Henryk Sienkiewicz

"Na jasnym brzegu"

ROZDZIAŁ VI

Jakoż zapowiedziane cudo przyszło nazajutrz o dziewiątej. Świrski był już ubrany i czekał z niecierpliwością i niepokojem; na szczęście obawy okazały się płonne: pierwszy ruch oka zadowolił go. Modelka była wysoka, wysmukła, bardzo zręczna, głowę miała małą, twarz drobną, śliczny zarost czoła, długie rzęsy i wielką świeżość cery. Przede wszystkim jednak Świrskiego zachwyciło to, że posiadała twarz "swoją własną" i w wyrazie coś dziewczęcego. "Ruchy ma szlachetne - pomyślał - i jeśli jest zbudowana, jak się wydaje, to «eureka!» Zamówię ją na długo i będę woził z sobą!"
Uderzyła go też jej nieśmiałość i spojrzenie jakby wystraszone. Wiedział wprawdzie, że modelki czasem udają nieśmiałość. Przypuszczał jednak, że ta nie udaje.
-Jak ci na imię, moje dziecko? - spytał.
-Maria Cervi.
-Jesteś z Nizzy?
-Z Nizzy.
-Czy pozowałaś kiedykolwiek?
-Nie, panie.
-Wprawne modelki wiedzą, czego się od nich chce, a z nowicjuszkami jest kłopot. Nie pozowałaś ani razu w życiu?
-Nie, panie.
-Skądże ci się wzięła ochota do pozowania?
Modelka zawahała się z odpowiedzią i zaczerwieniła się nieco.
-Pani Lageat mówiła mi, że będę mogła cośkolwiek zarobić...
-Tak, ale ty się widocznie boisz. Czego się boisz? Nie zjem cię! Ile chcesz za posiedzenie?
-Pani Lageat mówiła, że pan płaci pięć franków...
-Pani Lageat myliła się: płacę dziesięć franków.
Na twarzy dziewczyny błysnęła radość, a policzki jej zaczerwieniły się jeszcze silniej.
-Kiedy mam rozpocząć? - spytała nieco drżącym głosem.
-Dziś, zaraz! - rzekł Świrski ukazując na rozpoczęty obraz. -Ot tam masz parawan; idź, rozbierz się! Do pasa tylko! Będziesz pozowała do głowy, do piersi i do części brzucha!
A ona zwróciła ku niemu twarz zdumioną - i ręce opadły jej z wolna wzdłuż sukni.
-Jak to, panie? - spytała zająkliwie, patrząc na niego przestraszonymi oczyma.
On zaś odrzekł trochę niecierpliwie:
-Moje dziecko, ja rozumiem, że pierwszy raz to może być trudno. Ale albo się jest modelką, albo nie. Ja potrzebuję głowy, popiersia i części brzucha, potrzebuję koniecznie, rozumiesz! Przy tym wiedz, że w tym nie ma nic złego, a przede wszystkim namyśl się - i to prędko, bo jeśli nie zechcesz, to będę szukał innej.
I mówił trochę niespokojnie, albowiem w duszy chodziło mu o to, aby właśnie została ta i by nie potrzebował szukać innej. Ale tymczasem nastało milczenie. Modelka pobladła bardzo widocznie, jednakże po chwili odeszła cicho za parawan.
Świrski zaś począł przysuwać z hałasem stalugi ku oknu i ustawiać je odpowiednio, przy czym myślał:
-Oswoi się i za tydzień będzie się sama śmiała ze swoich skrupułów.
Następnie ustawił sofę, na której miała leżeć modelka, wziął pędzle i począł się niecierpliwić:
-No, a tam co? gotowa jesteś?
Milczenie.
-No! Decyduj się! Cóż to za żarty!
Wtem zza parawana doszedł go głos drgający błagalną prośbą:
-Panie! Ja myślałam, że... U nas w domu bieda, ale tak... ja... nie mogę!... I gdyby pan był łaskaw... do samej głowy... choćby za trzy franki, choćby za dwa... gdyby pan był łaskaw!...
