Henryk Sienkiewicz

"Na marne"

ROZDZIAŁ II

Szwarc długo się namyślał nad wyborem wydziału.
-Dałem sobie uczciwe słowo honoru, że się nie zmarnuję w życiu, dlatego myślę - mówił Wasilkiewiczowi.
A to już trzeba przyznać, że uniwersytet wabił go nie na żarty. Z różnych stron świata, jakby stada żurawi, ciągnęła tam młodzież. Jedni wchodzili, drudzy wychodzili czerpać w spragnione głowy. Zabiegali tam ludzie wedle nauki, jak pszczoły wedle miodu; kupili się, rozpraszali i tłumnie chodzili; czerpali z nauki, czerpali z siebie, czerpali z życia; oddawali ją i odbierali na powrót; zamykali ją lub rozrzucali, szli naprzód, stawali, padali, zwyciężali i łamiąc się z nią; kąpiąc się w tym morzu, tonęli niektórzy, inni wypływali. Ruch, gwar - życie panowało niezmierne. Uniwersytet był to niby wspólny matecznik, gdzie miały się zapładniać mózgi; coś na kształt wrzątku, kipiącego rozumem i młodością. Otwierał się co rok, wydając dojrzałe owoce, a przyjmując natomiast nowe szczepy. Ludzie rodzili się tam raz drugi. Pięknie było patrzeć, jak owa młodzież na kształt fal wodnych wylewała się stamtąd na świat corocznie, niosąc ciemnym światło, niby żywność glebie ludzkiej. Na takie to morza dostała się łódka życia Szwarca, gdzie miał zawinąć? Różne fakultety, niby porty, nęciły go. Gdzie się kierować? Długo namyślał się, wreszcie wpłynął.
Wybrał fakultet medyczny.
-Niech się , co chce, dzieje, muszę być i bogatym - powiedział, rozstrzygnąwszy kwestię wydziału.
A było tego wahania tyle dlatego, że Szwarca, jako otwartą głowę, niezmiernie obchodziły tajemnice nauki. Ciągnęła go i literatura, i prawo, nauki przyrodnicze uważał za triumf myśli ludzkiej. Co do tych nauk, opinię tę wyniósł jeszcze ze szkół. Był tam młody nauczyciel chemii, wielki entuzjasta, ten wychodzącym ze szkół uczniom swoim powiedział pewnego razu, położywszy rękę na sercu:
-Wierzcie mi, moi drodzy, że poza naukami przyrodniczymi istnieje tylko gadanina.
Wprawdzie i prefekt, kończąc rekolekcje, zapewniał, że tylko nauka kościelna prowadzi człowieka do szczęśliwości wiekuistej, ale Szwarc, którego prefekt już wówczas nazywał "wszetecznym kacerzem" zrobił tak brzydki grymas, że z jednej strony wzbudził śmiech we wszystkich obecnych, z drugiej ściągnął słuszne po części gromy na swoją głowę.
Wybrał tedy fakultet medyczny.
Zresztą podziałał nań w tym względzie Wasilkiewicz. Ten Wasilkiewicz, sam student, miał słusznie czy niesłusznie ogromny wpływ na młodzież. Zdarzyło się, że na pogawędce studenckiej jakiś gramatyk filolog z większą hipokryzją niżeli szczerością dowodził, że człowiek, który się odda nauce, powinien jej jednej poświęcić samego siebie, zapomnieć o świecie i szczęściu, a wcielić się w nią, być tylko jej wyrazem, zasadą, słowem. Więcej w tym dowodzeniu było fałszywego zapału i nadętości niż prawdy.
-Mówiono - prawił mówca - że rybak islandzki zapatrzył się w blask zorzy północnej i nie bronił się prądom. Fale go niosły na głębię, a on z oczyma utkwionymi w zorzę stał cały czerwony w jej promieniach, aż wreszcie porwał go duch otchłani i zamknął pod szklaną falą, ale w oczach rybaka zostały odbite światła zorzy.
-Oto nauka i życie! - mówił dalej - kto raz przed nią uchyli czoła, tego niech fale życia niosą, na jakie chcą głębie, światło nam pozostanie.
