Henryk Sienkiewicz

"Na jasnym brzegu"

ROZDZIAŁ III

Nazajutrz jednak zbudził się z ciężką głową jakby po nocy spędzonej na pijaństwie - i zarazem z wielkim niepokojem w sercu. Gdy światło dniem padnie na dekorację teatralną - wówczas to, co wydawało się wieczorem czarodziejstwem - wydaje się bohomazem. W życiu bywa często tak samo. Świrskiego nie spotkało nic niespodzianego. Wiedział, że do tego idzie - i musi dojść, a jednak teraz, gdy klamka zapadła, miał uczucie niepojętego strachu. Pomyślał, że jeszcze wczoraj można się było cofnąć - i objął go żal. Próżno sobie powtarzał, że nie czas na rozumowania. Rozmaite zarzuty, które czynił poprzednio sobie, pani Elzenowej, a przede wszystkim małżeństwu z nią, wracały mu teraz do głowy ze spotęgowaną siłą. Głos, który przedtem szeptał mu ustawicznie w ucho: "nie bądź głupcem!" począł teraz wołać: "jesteś głupcem!" I nie mógł go zgłuszyć ani przez wywody przeciwne, ani przez powtarzanie: "stało się!" - gdyż rozum mówił mu, że stało się głupstwo, którego przyczyna leży w jego słabości.
I na tę myśl ogarniał go wstyd. Bo gdyby był młodym, miałby na wytłumaczenie się młodość; gdyby był tę panią poznał dopiero na Riwierze i nic o niej dotychczas nie słyszał, usprawiedliwiałaby go nieznajomość jej charakteru i przeszłości - ale on ją spotkał już poprzednio. Widywał ją wprawdzie rzadko, ale natomiast nasłuchał się o niej do woli, gdyż w Warszawie mówiono o niej więcej niż o kimkolwiek. Nazywano ją tam "Dziwożoną" - i miejscowi dowcipnisie ostrzyli swój dowcip na niej jak nóż na osełce, co zresztą nie przeszkadzało mężczyznom cisnąć się do jej salonu. Kobiety, lubo mniej jej chętne, przyjmowały ją także ze względu na liczne dalsze i bliższe pokrewieństwa, jakie łączyły ją z miejscowym towarzystwem. Niektóre, takie zwłaszcza, którym zależało na tym, by opinia w ogóle nie była zbyt surową, stawały nawet w obronie pięknej wdowy. Inne, mniej pobłażliwe, nie śmiały jednak zamknąć przed nią drzwi dlatego, że nie chciały czynić tego pierwsze.
Pewien miejscowy komediopisarz usłyszawszy raz kogoś zaliczającego panią Elzen do "półświatka", odpowiedział, że nie jest to "ani cały świat, ani pół świata, ale raczej trzy kwadranse na świat..." Ponieważ jednak w większych miastach wszystko się uciera - więc z wolna utarło się i położenie pani Elzen. Przyjaciółki jej mawiały: "Helence nie można wprawdzie stawiać nadzwyczajnych wymagań, ale ma ona swoje prawdziwe dobre strony." I nieświadomie przyznawano jej prawo do większej swobody niż innym. Czasem ktoś jeszcze wspomniał, że na kilka lat przed śmiercią męża już z nim nie żyła, czasem ktoś mruknął, że wychowuje Romulusa i Remusa na pajaców lub że całkiem o nich nie dba, ale na podobne odgłosy niechęci zwracano by uwagę tylko w takim razie, gdyby pani Elzen była kobietą mniej piękną, mniej zamożną i trzymała dom mniej otwarty. Natomiast mężczyźni nie krępowali się między sobą w rozmowach o "Dziwożonie". Nawet ci, którzy się w niej kochali, obmawiali ją przez zazdrość; milczał zwykle tylko taki, który w danej chwili był szczęśliwszym lub pragnął uchodzić za szczęśliwszego od innych. W ogóle jednak złośliwość posuwała się do tego stopnia, iż mówiono, że pani Helena ma kogo innego na zimowy pobyt w mieście, a kogo innego na sezon letni. I Świrski wiedział o tym wszystkim. Wiedział nawet więcej od innych, gdyż niejaka pani Broniszowa, którą znał swego czasu w Warszawie, bliska przyjaciółka pięknej wdowy, opowiadała mu o jakimś ciężkim wypadku pani Elzenowej zakończonym równie ciężką chorobą: "Co się ta biedna Helenka wówczas nacierpiała, to Bóg jeden wie i może to On w miłosierdziu swoim sprawił, że to przyszło przedwcześnie, by ją od większych cierpień moralnych uchronić!..." Świrski przypuszczał wprawdzie, że ów "przedwczesny wypadek" mógł być zupełnym zmyśleniem, niemniej jednak niepodobna mu było mieć złudzeń co do przeszłości pani Elzenowej , a przynajmniej niepodobna mu było wierzyć, by to była kobieta, której można by bezpiecznie powierzyć swój spokój.
A jednak te wszystkie wiadomości budzące jego ciekawość pociągnęły go właśnie ku niej. Posłyszawszy o jej pobycie w Monte Carlo zapragnął, może w zamiarach nie całkiem uczciwych, zbliżyć się do niej i poznać ją lepiej. Chciał też, jako artysta, zdać sobie sprawę z uroku, jaki ta kobieta powszechnie obmawiana wywierała na mężczyzn.