I słowa przeszły w łkanie. Świrski zwrócił się w stronę parawana, wypuścił pędzle i otworzył usta. Ogarnęło go niesłychane zdumienie, albowiem modelka przemówiła w jego rodowitym języku.
-Pani jesteś Polką? - zawołał wreszcie zapominając, że przed chwilą mówił jej: ty.
-Tak, panie!... To jest... Ojciec mój był Włoch, ale dziaduś jest Polak...
Nastało znów milczenie. Świrski ochłonął i rzekł:
-Ubierz się pani... Będziesz pozowała tylko do głowy.
Lecz ona widocznie nie poczęła się jeszcze rozbierać, albowiem wyszła zza parawana natychmiast, z twarzą zawstydzoną, zmieszaną, pełną jeszcze bojaźni i ze śladami łez na policzkach.
-Dziękuję panu - rzekła. -Pan jest... Ja przepraszam, ale...
-Niech się pani uspokoi - przerwał Świrski. -Oto krzesło! niech się pani uspokoi. Będzie pani pozowała do głowy... Co u licha! Ja nie chciałem pani ubliżyć. Widzi pani ten obraz. Potrzebowałem modelu oto do tej figury... Ale skoro to panią tak kosztuje, to inna rzecz, zwłaszcza że pani jest Polką.
Jej łzy poczęły na nowo spływać po policzkach, ale spoglądała na niego z wdzięcznością swymi niebieskimi oczyma, on zaś wyszukał butelkę z winem, nalał do pół szklanki i podając jej rzekł:
-Niech się pani napije. Mam gdzieś i biszkopty, ale licho wie gdzie. Proszę być spokojną.
I to rzekłszy, spojrzał na nią ze współczuciem swymi uczciwymi oczyma, a po chwili rzekł:
-Biedne dziecko!...
Po czym odszedł - i jął znów odsuwać stalugi na dawne miejsce, a jednocześnie mówić:
-Nic dziś z pozowania. Pani jest nadto wzruszoną. Jutro weźmiemy się do roboty od rana, a dziś pogadamy trochę. Kto mógł się domyślić, że Maria Cervi jest Polką! To dziadek pani jest Polak? Tak? Żyje?
-Żyje, ale od dwóch lat nie chodzi.
-Jak się nazywa?
-Orysiewicz - odrzekła wymawiając trochę z cudzoziemska.
-Znam to nazwisko. Dawno z kraju?
-Dziaduś sześćdziesiąt pięć lat nie był w kraju. Przedtem był w wojsku włoskim, a potem w banku w Nizzy.
-W jakim wieku?
-Dziaduś ma blisko dziewięćdziesiąt.
-Ojciec pani nazywał się Cervi?
-Tak. Ojciec pochodził z Nizzy, ale służył także w wojsku włoskim.
-Jak dawno umarł?
-Piąty rok.
-A matka pani żyje?
-Matka żyje. Mieszkamy razem w starej Nizzy.
-To dobrze - rzekł Świrski. -A teraz jeszcze jedno pytanie: czy matka wie, że pani chciała zostać modelką?
Na to dziewczyna odrzekła niepewnym głosem:
-Nie. Mama nie wie. Pani Lageat powiedziała mi, że można w ten sposób zarobić pięć franków dziennie, a że w domu u nas bieda... bardzo wielka... więc... nie miałam innej drogi...
Świrski objął szybko oczyma postać dziewczyny od stóp do głowy i zrozumiał, że słyszy prawdę. O biedzie świadczyło wszystko, począwszy od kapelusza i sukni tak wytartej, a raczej tak zetlałej ze starości, że znać było na niej każdą nitkę, aż do rękawiczek zrudziałych i pocerowanych.
-Niech pani teraz wróci do domu - rzekł - i niech pani powie matce, że jest malarz Świrski, który życzy sobie, by mu pani pozowała do głowy w obrazie. Niech pani doda także, że ten malarz przyjdzie, z polecenia pani Lageat, prosić, by pani przychodziła na pozowanie z matką do jego pracowni, za co ofiaruje dziesięć franków dziennie.
