbliżała się chwila, w której Szwarc miał zostać doktorem. Pracował więc, a pracował tak usilnie, że zachwiał cokolwiek własne zdrowie. Bezsenne noce i wysilenia umysłu naznaczyły mu twarz bladością; wychudł, oczy miał podsiniałe; żył w ciągłej owej gorączce pracy, w rzeczywistości opadał z sił, ale trzymał się jak mógł na nogach chcąc z jaką bądź cenę zdobyć koniecznie stanowisko i niezależną przyszłość.
Prócz ambicji i bliskiego terminu ślubu jeszcze jedna rzecz skłaniała go do tych wysileń. Zapasy, jakie przywiózł z domu, wyczerpywały się z wolna i obecnie bliskie były końca. Teraz już na Augustynowiczu spoczywał ciężar wydatków i domowego gospodarstwa. Augustynowicz wyrzekł się pijatyki, a zarabiał znacznie więcej niż Szwarc. Lekcje muzyki przynosiły mu stosunkowo bardzo wiele, a nie potrzebował się ich wyrzekać dla nawału innej pracy, wrodzone bowiem zdolności zastępowały mu aż nadto czas i ochotę.
Do pani Wizbergowej chodził jak dawniej, codziennie; codziennie Malinka wybiegała mu otwierać i co dzień niby wydzierała mu swe rączki, które miał zwyczaj obfitymi okrywać całusami. Poczciwa dziewczyna przywiązywała się do niego. Czy on ją kochał? Prędzej nie niż tak, bo przeszłość wygasiła w nim sympatyczne moce. W rzeczywistości nie miał za grosz ognia. Gdyby jego zdolności zagrzewała namiętność, zaprowadziłyby go daleko, ale światło ich było jak księżycowe, świeciło nie grzejąc.
Nie przeszkadzało mu to być, jak to mówią, wybornym chłopcem, doskonałym kolegą i wesołym towarzyszem. Jeżeli czuł jakie przywiązanie, to chyba do Szwarca. Miewał jednak swe sympatie i antypatie: lubił Malinkę, a nie lubił Luli.
I za co jej nie lubił? Różne były powody. Traktowała go zawsze z chłodną wyższością, a przy tym była hrabianką. Zwykle zresztą miewał powodzenie u kobiet, zawdzięczał je niewyczerpanej wesołości, a nawet cynizmowi, który pozwalał mu być wszędzie jak u siebie, miał przy tym szczególniejszą zdolność stosowania się do towarzystwa, w którym przebywał. Nigdy nieogładzany, posiadał - gdy chciał - wysoką ogładę towarzyską. Sam zwykł mawiać, że owa łatwość dystynkcji jest w nim dziedziczną, że to idzie "z zacnej krwi". Rodziców wprawdzie nie znał nigdy ani wiedział, kto oni, niemniej sądził się być potomkiem znakomitego rodu. Przypuszczał nawet, wedle znanego żartu, że Letycja, babka Napoleona III, i jego babka - to były dwie babki. W ten sposób udowadniał swe pokrewieństwo z Bonapartemi.
Mimo tych wszystkich przymiotów Lula ignorowała go cokolwiek. Więcej niż owa lekkomyślna, elastyczna natura budził w niej interesu żelazny, jednolity charakter Szwarca. Zresztą kochała Szwarca, Augustynowicz więc z natury rzeczy pozostał na boku. Drażniło go to jednak. Tak się rzeczy miały aż do chwili zjawienia się Pełskiego. Odtąd, zwłaszcza gdy Szwarc przestał bywać, zmieniła się Lula nadzwyczajnie. Augustynowicz dokuczał jej, sądził bowiem rzeczy przez pryzmat własnej dla niej niechęci. Myślał, że jeśli kiedy, to teraz będzie mu okazywała lekceważenie, a nawet pogardę, tymczasem stało się inaczej. Lula wyszła z roli obojętności i zaczęła się go obawiać. "Dzięki bogom - myślał wówczas Augustynowicz - człowiek ma język dosyć obrotny. Boi się, żebym Pełskiego nie wystrychnął na dudka." Jakoż coś podobnego zdarzyło się kilkakrotnie, co, należy wyznać, nader przykro dotknęło Lulę. Nieraz z początku rozpytywała o Szwarca, ale zawsze jednakową odbierając odpowiedź: "pracuje" - przestała na koniec. Niemniej zdawało się, że chce przejednać Augustynowicza, w postępowaniu jej z nim była teraz jakaś miękkość, połączona z cichym smutkiem. Nieraz śledziła go niespokojnie oczyma, gdy wchodził, jakby czekając od niego jakiejś wiadomości dla siebie. Niepokój ten był naturalnym. Czy kochała Szwarca, czy nie, nie mogła jej nie dziwić, że ten, na którego tyle liczyła, który tyle sympatii okazywał jej zawsze, teraz jakby zapomniał o niej. Nie mogła także poprzestać na odpowiedzi Augustynowicza. Mimo największej pracy niepodobna było, by Szwarc nie znalazł w ciągu dwóch przeszło miesięcy ani minuty czasu, by ją choć zobaczyć, by spytać o jej zdrowie, tym bardziej że wiedziała, iż ją kochał. W myśli jej dziwnie plątało się przybycie Pełskiego i niebywanie Szwarca; mogła słusznie przypuszczać, że jest w tym pewny związek. Jeden Augustynowicz mógł te rzeczy objaśnić, ale Augustynowicz nie chciał.