Lecz z początku doznał tylko rozczarowań. Była piękna i zmysłowo pociągająca, ale zauważył, że brak jej dobroci i przychylności dla ludzi. Człowiek obchodził ją o tyle tylko, o ile stawał z nią w jakimkolwiek stosunku dla niej potrzebnym. Poza tym był istotą tak obojętną jak kamień. Świrski nie zauważył też w niej żadnej czci dla życia duchowego, dla literatury lub sztuki. Brała z nich, co jej było potrzebne, nic im w zamian nie dając. A on, jako artysta i jako człowiek myślący, rozumiał doskonale, że taki stosunek zdradza w gruncie rzeczy naturę, mimo wszelkich wykwintnych pozorów, samolubną, grubą i barbarzyńską. Zresztą kobiety podobne były mu znane od dawna. Wiedział, że imponują one ludziom pewną siłą, jaką daje stanowczość i wielki, bezwzględny egoizm. O tego rodzaju istotach mówiono nieraz przy nim: "zimna, ale rozumna kobieta". On jednakże myślał o nich zawsze w sposób lekceważący i pogardliwy. Były to, wedle jego zdania, okazy pozbawione wyższej duchowej uprawy, a nawet i rozumu, taki bowiem rozum, który ściąga dla siebie wszystko, nie przyznając nikomu nic, mają i zwierzęta. Zarówno w pani Elzen jak w Romulusie i Remusie widział typy, w których kultura zaczyna i kończy się na skórze, zostawiając naprawdę plebejuszowską i nieokrzesaną głąb. Poza tym wszystkim raził go jeszcze i jej kosmopolityzm. Była ona istotnie jak pieniądz tak wytarty, że trudno było poznać, do jakiego kraju należy, Świrskiego zaś przejmowało to niesmakiem nie tylko jako człowieka przeciwnych usposobień, ale i jako człowieka, który znał towarzystwo naprawdę wyższe i który wiedział, że owo towarzystwo w takiej na przykład Anglii, Francji lub Włoszech nie tylko nie zapiera się gleby, z której wyrosło, ale patrzy wprost z pogardą na owe nicejsko-kosmopolityczne chwasty bez korzeni.
Wiadrowski miał słuszność mówiąc, że Romulusa i Remusa chowano na komiwojażerów lub na portierów w wielkich hotelach. Było rzeczą powszechnie wiadomą, że ojciec pani Elzen posiadał już wprawdzie tytuł, ale dziad jej był ekonomem - i Świrskiemu, który miał w wysokim stopniu rozwinięte poczucie komizmu, wydawało się wprost komicznym to, że prawnukowie ekonoma nie tylko nie umieją dobrze po polsku, ale nie wymawiają już litery "r", jak prawdziwi Paryżanie. Razili go też także jako artystę. Chłopcy byli piękni, nawet bardzo piękni - Świrski jednakże odczuwał swym subtelnym zmysłem artystycznym, że w takich dwóch podobnych do siebie ptasich czaszkach i ptasich twarzach piękność nie była czymś odziedziczonym po szeregu pokoleń, ale jakby czymś wypadkowym, jakby jakimś fizjologicznym trafem, wynikłym z ich bliźnięctwa. I próżno sobie mówił, że przecież ich matka była także piękną; zostawało mu zawsze poczucie, że i matce, i synom naprawdę się to nie należało - i że zarówno pod tym, jak i pod majątkowym względem, byli to dorobkiewicze. Dopiero dłuższe przebywanie z nimi osłabiło w nim te wrażenia.
Pani Elzen od początku znajomości poczęła go wyróżniać i pociągać. Był więcej wart od reszty jej znajomych, nosił dobre nazwisko, posiadał znaczny majątek i wielki rozgłos. Brakło mu wprawdzie młodości, ale i pani Elzen miała trzydzieści pięć lat, a przy tym jego herkulesowa postać mogła młodość zastąpić. Ostatecznie wyjść za niego równało się dla kobiety, o której mówiono z lekceważeniem, odzyskaniu czci i stanowiska. Mogła go wprawdzie podejrzywać o inne upodobania i odmienną naturę, ale przy tym posiadał dobroć i - jak każdy artysta - pewien pokład naiwności na dnie duszy; więc pani Elzen liczyła na to, że potrafi go nagiąć do siebie. Wreszcie powodowało nią nie samo tylko wyrachowanie: w miarę jak on dawał się pociągać, pociągał i ją. W końcu poczęła sobie mówić, że go kocha, nawet w to uwierzyła.