Panna Cervi poczęła dziękować, nie umiejąc znaleźć słów, plącząc się i mieszając, głosem pełnym zarazem łez i radości. On zaś widząc, co się w niej dzieje, rzekł:
-Dobrze! dobrze! Za godzinę będę. Pani wydaje mi się bardzo uczciwą dziewczyną. Niech pani ma do mnie ufność. Ja jestem trochę niedźwiedź, ale niejedno umiem zrozumieć. Poradzimy na wszystko i złe przejdzie. Aha! jedna rzecz! Nie chcę pani dawać pieniędzy zaraz, żeby się pani nie potrzebowała z nich tłumaczyć, ale za godzinę przyniosę, ile będzie trzeba na rachunek. Ze mną także bywało dawniej różnie, więc wiem, co znaczy prędka pomoc. Nie ma pani za co dziękować, to wszystko jedno! Do widzenia, dziecko - za godzinę.
Jakoż wypytawszy jeszcze o adres, sprowadził dziewczynę ze schodów, a po upływie godziny wsiadł do powozu i kazał się wieźć do starej Nizzy. Wszystko, co się zdarzyło, wydało mu się czymś tak szczególnym, że nie umiał myśleć o niczym innym. Czuł przy tym taką radość, jaką czuje każdy porządny człowiek, gdy postąpi tak, jak był powinien, i gdy może stać się dla kogoś opatrznością.
-Jeśli to nie jest uczciwa i dobra dziewczyna - myślał o pannie Cervi - to ja jestem najgłupszym mułem w całej Ligurii.
Ale nie przypuszczał, żeby coś podobnego miało się okazać. Owszem, był pewien, że trafił na bardzo uczciwą duszę kobiecą i zarazem rad był, że ta dusza zamknięta jest w tak młodym i hożym ciele.
Powóz zatrzymał się wreszcie przed starym i odrapanym domem w pobliżu portu. Odźwierna choć pogardliwie wskazała Świrskiemu mieszkanie pani Cervi.
-Bieda naprawdę! - pomyślał malarz idąc po stromych schodach na górę.
Po chwili zapukał we drzwi.
-Proszę! - ozwał się głos ze środka.
Świrski wszedł. Przyjęła go kobieta lat około czterdziestu, czarno ubrana, smagła, smutna, chuda, złamana widocznie życiem, ale nie mająca w sobie nic pospolitego. Obok niej stała panna Maria.
-Wiem wszystko i dziękuję panu z duszy i z serca! - rzekła pani Cervi. -Niech panu Bóg nagrodzi i niech pana błogosławi.
Tak mówiąc, chwyciła jego rękę i pochyliła nisko głowę, jakby chcąc tę rękę ucałować. Lecz on cofnął ją szybko, a następnie, pragnąc rozproszyć jak najprędzej uroczysty nastrój i złamać lody pierwszego poznania, zwrócił się do panny Marii i grożąc jej palcem rzekł ze swobodą dawnego znajomego:
-Aha! to ta osóbka wyplotła!...
Panna Maria uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi trochę smutno, trochę z zakłopotaniem. Wydała mu się śliczną, piękniejszą niż w pracowni. Dostrzegł także, że pod szyję zawiązała jakąś lila wstążczynę, której nie miała poprzednio - ujęło go to jako dowód, że widocznie nie uważają go za starego dziada, skoro się do niego stroją.
Tymczasem pani Cervi rzekła:
-Tak, Marynia powiedziała wszystko. Bóg czuwał nad nią i nad nami, że trafiła na takiego człowieka jak pan.
Na to Świrski rzekł:
-Sama panna Maria mówiła mi o trudnych warunkach, w jakich żyjecie, ale niech mi pani wierzy, że nawet w podobnych warunkach mieć taką córkę - to szczęście.
-Tak - odrzekła spokojnie pani Cervi.