Są zasady w świecie, których się nie uznaje, ale, by przeciw nim wystąpić, trzeba niemałego zapasu odwagi. Owóż między młodzieżą jeden i drugi milczał, tylko Wasilkiewicz sapał gniewnie i podnosił się na krześle, wreszcie zerwał się i zaczął mówić:
-Tfu na próżne słowa! Niech Niemiec z taką nauką się żeni, nie my. U mnie nauka dla ludzi, nie ludzie dla niej. Niech Niemiec zmienia się w pergamin. Głupi był twój rybak; żeby był wiosłem robił, zorzę by widział i ryb dzieciom przywiózł. A to co znowu? Toż ludziska i cierpią, i głodem a zimnem przymierają, a ty będziesz się odrywał od świata i ciężarem mu będziesz, nie pomocą?
-Oj Tetwin, Tetwin! (tak się nazywał poprzedni mówca) patrz na znaczenie, nie na dźwięk słów swoich. Głupstwo łączyć umiecie z rozumem! Dziś ci się zdaje, że się wyrzekniesz szczęścia dla kilku wypłowiałych kartek. Nieprawda! Jak przyjdzie chwila, a zaboli cię pierś serdecznie, to zatęsknisz poczciwie do szczęścia i do kochania. Ot, u mnie na przykład, na Żmujdzi, w chacie para staruszków: ojciec i mać, jakby gołąbki białe, a jedno drugiemu prawi o mnie mizernym takie rzeczy, jakby o królewiczu złotym. Cóż bym ja był wart, gdybym zamknąwszy się w książce nie pomyślał o nich, a opuścił na stare lata? Pek by na mnie! Ot, przyszedłem tutaj i u nauki o nich i o siebie się upomnę. I nie ja jeden. Każdy, kto rolę uprawia, ma prawo jeść chleb ze swojej roli. To raz! Nauka nauką, a uczony niech się nie odrywa od życia, niech mi nie będzie niedołęgą... Uczony, uczony!... a kamizelki sam sobie zapiąć nie umie, dzieci nie chowa, o żonę nie dba. Czemu nie godzić praktyki życia z nauką? czemu jej nie wlać w życie i samej życiem nie ożywić?
Tak mówił Wasilkiewicz.
Powiedział i sapał.
Nie w tym rzecz, czy fałsz, czy prawdę powiedział; my dlatego przytoczyliśmy tę rozmowę, że Szwarc, z natury skłonny ku praktyce, wziął ją do serca, rozważał, myślał, dumał i obrał fakultet medyczny.
Niech co chce będzie, człowiek przynosi na świat pewne skłonności.
Szwarc z przyrodzenia był usposobienia realnego, jakoś więcej przystawał do rzeczy niż do idei; nie lubił także wszelkiej dialektyki. Daleko wolał widzieć przedmiot takim, jak jest, aniżeli piękniejszym, niż jest. Dwojaki jest ruch myśli w głowach ludzkich: jedne dążą wiecznie do środka, drugie przenoszą wszystko do środka; pierwsze wchodzą w rzeczy badane i ożywiają je, łącząc się z głównym źródłem zaledwie delikatną nitką świadomości - są to tak zwane zdolności twórcze; drugie chwytają niejako rzeczy, przenoszą do własnego źródła, łącząc je, pojmując dopiero tam, układając i porządkując - są to zdolności naukowe. Tamte wrodzone twórcom, te badaczom. Różnica między nimi taka, jak między rozrzutnikiem i sknerą, jak między oddychaniem a wdychaniem.
Trudno powiedzieć, które lepsze: jedne mają dar stwarzania, drugie odtwarzania, a nade wszystko przetwarzania. I w drugich jest niby coś czynnego - prawda, że i żołądek ma tę własność.
Doskonała równowaga między ruchem od środka i do środka jest genialnością. Naturalnie konieczną jest wtedy i szerokość ruchów.
Szwarc miał owe drugie zdolności - skupiające.
A nie tylko je miał, ale i wiedział o tym; przeświadczenie to chroniło go w życiu od wielu niewłaściwości, nadawało pewną równowagę jego chęciom i siłom: nie przedsiębrał nic, co by dlań było niemożebnym.
Rachował się ze sobą.
A miał na koniec wiele zapału, który w nim można by nazwać zaciętością w nauce. Umysł, który lubił na wszystko patrzeć trzeźwo, chciał widzieć wszystko trzeźwo, żeby zaś widzieć dobrze, trzeba wiedzieć dobrze. Nie umiał zgadywać, potrzebował znać.
To sprawiło, że nie uczył się nigdy przez połowę.
Jak pająk muchę, tak on przedmiot badany skwapliwie omotowywał siecią myśli, wciągał go w siebie, można by rzec, wsysał i przetrawiał.
Myśli jego miały przy tym wysoką ruchliwość. Pożądał - naturalny wynik młodości.