Z nim zaś stało się to, co przytrafia się wielu nawet zupełnie inteligentnym ludziom. Oto rozum jego skończył się z chwilą, w której ozwały się zmysły, a raczej gorzej jeszcze: bo poszedł w ich służbę i zamiast je zwalczać, musiał im dostarczać argumentów. W ten sposób ów Świrski, który wszystko wiedział i rozumiał, począł wszystko usprawiedliwiać, wykręcać na korzyść, łagodzić, tłumaczyć. "Prawda - mówił sobie - że ani natura jej, ani dotychczasowe postępowanie nie dają rękojmi, ale kto mi dowiedzie, że nie jest zmęczona tym życiem i że z całej duszy nie tęskni właśnie do innego? W postępowaniu jej jest niewątpliwie dużo kokieterii, ale któż znów zaręczy, czy nie rozwija tej kokieterii dlatego, że pokochała mnie szczerze! Wyobrażać sobie, że człowiek, choćby pełen wad i zboczeń, nie ma żadnych dobrych stron, jest dzieciństwem. Ach! co to za mieszanina - dusza ludzka! I trzeba tylko odpowiednich warunków, by się owe dobre strony mogły rozwinąć, a złe zaniknąć. Pani Elzenowa przeszła już także pierwszą młodość. Jakimże głupstwem byłoby przypuszczać, że żaden głos nie woła i w niej o życie ciche i cne, o spokój, o ukojenie! I z tych powodów może właśnie taka kobieta więcej niż inna będzie cenić uczciwego człowieka, który jej to wszystko zapewnia." Ta ostatnia zwłaszcza uwaga wydała mu się nadzwyczaj trafną i głęboką. Poprzednio zdrowy rozsądek mówił mu, że pani Elzenowa chce go złapać, on zaś odpowiadał mu teraz: "To masz słuszność, albowiem o każdej, najidealniejszej kobiecie, która pragnie połączyć się z kochanym człowiekiem, można powiedzieć, że go chce złapać!" Uspokajała go także co do przyszłości nadzieja dzieci. Myślał, że wówczas będzie miał co kochać, ona zaś musi zerwać ze światowym, czczym życiem, bo nie będzie miała na nie czasu - nim zaś dzieci podrosną, młodość jej przejdzie całkiem, a wówczas dom będzie ją bardziej nęcił od świata. Mówił sobie na koniec: "Jakoś to będzie! życie musi się jakoś ułożyć - nim zaś przyjdzie starość, pożyję kilka lat z kobietą piękną i zajmującą, przy której każdy powszedni dzień wyda mi się świętem."
I te "kilka lat" stanowiły w gruncie rzeczy główną dla niego przynętę. Było wprawdzie coś upokarzającego dla pani Elzenowej w tym, iż on nie obawiał się żadnych nadzwyczajnych wypadków dlatego tylko, że jej młodość, a zatem ich możność, miała wkrótce minąć. Ale on nie przyznawał się sam przed sobą, że właśnie ta myśl jest podstawą jego otuchy - i oszukiwał się w dalszym ciągu, jak czynią zawsze ludzie, w których rozum stał się stręczycielem zmysłów.
Teraz jednak, po wypadkach wczorajszego wieczora, obudził się z ogromnym niepokojem i zniechęceniem. Nie mógł się oprzeć rozmyślaniu o dwóch rzeczach: najprzód, że gdyby mu ktoś powiedział miesiąc temu, że oświadczy się o panią Elzenową, to by go uważał za głupca; po wtóre, że ów urok stosunku z nią, który leżał w niepewności, we wzajemnym odgadywaniu spojrzeń i myśli, w nie domówionych słowach, w zawieszonych wyznaniach i we wzajemnym przyciąganiu się, był większy niż ten, który wypłynął ze zmiany obecnej. Milej było Świrskiemu przygotowywać narzeczeństwo, niż zostać narzeczonym - obecnie zaś myślał, iż jeśli o tyle właśnie mniej będzie miło mu zostać mężem niż narzeczonym, to niech licho porwie taki los. Chwilami poczucie, że jest już związanym, że nie ma przed nim wyjścia - i że do swej łodzi życiowej musi, czy chce, czy nie chce, zabrać panią Elzenową wraz z Romulusem i Remusem, wydawała mu się wprost nieznośną. Wówczas nie chcąc, jako człowiek lojalny, kląć pani Elzen, klął Romulusa i Remusa, ich "grassejowanie" - ich ptasie, ciasne głowy i ptasie czaszki.
"Miałem swoje troski, ale ostatecznie byłem swobodny jak ptak i mogłem cała duszę kłaść w obrazy - mówił sobie - a teraz diabeł wie, jak będzie!" I tu kłopoty malarskie, jakich w tej chwili doświadczał, zepsuły mu do reszty humor, jakkolwiek skierowały od razu jego myśl w inną stronę. Pani Elzenowa i cała sprawa małżeńska poczęła się odsuwać na drugi plan, a na pierwszy występował jego obraz: "Sen i śmierć", nad którym pracował od kilku miesięcy i do którego przywiązywał ogromną wagę, albowiem miał on być protestem przeciw ogólnie przyjętemu pojęciu śmierci. Nieraz w rozmowach ze znajomymi sobie malarzami Świrski oburzał się na chrześcijaństwo, które do życia i do sztuki wprowadziło jako wyobrażenie śmierci - kościotrup. Świrskiemu wydawało się to najwyższą dla niej krzywdą. Grecy wyobrażali sobie Thanatosa jako skrzydlatego geniusza i tak było słusznie. Co może być szpetniejszego i bardziej przerażającego jak kościotrup? Jeśli kto, to chrześcijanie, którzy w śmierci widzą wrota do nowego życia, nie powinni jej byli tak malować. Według Świrskiego pojęcie to zrodziło się z posępnego ducha germańskiego, tego samego, który stworzył gotyk - uroczysty i wspaniały - ale tak ponury, jakby kościół był przejściem