-A tymczasem to ja winienem paniom wdzięczność - bom szukał i szukał na próżno, aż tu nagle spada mi z nieba taka głowa. Teraz już jestem spokojny o mój obraz. Muszę się tylko ubezpieczyć, by mi mój model nie uciekł!
I tak mówiąc wydobył trzysta franków, po czym zmusił panią Cervi do przyjęcia ich zapewniając, że robi na tym ogromnie korzystny interes, bo za obraz weźmie dzięki pannie Marii mnóstwo pieniędzy, a następnie oświadczył, że pragnąłby poznać "dziadusia", albowiem zawsze miał słabość do starych żołnierzy.
Panna Maria usłyszawszy to pobiegła do drugiej izby; po chwili rozległ się turkot krzesła na kółkach - i dziaduś, którego widocznie przybrano jeszcze poprzednio na przyjęcie gościa w mundur i wszystkie ordery zdobyte we Włoszech, wjechał do pokoju.
Świrski ujrzał przed sobą twarz starca, zdrobniałą, pomarszczoną, o białych jak mleko wąsach i włosach, o oczach niebieskich, szeroko otwartych i patrzących trochę tak jak oczy dziecka.
-Dziadziu! - rzekła panna Maria pochylając się w ten sposób, aby staruszek mógł widzieć jej usta, i mówiąc nie głośno, ale wolno i wyraźnie - to pan Świrski, rodak, artysta.
Staruszek zwrócił ku niemu swe niebieskie oczy i począł patrzeć na niego uporczywie, a zarazem mrugać, jakby zbierając przytomność.
-Rodak?... - powtórzył - tak!... rodak!...
Po czym uśmiechnął się, spojrzał na córkę, na wnuczkę, znów na Świrskiego, czas jakiś szukał słów, a wreszcie zapytał starym, drżącym głosem:
-A na wiosnę... co?...
Widocznie została mu jakaś jedna myśl, która przeżyła wszystkie inne, ale której nie umiał już wyrazić... Jakoż po chwili wsparł trzęsącą się głowę o fotel i począł patrzeć w okno, uśmiechając się jednak ciągle do owej myśli i powtarzając:
-Tak! tak!... Będzie!...
-Dziaduś tak zawsze!... - rzekła panna Maria.
Świrski spoglądał na niego czas jakiś ze wzruszeniem, pani Cervi zaś poczęła opowiadać o ojcu i o mężu. Obaj brali udział w wojnach przeciw Austrii o niepodległość Włoch. Czas jakiś mieszkali we Florencji i dopiero po zajęciu Rzymu wrócili do Nizzy, skąd Cervi był rodem. Tu Orysiewicz oddał córkę młodszemu towarzyszowi broni, przy czym obaj dzięki pomocy nicejskich krewnych umieścili się w banku. Wszystkim szło nieźle, ale kilka lat temu Cervi zginął w katastrofie kolejowej. Orysiewicz zaś stracił posadę z powodu starości. Odtąd zaczęła się bieda, jedynym bowiem funduszem, z którego musiało żyć troje osób, było sześćset lirów, które rząd włoski wypłacał staremu żołnierzowi. Było to dość, by nie umrzeć, nie dość, by żyć. Obie kobiety zarabiały trochę szyciem lub nauczaniem, lecz lato, gdy życie obumierało w Nizzy i gdy znikąd nie można było dostać zarobku pochłaniało szczupłe ich zapasy. Od dwóch lat stary żołnierz stracił całkiem władze w nogach, często bywał chory, musiał się leczyć, a przez to było z nim gorzej i gorzej.