Był samodzielny aż do zarozumiałości. Częstokroć odrzucał zdanie przyjęte ogólnie właśnie dlatego, że miało za sobą powagę. Przyznać jednak należy, że wtedy starał się wynaleźć wszystko, co było contra - nie znalazłszy, ustępował. Miał przy tym niemałą energię myśli i czynu.
Wszystko to stanowiło jego siły, jego broń, po części zdobytą już, po części wrodzoną. Zapomnieliśmy dodać, że posiadał jeszcze dwa tysiące rubli.
Zrachowawszy owe zasoby, wziął się do medycyny. Ale im z większym zapałem wziął się do niej, tym więcej rozczarował się z początku. On lubił wiedzieć, a tam trzeba było pamiętać... To lada kto potrafi, przynajmniej jest to kwestia pamięci i woli, nie zaś rozumu. Należało mieć pamięć oczu, pamięć ręki, trzeba było jedno i drugie, i dziesiąte włożyć sobie surowo do głowy, umieścić od czasu do czasu jak zboże w śpichlerzach. Była to praca niemal rzemieślnicza, organizm umysłowy nie korzystał z tych zapasów, bo się nie przetrawiał ani przerabiał. Brakło tam pożywności. Filozofia fizycznego ustroju organizmów może dorównać subtelnością i ogromem rezultatów wszystkim innym, ale Szwarc zaczął dopiero poznawać sam organizm; wskazówek, czy istnieje jakaś filozofia tych nauk, nie dano mu dotychczas żadnych.
Wziąwszy się raz, trzeba było brnąć dalej.
Brnął.
A techniczna strona zajęć naukowych była przykra, niewdzięczna, pełna utajonych trudności, niespodziewanych tajemnic, nieraz ciemna, często ledwo dojrzana, najczęściej wstrętna, zawsze pracowita.
Rzekłbyś, że tu natura wypowiadała wojnę umysłowi ludzkiemu.
Szwarc łamał się z trudnościami i szedł dalej.
Owa technika miała jeszcze jedną stronę smutną w oczach Szwarca: źle wpływała moralnie.
Odkrywała koniec życia, nie wskazując, czy istnieje ciąg dalszy. Zdejmowano tam bez najmniejszego wahania zasłonę śmierci. Cała ohyda tej podziemnej robotnicy ukazywała się tam z nagą bezczelnością. To, co było umarłego, było zarazem cyniczną obietnicą dla żywych. Śmierć przy jasnym dniu zdawała się mówić: do widzenia w ciemnościach! Była niby zapowiedzią, noszącą w sobie desperackie wskazówki bezsilności człowieka wobec tej siły nieubłaganej, złośliwej, bezczelnej i obmierzłej zarazem. Ta właśnie siła budziła w młodych umysłach gwałtowną reakcję.
Reakcja ta objawiała się tak:
Nie traćmy czasu, używajmy życia, bo prędzej czy później wszystko diabli wezmą!
Przy tych zajęciach delikatność uczucia zacierała się stopniowo; obojętność wyradzała się w brutalność, ambicja w zawiść, miłość przechodziła w namiętność, namiętność w popęd. Miłość była jak słońce widziane przez zakopcone szkło; czujesz ciepło, ale nie widzisz światła.
Szwarc bronił się tym wrażeniom, otrząsał się z nich, odrzucał je i szedł dalej.
Na koniec należało być wiernym naukowej zasadzie. Kto ma zaufanie do jednej drogi, nie ma go do drugiej; ta, którą obrał, wydaje mu się najlepszą. W tej, którą Szwarc obrał, wszystko od czasów Hipokrata opierało się na doświadczeniu.
Wzrok, słuch, smak, powonienie i dotykanie - oto jedyne kryteria, na których opiera się ta już dziś wielka budowa.
Tak wierzy zwłaszcza młodzież, jako skrajniejsza we wszystkim od starszych. Co przeszło w naukę inną, niedoświadczalną drogą - było wątpliwym. Każdy według własnych pojęć sądzi pojęcia innych. Przypuszczenie czegoś stojącego poza empirią, a jednak prawdziwego, przez takie szkła wydaje się lekkomyślnością. Istnieją tylko rzeczy już zbadane. Ogniwa przyczyn i skutków są koniecznością lub myślą; ale dopiero w człowieku; historia - kroniką mniej więcej skandaliczną; prawo - opartym na doświadczeniu modus vivendi społeczeństw; spekulacja - chorobą umysłową.
Szwarc nie bronił się tym myślom, bo mu nie przeszkadzały iść dalej.
Zresztą pracował.

[powrót] [rozdz.III]