nie do blasków nieba, ale do podziemnych i beznadziejnych otchłani. Świrski dziwił się zawsze, że renesans nie zreformował symbolu śmierci. Wszakże gdyby ona nie była wiecznym milczeniem, gdyby chciała się skarżyć, to mogłaby rzec: "Czemu ludzie wyobrażają mnie pod postacią kościotrupa! przecie kościotrup jest to właśnie to, czego ja nie chcę i zostawiam!" Jakoż w obrazie Świrskiego geniusz snu oddawał cicho i łagodnie ciało dziewczyny geniuszowi śmierci, który pochylając się nad nią, gasił zarazem lekko płomyk lampki, palącej się około jej głowy. Świrski malując powtarzał sobie: "Trzeba, żeby człowiek, który na to spojrzy, powiedział sobie przede wszystkim: Ach, jakie to ogromnie ciche!" - i chciał, żeby owo milczenie szło na widza od linii, od postaci, od wyrazu, od koloru. Myślał też, że jeśli potrafi wydobyć ten nastrój i jeśli obraz będzie się sam przez się tłumaczył, to stanie się dziełem niepowszednim i nowym. Chodziło mu też jeszcze i o coś innego. Idąc za ogólnym prądem czasu zgadzał się i on na to, że malarstwo powinno unikać idei literackich, rozumiał jednak, że jest ogromna różnica między wyrzeczeniem się idei literackich, a tak bezmyślnym odbijaniem świata zewnętrznego, jak odbija go klisza fotograficzna. Kształt, kolor, plama - i więcej nic! - jak gdyby obowiązkiem malarza było zabić w sobie istotę myślącą! I przypomniał sobie, że ilekroć zdarzyło mu się widzieć obrazy na. Anglików, tylekroć uderzał go przede wszystkim wysoki poziom umysłowy tych artystów. Znać było z ich płócien, że są to mistrze wysokiej duchowej kultury, psychicznie bardzo wyrobieni, myślący głęboko, często nawet uczeni. W Polakach natomiast widział zawsze coś wprost przeciwnego. Z wyjątkiem kilku lub w najlepszym razie kilkunastu - ogół się składał z ludzi zdolnych, ale bezmyślnych, nadzwyczaj mało rozwiniętych i pozbawionych wszelkiego wykształcenia. Ci żyli zwietrzałymi już nieco okruszynami doktryn spadających z francuskiego stołu, nie przypuszczając ani na chwilę, by można było coś samodzielnego o sztuce pomyśleć, a tym bardziej samodzielnie, po polsku ją tworzyć. Dla Świrskiego było też jasnym, że doktryna polecająca bezmyślność musiała im przypaść do serca. Nosić miano artysty, a móc przy tym zostać duchowym parobkiem, było przecież rzeczą wygodną. Czytać, wiedzieć, myśleć - na licha taki trud!
Lecz Świrski mniemał, że jeśli nawet krajobraz jest tylko stanem duszy, to trzeba, by ta dusza była zdolną nie tylko do maćkowych stanów, ale subtelną, wrażliwą, wyrobioną i rozwiniętą. Kłócił się o to z kolegami i rozprawiał z nimi zapalczywie: "Ja nie wymagam od was - wołał - żebyście malowali tak dobrze, jak Francuzi, Anglicy lub Hiszpanie - ja wymagam od was, żebyście malowali lepiej! przede wszystkim zaś po swojemu! A kto do tego nie dąży, niech zostanie kotlarzem!" Dowodził zaś, że czy obraz przedstawia stóg siana, czy kury grzebiące na podwórzu, czy kartoflane pole, czy konie na paszy, czy kąt śpiącej wody w stawie, zawsze rzeczą ponad wszystko będzie w nim dusza. Wpuszczał też tyle własnej duszy w swoje portrety, ile mógł - a prócz tego "wypowiadał się" w innych obrazach, z których ostatnim miał być: Hypnos i Thanatos.
Dwaj geniusze byli już prawie skończeni, lecz z głową dziewczyny nie szło. Świrski rozumiał, że musi być nie tylko piękna, ale bardzo indywidualna. Tymczasem przychodziły modelki ładne wprawdzie, ale nie dość osobiste. Madame Lageat, u której Świrski wynajmował pracownię i która była dawną jego znajomą, obiecała mu wprawdzie szukać, ale szło to powoli. Jakaś nowa modelka miała przyjść właśnie dziś rano i nie przyszła, chociaż było już po jedenastej.
Wszystko to, wzięte razem z wczorajszymi oświadczynami, sprawiło, że Świrski zaczął wątpić nie tylko o swym spokoju, ale o swej przyszłości artystycznej w ogóle i o swym obrazie w szczególności. Hypnos wydawał mu się w tej chwili jakiś ciężki, Thanatos jakiś głupowaty. Wreszcie powiedział sobie, że skoro nie może się wziąć do roboty, to lepiej jest wyjść na brzeg, gdzie widok wody i słońca może rozjaśni mu myśli i duszę.
Lecz w chwili właśnie, gdy miał wychodzić, w przedpokoju ozwał się dzwonek, a następnie w pracowni pojawiły się dwa tartany szkockie, dwie grzywki i dwie ptasie głowy Romulusa i Remusa, za którymi szedł bledszy i posępniejszy niż kiedykolwiek Kresowicz.
-Dzień dobhy panu! Dzień dobhy panu! - wołali dwaj chłopcy. -Maman przysyła panu te róże i prosi pana na śniadanie.
Tak mówiąc i potrząsając pękami herbacianych i mszystych róż, wręczyli je Świrskiemu, a następnie poczęli biegać i rozglądać się po pracowni. Dziwiły ich i zastanawiały zwłaszcza szkice przedstawiające nagie ciała, albowiem zatrzymali się przed nimi i trącali się łokciami:
-Triens!
-Regarde!
Lecz Świrski, którego to gniewało, spojrzał na zegarek i rzekł:
-Jeśli chcemy zdążyć na śniadanie, to trzeba zaraz jechać.