Świrski słuchając tego opowiadania uczynił sobie dwie uwagi: najprzód, że pani Cervi gorzej mówi po polsku od córki. Widocznie staruszek za czasów swej wojaczki nie mógł poświęcić się tak kształceniu córki, jak się później poświęcił kształceniu wnuczki. Ale druga uwaga była dla Świrskiego ważniejsza. Oto pomyślał, że ta wnuczka będąc tak śliczną dziewczyną mogłaby, zwłaszcza w Nizzy, na tym brzegu, na którym przewalały się rokrocznie próżniacze miliony, rozrzucać złoto pełnymi garściami, trzymać powozy, służbę i mieć wybijany atłasem buduar. Tymczasem chodziła w wytartej sukni i za całą ozdobę posiadała wyblakłą lila wstążkę. A więc musiała być jakaś siła, która ją od złego ustrzegła. "Na to - rzekł sobie Świrski - potrzeba dwóch rzeczy: wrodzonej czystej natury i uczciwej tradycji. Nie ma wątpliwości, żem trafił na jedno i drugie".
I poczęło mu być między tymi ludźmi dobrze. Zauważył też, że w obu kobietach bieda nie zatarła śladów dobrego wychowania i tej pewnej wykwintności, która bije od wewnątrz i wydaje się czymś wrodzonym. I matka, i córka przyjmowały go jak opatrznościowego gościa, a jednak w ich słowach i obejściu znać było większą radość z poznania zacnego człowieka niż z pomocy, jaką przynosił. Może te trzysta franków, które zostawiał matce, uchroniły całą rodzinę od wielu zmartwień i upokorzeń, a jednak odczuwał, że matka i córka jeszcze bardziej wdzięczne mu są za to, że postąpił w swej pracowni jak człowiek z sercem prawym i tkliwym, które zrozumiało dziewczyny boleść, jej wstyd i jej ofiarę. Największą jednak przyjemność uczyniło mu spostrzeżenie, że w nieśmiałości panny Cervi i w jej wdzięcznych spojrzeniach było takie jakieś zakłopotanie, jakie może odczuwać młoda dziewczyna wobec człowieka, względem którego czuje się całą duszą zobowiązana, a który przy tym, wedle wrażenia Świrskiego: "nie wyszedł jeszcze z obiegu". Miał czterdzieści pięć lat i pomimo młodego serca zaczynał chwilami o sobie wątpić, więc lila wstążka i owo spostrzeżenie sprawiły mu prawdziwą uciechę. W końcu począł rozmawiać z nimi z takim poszanowaniem i czujnością, jak z kobietami z najlepszego towarzystwa i widząc, że je tym ujmuje coraz więcej, sam czuł się zadowolony. Na pożegnanie uścisnął obydwom dłonie, a gdy panna Cervi oddała mu uścisk ze spuszczonymi powiekami, ale z całą siłą swej ciepłej, młodej ręki, wyszedł trochę odurzony i z głową tak pełną ślicznej modelki, że woźnica powozu, do którego wsiadł, musiał mu po dwakroć zadawać pytanie, gdzie go ma odwieźć.
Po drodze myślał nad tym, że jednak nie wypada dorabiać do na wpół odkrytego ciała głowy "panny Marii" i począł w siebie wmawiać, że nawet dla obrazu lepiej będzie, gdy na pierś śpiącej dziewczyny rzuci jaką lekką draperię.
-Wróciwszy sprowadzę pierwszą lepszą modelkę, przykryję ja i zaraz to przerobię tak, aby jutro zastały rzecz gotową - mówił sobie.
Po czym przyszło mu do głowy, że jednak takiej modelki, jak panna Cervi, nie będzie mógł wynająć na stałe, by ją wozić z sobą - i na tę myśl ogarnął go żal.
Ale tymczasem powóz stanął przed pracownią. Świrski zapłacił i wysiadł.
-Depesza dla pana! - rzekł mu w bramie odźwierny.
A malarz zbudził się jak ze snu.
-Aha! - rzekł - dobrze! dawaj!
I wziąwszy depeszę z rąk stróża otworzył ją niecierpliwie.
Ale zaledwie rzucił na nią oczyma, w twarzy odbiło mu się zdumienie i przestrach, telegram bowiem brzmiał jak następuje:
"Kresowicz zastrzelił się przed godziną, przybywaj.

Helena."

[powrót] [rozdz.VII]