Henryk Sienkiewicz

"Na jasnym brzegu"

ROZDZIAŁ IX

Następnego dnia pani Lageat przyniósłszy do pracowni śniadanie dla trojga osób oznajmiła, że przed godziną byli znów ci sami dwaj śliczni chłopcy, tym razem nie z dziwnie ubranym służącym, ale z młoda i piękną panią.
-Młoda pani chciała koniecznie widzieć się z panem, ale ja powiedziałam jej, że pan Wyjechał do Antibes...
-Do Tulonu! do Tulonu! - odpowiedział wesoło malarz.
Lecz nazajutrz pani Lageat nie miała komu dać tej odpowiedzi, albowiem przyszedł tylko list. Świrski nie czytał go wcale. Natomiast zdarzyło się tegoż dnia, że chcąc poprawić "pozycję" panny Maryni podłożył jej dłonie pod ramionami i uniósł ją tak, że piersi ich zetknęły się niemal, a zarazem oddech jej oblał mu twarz. Wówczas ona poczęła się mienić ze wzruszenia, a on powiedział sobie, że gdyby taka chwila dłużej potrwała, to warto by za nią oddać życie.
Wieczorem zaś monologował jak następuje:
-Zmysły grają w tobie, ale inaczej niż poprzednio, bo tym razem rwie się za nimi dusza, a rwie się dlatego, że to jest dziecko, które w tym nicejskim "pudridero" pozostaje czyste jak łza. To nawet nie jej zasługa, to natura, ale gdzie znaleźć podobną? Tym razem nie łudzę się i niczego w siebie nie wmawiam, albowiem mówi rzeczywistość.
I zdawało mu się, że ogarnął go jakiś słodki sen. Na nieszczęście, po śnie następuje przebudzenie. Dla Świrskiego przyszło ono w dwa dni później i przybrało kształt jednej więcej depeszy, która wsunięta przez otwór we drzwiach przeznaczony na listy i gazety spadła na ziemię w obecności obu kobiet.
Panna Cervi, zabierając się właśnie do rozpuszczania włosów, spostrzegła ją pierwsza - i podniósłszy podała Świrskiemu.
Ów otworzył ją niechętnie, spojrzał i na twarzy odbiło mu się pomieszanie.
-Panie wybaczą - rzekł po chwili. -Odebrałem tego rodzaju wiadomość, że zaraz muszę jechać.
-Czy przynajmniej nic złego? - spytała z niepokojem panna Cervi.
-Nie, nie! Ale być może, że na popołudniowe posiedzenie nie będę mógł wrócić. W każdym razie dziś się to zakończy i jutro będę miał spokój.
To rzekłszy pożegnał je nieco gorączkowo, ale aż nazbyt serdecznie i po chwili siedział już w powozie, któremu kazał jechać wprost do Monte Carlo.
Minąwszy Jetée Promenade wydobył depeszę i począł ją na nowo odczytywać. Brzmiała ona jak następuje:
"Czekam pana dziś po południu. Jeśli pociągiem o czwartej nie przyjedziesz, wiem, co mam myśleć i jak postąpić.

Morphine"

Świrski zląkł się po prostu tego podpisu, zwłaszcza że był pod świeżym wrażeniem wypadku z Kresowiczem. "Kto wie, mówił sobie, do czego może doprowadzić kobietę, jeśli nie zraniona miłość prawdziwa, to zraniona miłość własna? Nie powinienem był postępować tak, jak postępowałem. Łatwo było odpisać na pierwszy list - i zerwać. Nie godzi się igrać z nikim, bez względu, czy jest zły, czy dobry. Obecnie zerwę stanowczo, ale jechać muszę, nie czekając na pociąg o czwartej."
I kazał popędzać konie. Chwilami krzepił się nadzieją, że pani Elzenowa w żadnym razie nie targnęła by się na swoje życie. Wydawało mu się to czymś zupełnie do niej nie podobnym. Lecz chwilami ogarniały go wątpliwości, czy ten sam potworny jej egoizm, zmieniony na obrazę nie popchnie jej do jakiego szalonego czynu.
Przypomniał sobie, że była w jej charakterze i pewna zawziętość, i pewna stanowczość - i niemało odwagi. Wzgląd na dzieci powinien by ją wprawdzie wstrzymać, ale czy wstrzyma? czy jej o te dzieci istotnie chodzi? I na tę myśl, co mogłoby się stać, włosy powstawały mu na głowie. Poruszyło się w nim sumienie i chwyciła go znów głęboka rozterka wewnętrzna. Obraz panny Cervi przesuwał mu się co chwila przed oczyma, budząc jakby żal gorzki i niezmierny. Powtarzał sobie wprawdzie, że jedzie zerwać i że zerwie stanowczo, na dnie jednak duszy czuł ogromny niepokój. Co będzie, jeśli ta kobieta zła, próżna, ale zawzięta, powie mu: "Ty albo morfina!" I jednocześnie obok trwogi i niepewności rodził się w nim niesmak, albowiem wydawało mu się, że tak postawić kwestię mogła chyba jakaś fałszywa bohaterka, należąca do "złej literatury".
A jednak - co będzie, jeśli ona ją tak postawi? W świecie, zwłaszcza w nicejskim, dużo jest kobiet należących do "złej literatury".
Wśród tych myśli i wśród kłębów siwej kurzawy dojechał wreszcie do Monte Carlo i kazał woźnicy zatrzymać się przed hotelem Paryskim, ale zanim zdążył wysiąść, spostrzegł przy trawniku Romulusa i Remusa z rakietami w ręku, podrzucających piłkę pod dozorem kozaczka, którego pani Lageat nazywała dziwnie ubranym służącym.
Oni też spostrzegłszy go podbiegli.
-Dzień dobhy, panu!
-Dzień dobhy!...
-Dzień dobry! Jest mama na górze?
-Nie. Mama pojechała na howerze z panem de Sinten.
Nastało milczenie.
-Ach! mama pojechała na rowerze z panem de Sinten! - powtórzył Świrski. -Dobrze!
Po chwili rzekł:
-Prawda! spodziewała się mnie dopiero o czwartej!
Nagle począł się śmiać.
-Dramat kończy się farsą... Ale to przecie Riwiera! Jaki też ze mnie osieł!
-Czy pan na mamę zaczeka? - spytał Romulus.
-Nie. Słuchajcie chłopcy: powiedzcie mamie, że przyjechałem ją pożegnać i że żałuję, żem jej nie zastał, bo dziś wyjeżdżam.
I to rzekłszy kazał zawrócić do Nizzy. Wieczorem jednak odebrał jeszcze depeszę, a w niej jedno, jedyne słowo: "Podły".
I po przeczytaniu wpadł w wyborny humor, albowiem depesza nie była podpisana: "Morphine".

[powrót] [rozdz.X]