Po czym wziął kapelusz i wyszli. W pobliżu pracowni nie było dorożek, więc szli piechotą. Po drodze malarz, idąc w drugą parę z Kresowiczem, zapytał:
-Cóż pańscy uczniowie?
Kresowicz zwrócił ku niemu swą nienawistną, szyderczą twarz i odrzekł:
-Moi uczniowie? A nic. Zdrowi jak ryby i dobrze im w szkockim ubraniu. Będzie z nich pociecha - tylko nie dla mnie.
-Dlaczego?
-Dlatego, że ja od jutra odchodzę.
-Jak to? - rzekł z pewnym zdziwieniem Świrski - nic nie wiedziałem! nikt mi o tym nie mówił. To szkoda!
-Dla nich żadna szkoda - odpowiedział Kresowicz.
-Chyba z tej przyczyny, że jej nie są w stanie jeszcze zrozumieć.
-Oni nigdy nie będą w stanie jej rozumieć... Ni dziś, ni kiedykolwiek w życiu! nigdy!
-Mam nadzieję, że się pan mylisz - odrzekł sucho Świrski - a w każdym razie przykro mi to słyszeć.
Lecz student mówił dalej, jakby sam do siebie:
-Owszem! Szkoda, ale szkoda czasu. Co im po mnie albo mnie po nich? To nawet lepiej, że będą tacy, jak będą. Kto chce siać żyto, musi trawę zaorać, a zaorać ją tym łatwiej, im nędzniejsza. Dużo by o tym mówić, a to także nie warto, zwłaszcza nie warto dla mnie. Mikroby i tak człowieka stoczą.
-Panu suchoty nigdy nie groziły. Pani Elzenowa, zanim prosiła pana o lekcje, pytała o pańskie zdrowie doktora - i temu nie powinieneś się pan dziwić, bo jej chodziło o dzieci. Ale doktór zaręczył jej, że nie ma żadnego niebezpieczeństwa.
-Pewno, że nie ma. Ja zresztą wynalazłem na mikroby niezawodny sposób.
-Jakiż to sposób?
-Będzie ogłoszony w gazetach. Takich wynalazków nie ukrywa się pod korcem.
Świrski spojrzał na Kresowicza, jakby chcąc się przekonać, czy nie mówi w gorączce, ale tymczasem doszli do kolejowego dworca, na którym roiło się od ludzi.
Goście nicejscy wyjeżdżali jak zwykle rano do Monte Carlo. W chwili gdy Świrski kupował bilet, Wiadrowski spostrzegł go i zbliżył się ku niemu.
-Dzień dobry! - rzekł. -Do Monte?
-Tak jest. masz pan już bilet?
-Mam miesięczny. Będzie nam ciasno w pociągu.
-Pojedziemy w korytarzu wagonowym.
-To prawdziwy exodus? co? A każdy wiezie swój grosz wdowi. Dzień dobry, panie Kresowicz! Cóż pan mówi o tutejszym życiu? Zrób pan jaką uwagę ze stanowiska swego stronnictwa.
Kresowicz począł mrugać oczyma, jakby nie mogąc zrozumieć, czego od niego chcą, po czym odrzekł:
-Ja się zapisuję do stronnictwa milczących.
-Wiem, wiem... Tęgie stronnictwo: albo milczy, albo wybucha...
I począł się śmiać.
Tymczasem jednak zadzwoniono na odjazd i trzeba się było śpieszyć. Z peronu dochodziły wołania: "En voiture; en voiture!" Po chwili Świrski, Kresowicz, Wiadrowski i dwaj chłopcy znaleźli się w korytarzyku wagonu.
-Z moją scjatyką to przyjemna rzecz! - rzekł Wiadrowski. -Patrz pan, co się dzieje! o miejscu nie ma co i myśleć. Czysta wędrówka narodów!
Jakoż nie tylko przedziały, ale i korytarz zatłoczony był ludźmi wszelkiej narodowości. Jechali Polacy, Rosjanie, Anglicy, Francuzi, Niemcy - wszystko na podbój banku, który codziennie odpierał i łamał te tłumy, jak skała wysunięta z wybrzeża łamie falę morską. Do okien cisnęły się kobiety, od których bił zapach irysu i heliotropu. Słońce rozświecało sztuczne kwiaty na kapeluszach, aksamity, koronki, sztuczne lub prawdziwe klejnoty w uszach, dżety mieniące się jak pancerze na podanych naprzód, wydętych z gumy piersiach, uczernione brwi, twarze pokryte pudrem lub różem i podniecone nadzieją zabawy i gry. Najwprawniejsze oko nie mogło odróżnić gamratek udających kobiety ze świata od kobiet ze świata udających gamratki. Mężczyźni z pęczkami fiołków w klapach surdutów obrzucali ten tłum kobiet wzrokiem pytającym i bezczelnym, opatrując suknie, twarze, ramiona i biodra z taką chłodną dokładnością, z jaką na przykład ogląda się wystawione na sprzedaż przedmioty. Był w tym ścisku jakiś bezład targowiska, a zarazem jakiś pośpiech. Chwilami pociąg wpadał w ciemność tunelów, to znów w szybach rozbłyskiwało słońce, niebo, morze, gaje palmowe, oliwniki, wille, białe zagaje migdałów, a w chwilę później znów ogarniała go noc. Stacja migała za stacją. Nowe gromady ciał cisnęły się do wagonów, strojne, wykwintne, dążące jakby na wielkie i wesołe święto.
-Jaki to wierny obraz życia... na złamanie karku! - rzekł Wiadrowski.