Niespokojna tedy, rozdrażniona i stroskana, ciągniona przez Pełskiego w krainy świetnych marzeń o wspaniałej przyszłości, o bogactwie, komforcie, sługach i cuglach; z drugiej biegła myślą do ubogiego pokoiku Szwarca, pytając pełna trwogi: czemu go nie ma.
A jego nie było. Pełski coraz wyraźniej występował jako konkurent. Lula, posądzająca o Szwarca o obojętność, rozdrażniona i upokorzona przezeń, gotowa była bodaj przez zemstę oddać rękę Pełskiemu. Zresztą, tradycja ciągnęła ją w jego stronę; kto miał zwyciężyć - łatwo było przewidzieć.
Pełski, o ile mógł, starał się rozpraszać chmurki na czole Luli i częstokroć udawało mu się to nawet. Lula miewała od czasu do czasu dziwne napady wesołości. Śmiała się wówczas i sypała tysiącami mniej więcej dowcipnych słówek, a lubo w tej wesołości była pewna gorączka, było zaiste i niemało kokieterii. Oczy jej płonęły w takich razach, od skroni szła atmosfera gorąca, usta igrały wabnym uśmiechem. Słowa kaleczyły i głaskały, ciągnęły i odpychały na przemian. Pełski zwykle, a po kilku niefortunnych próbach z Augustynowiczem, Pełski jedynie padał ofiarą takich wybryków. Tracił wówczas głowę, a z roli kuzyna-opiekuna przechodził na kuzyna-niewolnika.
A im był pokorniejszy, tym ona była zuchwalszą; im był smutniejszy, tym była weselszą.
-Panno Malinko! - szeptał w takich razach Augustynowicz - nie bądź pani nigdy do niej podobną, to kokietka!
-Nie! - odpowiedziała smutno Malinka. -Przypomnę panu te słowa.
I trudno zaiste rzec, co by powiedział Augustynowicz, gdyby po takim wieczorze widział, jak ta przed chwilą kokietka zostawszy sama w swoim pokoju łkała tak, że długie, długie godziny utulić jej nie mogły.
Biedna dziewczyna nie mogła nawet przed nikim wyspowiadać się ze swoich zmartwień i ciężkiej walki, jaką toczyła sama z sobą.
Płakała w chwili słabości. Ile w tych łzach było zranionej miłości własnej, ile szczerego żalu po Szwarcu, trudno było powiedzieć. Dawniej, objąwszy rękoma szyję dobrej Malinki, byłaby wyznała wszystko, co jej przygniatało duszę, ale dziś i Malinka była dla niej obcą, a przynajmniej nie tyle bliską, co ongi. Właśnie owe niefortunne próby kokieterii z Augustynowiczem głęboko obrażały rozkochaną w nim dziewczynę, a przy tym i stosunek Luli do Pełskiego wydawał się jej dziwacznym.
Tymczasem czas płynął, Lula zaczynała wątpić, czy Szwarc kochał ją kiedykolwiek, Pełski nieznacznie karmił ją myślą przyszłego komfortu; czas płynął - a czas, to wedle słów poety: "róż kwitnących przemierzły ogrodnik".

[powrót] [rozdz.XVII]