-Co jest tym wiernym obrazem?
-Ten pociąg. Mógłbym nad tym filozofować aż do śniadania, ale ponieważ wolę filozofować po śniadaniu, więc może pan zechce zjeść je razem ze mną.
-Nie - rzekł Świrski - wybacz pan: proszony jestem przez panią Elzenową.
-W takim razie - cofam się!
I począł się uśmiechać. Przypuszczenie, żeby Świrski miał się ożenić z panią Elzenową, nie przyszło mu ani na chwilę do głowy. Był owszem pewien, że malarzowi chodziło o to samo, co i innym, ale będąc wielbicielem artystów w ogóle, a Świrskiego w szczególności, odczuwał zadowolenie, że Świrski zwycięża współzawodników.
-Ja przedstawiam majątek - myślał sobie - Porzecki tytuł, młodszy Kładzki młodość, a Sinten świat modnych durniów. Wszystko to, zwłaszcza tu, posiada niemałą wartość, a jednakże "Dziwożona" wybrała jego. Ostatecznie to kobieta ze smakiem.
I patrząc na malarza począł mruczeć:
-"Io triumphe, tu moraris aureos currus..."
-Co pan powiada? - spytał Świrski, który nie dosłyszał z powodu huku pociągu.
-Nic. To jakaś czkawka z "Horacjusza". Powiadam, że skoro pan mi odmawia, więc wyprawię śniadanie pocieszenia sobie, de Sintenowi, Porzeckiemu i Kładzkim.
-Proszę pana, po czym to chcecie się pocieszać? - zapytał Świrski przysuwając się nagle i patrząc mu w oczy niemal z pogróżką.
-Po stracie pańskiego towarzystwa - odpowiedział z zimną krwią Wiadrowski. -A kochany pan co przypuszczał?
Świrski zaciął usta i nie odpowiedział. Pomyślał natomiast, że na złodzieju czapka gore i że gdyby się żenił z jakąś zwyczajną dziewczyną w kraju, to ani do głowy nie przyszłoby mu przypuszczenie, że ktoś mówiąc złośliwie i z przekąsem ją może mieć na myśli.
Ale tymczasem przyjechali. Pani Elzenowa wyświeżona, młoda i ładna czekała ich na stacji. Przyszła witać dopiero przed chwilą, albowiem oddychała śpiesznie i twarz miała zarumienioną tak, że można to było wziąć za wzruszenie. Toteż gdy na powitanie podała Świrskiemu obie ręce, Wiadrowski pomyślał:
-Tak! ten pobił nas wszystkich o siedm długości. Ona wygląda naprawdę zakochana.
I spojrzał na nią prawie przychylnie. W białej flanelowej sukni z marynarskim kołnierzem, z rozpromienionymi oczyma wydała mu się, mimo lekkich śladów pudru na twarzy, tak młoda i urocza jak nigdy. Przez chwilę uczyniło mu się żal, że to nie on był tym szczęśliwcem, którego przyszła powitać - i pomyślał, że metoda, za pomocą której starał się o jej względy, polegająca na mówieniu jej złośliwości, była głupia. Ale pocieszył się myślą o tym, jak będzie drwił z Sintena i innych "zdystansowanych".
Po przywitaniu Świrski dziękował jej za róże, ona zaś słuchała z pewnym zakłopotaniem spoglądając chwilami na Wiadrowskiego i jakby wstydząc się, że jest świadkiem owych podziękowań.
On też zrozumiał, że najlepiej zrobi, gdy sobie pójdzie. Jednakże wjechali jeszcze razem liftem na górę, na której leży dom gry wraz z ogrodami. Po drodze pani Elzenowa odzyskała zupełną swobodę.
-Na śniadanie! zaraz na śniadanie! - wołała wesoło - apetyt mam jak wieloryb!
Wiadrowski mruknął pod nosem, że chciałby być bogdaj Jonaszem, ale nie wypowiedział tego głośno pomyślawszy, że jeśli Świrski porwie go za kołnierz i wyrzuci z liftu, jak na to koncept zasługiwał, to spadać będzie nader wysoko.
W ogrodzie pożegnał ich też zaraz i odszedł; ale obejrzawszy się ujrzał, jak pani Elzenowa wsparta na ramieniu Świrskiego szeptała mu coś do ucha.
-Umawiają się o deser po śniadaniu! - pomyślał.
Ale mylił się, ona bowiem zwracając swą wdzięczną głowę do malarza, szeptała:
-Czy Wiadrowski już wie?
-Nie - odpowiedział Świrski - spotkałem go dopiero w pociągu.
To rzekłszy odczuł pewien niepokój na myśl, że pani Elzenowa o zaręczynach mówi już jak o rzeczy spełnionej i że trzeba będzie powiedzieć o nich wszystkim, ale jednocześnie bliskość pani Elzenowej, jej piękność i urok poczęły na niego działać tak, że rozchmurzył się i nabrał otuchy.
Śniadanie odbyło się wprawdzie razem z Romulusem, Remusem i Kresowiczem, który przez cały czas nie odezwał się ani jednym słowem. Natomiast po kawie czarnej pani Elzenowa pozwoliła chłopcom pójść pod dozorem młodego człowieka w stronę Rocca Brune, sama zaś zapytała Świrskiego:
-Czy pan woli przejść się czy przejechać?
On wolałby był najlepiej pójść do niej i tam odbyć chociaż "pół drogi do raju" - i doznać "choćby pół zbawienia" - ale pomyślał, że jeśli ona sobie tego nie życzy, to właśnie jest dowodem, jak dalece poważnie i szlachetnie patrzy na ich stosunek - i w duchu rzekł sobie, że powinien jej być za to wdzięczny.
-Jeżeli pani nie zmęczona, to wolę się przejść - odpowiedział.
-Dobrze. Wcale nie jestem zmęczona. Ale gdzie pójdziemy? Czy chce pan popatrzeć na strzelanie do gołębi?
-Z chęcią, tylko że tam nie będziemy sami. Sinten i młody Kładzki zapewne wprawiają się po śniadaniu.
-Tak, ale na pewno nie będą nam przeszkadzali. Oni, gdy chodzi o gołębie, stają się głusi i ślepi na wszystko, co się około nich dzieje... Zresztą, niech mnie widzą z moim wielkim człowiekiem!
I przechyliwszy głowę spojrzała mu z uśmiechem w oczy:
-Chyba, że wielki człowiek sobie tego nie życzy?...
-Owszem, niech nas widzą! - odpowiedział Świrski podnosząc jej rękę do ust.
-Więc pójdźmy aż na dół - ja dosyć lubię na to patrzeć.
-Dobrze.
I po chwili znaleźli się na wielkich schodach prowadzących do strzelnicy.
-Jak tu jasno, jak dobrze i jaka ja szczęśliwa! - rzekła pani Elzenowa.
Po czym, choć w pobliżu ich nie było nikogo, spytała, szepcząc:
-A pan?
-Moje światło jest przy mnie! - odrzekł przyciskając do piersi jej ramię.
I poczęli schodzić. Dzień był istotnie jaśniejszy niż zwykle, powietrze złote i błękitne, morze w oddali wyglądało jak granatowe.
-Najprzód zatrzymajmy się tu - rzekła pani Elzenowa. -Klatki można stąd widzieć doskonale.
Jakoż pod ich stopami rozciągało się zielone, pokryte murawą półkole, zachodzące głęboko w morze. W półkolu ustawione były w łuku na ziemi klatki z gołębiami. Co chwila któraś z nich rozpadała się nagle, spłoszony ptak zrywał się do lotu, po czym rozlegał się strzał - i gołąb spadał na majdan albo też w morze, gdzie na fali chwiały się łódki z czekającymi na łup rybakami.
Czasem zdarzyło się jednak, że strzał chybiał - wówczas gołąb leciał ku morzu, a następnie zatoczywszy koło wracał szukać schronienia w gzymsach domu gry.
-Stąd nie widzimy strzelców i nie wiemy, kto strzela - rzekła rozweselona pani Elzenowa - więc sobie powróżmy: jeśli pierwszy gołąb padnie, to zostaniemy w Monte Carlo, jeśli poleci, to pojedziemy do Włoch.
-Dobrze - rzekł Świrski - patrzmy! Oto już!
Istotnie klatka rozpadła się w tej chwili, gołąb jednak, jakby odurzony, pozostał na miejscu. Spłoszono go puściwszy po murawie drewnianą kulę, a potem huknął wystrzał. Ale ptak nie spadł od razu: najprzód wzbił się wysoko w powietrze, następnie poszybował wprost na morze, zniżając się stopniowo nad tonią jak gdyby raniony, a w końcu znikł zupełnie w blasku słonecznym.
-Może spadł, może nie spadł! Przyszłość jest niepewna! - rzekł śmiejąc się Świrski.
Lecz pani Elzenowa wysunęła usta jak zagniewane dziecko:
-To ten nieznośny Sinten - rzekła. -Założę się, że to on! Zejdźmy.
I schodzili coraz niżej ku strzelnicy, wśród kaktusów, wśród przypołudników i porozpinanego na murach koziego ziela. Pani Elzenowa zatrzymywała się jednak za każdym odgłosem wystrzału, przy czym w swej białej sukni na ogromnych schodach i na tle zieleni wyglądała jak posąg.
-Jednakże żadna tkanina nie układa się w tak pyszne fałdy jak flanela - zauważył Świrski.
-Ach! ci artyści! - odrzekła młoda kobieta.
I w głosie jej było nieco ironii, albowiem czuła się trochę dotknięta tym, że Świrski w tej chwili myślał nie o niej, ale o fałdach, w jakie układają się rozmaite gatunki tkanin.
-Pójdźmy!
W kilka minut później znaleźli się pod dachem strzelnicy. Ze znajomych był tam tylko Sinten, strzelający o zakład z pewnym hrabią węgierskim, obaj ubrani w rude angielskie kostiumy, w takież czapki, zsunięte od przodu na daszki, i w kraciaste pończochy, obaj ogromnie dystyngowani, obaj z twarzami durniów. Ale zgodnie z przewidywaniem pani Elzenowej, Sinten tak był zajęty strzelaniem, że nie od razu ich spostrzegł i dopiero po chwili zbliżył się do nich z przywitaniem.
-Jakże idzie? - spytała pani.
-Biję! Wielkiej puli także jestem prawie pewien.
Tu zwrócił się do Świrskiego.
-A pan nie strzela?
-Owszem, ale nie dziś.
-Ja zaś - odrzekł Sinten, spoglądając znacząco na panią Elzenową - jestem dziś: hereux au jeu!
Po czym zawołano go do strzału.
-Chciał powiedzieć, że jest nieszczęśliwy w miłości - rzekł Świrski.
-Imbécile! Czyż mogło być inaczej?
Ale mimo tych słów przygany, z twarzy pięknej pani znać było, iż nie gniewa się o to, że wobec Świrskiego dano jej świadectwo, jak dalece jest uroczą i przez wszystkich pożądaną.
Tego zaś dnia nie miało to być świadectwo ostatnie.
-Chciałem zapytać panią o coś - rzekł po chwili milczenia Świrski - ale podczas śniadania, przy dzieciach i Kresowiczu, nie mogłem. Kresowicz powiedział mi w drodze, że odchodzi, a przynajmniej, że ostatni dzień jest nauczycielem chłopców. Czy to prawda i dlaczego?
-Prawda - odrzekła pani Elzenowa. -Najprzód nie jestem pewna jego zdrowia. Przed kilku dniami zmusiłam go, żeby poszedł do doktora. Wprawdzie doktór powtórzył znowu, że mu suchoty nie grożą - inaczej nie trzymałabym go ani godziny, ale bądź co bądź, wygląda co dzień gorzej... jest dziwaczny, rozdrażniony, często nieznośny... I to jest pierwszy powód. A po wtóre, pan zna jego przekonania?... Romulusa i Remusa się to nie czepi - wiem. Chłopcy chowani są tak, że podobne zasady nie mogą ich się czepić. Ale nie życzę sobie, żeby już w dziecinnych latach wiedzieli, że takie rzeczy istnieją, żeby się spotykali z taką egzaltacją, a zarazem z taką niechęcią do tej sfery, do której należą... Pan sobie życzył, by rozmawiali z kimkolwiek we własnym języku, więc dla mnie było to dosyć... To dla mnie jakby rozkaz... Taka oto jestem i taką będę... Przy tym i sama rozumiem, że wypada, aby trochę znali swój język... Teraz ludzie bardzo na to patrzą - i przyznaję, że mają słuszność. Ale Kresowicz nawet w tym kierunku jest zbyt egzaltowany...
-Szkoda mi go! On ma pewne zmarszczki w kątach oczu oznaczające fanatyzm. To ciekawa twarz, a w gruncie rzeczy człowiek ciekawy.
-Już znów przez pana mówi malarz - rzekła śmiejąc się pani Elzenowa.
Lecz po chwili spoważniała, a nawet na twarzy jej pojawiło się zakłopotanie.
-Mam jeszcze jeden powód - rzekła. -Trudno mi o tym mówić, ale jednak powiem, bo z kimże mam być szczerą, jeśli nie z moim... wielkim człowiekiem... takim kochanym i poczciwym, który wszystko potrafi wyrozumieć... Oto spostrzegłam, że Kresowicz stracił głowę i zakochał się we mnie bez pamięci, a w tych warunkach nie może pozostawać blisko...
-Jak to? i ten także? - zawołał Świrski.
-Tak jest! - odrzekła ze spuszczonymi oczyma.
I usiłowała udać, że wyznanie to sprawia jej przykrość - a jednak, równie jak przed chwilą po słowach Sintena, przez usta jej przeleciał uśmiech zadowolonej miłości własnej i kobiecej próżności. Świrski dostrzegł go - i przykre, gniewne uczucie ścisnęło mu serce.
-Uległem więc epidemii - rzekł.
Ona zaś popatrzyła chwilę na niego i spytała cicho:
-Czy to powiedział zazdrośnik, czy niewdzięcznik?
Ale malarz odpowiedział wymijająco:
-Pani ma słuszność... Jeśli tak, to Kresowicz powinien odejść...
-Dziś też porachuję się z nim i będzie koniec.
Po czym umilkli; słychać było tylko strzały de Sintena i Węgra.
Świrski jednakże nie mógł jej darować tego uśmiechu, który schwycił w przelocie. Mówił sobie wprawdzie, że pani Elzenowa postąpiła z Kresowiczem tak, jak była powinna, i że nie ma o co się drażnić - a jednakże w duszy odczuwał rozdrażnienie coraz większe. Niegdyś, na początku jeszcze znajomości z panią Elzenową, widział ją raz jadącą na rowerze: ona jechała kilka kroków naprzód, za nią zaś podążał Sinten, młody Kładzki, Porzecki, Wilkesbey i Waxford. Na Świrskim grupa ta uczyniła wówczas fatalne wrażenie jakiegoś zwierzęcego pościgu samców za samicą. Obecnie obraz ów stanął mu jak żywy w pamięci i wrażliwa , artystyczna jego natura poczęła cierpieć naprawdę. "Ostatecznie to tak jest - mówił sobie: za nią biegną wszyscy i gdybym ja przewrócił się o jaką przeszkodę, to by jej dobiegł następny!..."
Lecz dalsze rozmyślania przerwała mu pani Elzenowa, której poczęło być w cieniu chłodno i która oświadczyła, iż pragnie rozgrzać się nieco na słońcu.
-Pójdźmy do mieszkania i niech pani weźmie okrycie - rzekł wstając Świrski.
Po czym ruszyli z powrotem na górny taras, ale w połowie schodów ona zatrzymała się nagle:
-Pan ze mnie nie kontent - rzekła. -Co ja zawiniłam i czy nie postąpiłam jak trzeba?
Na to Świrski, który uspokoił się nieco przez drogę i którego ujął jej niepokój, odrzekł:
-Niech pani wybaczy staremu dziwakowi; to ja panią przepraszam.
Pani Elzenowa chciała koniecznie dowiedzieć się, co go zasępiło, lecz żadnym sposobem nie mogła wydobyć z niego odpowiedzi. Wówczas na wpół żartobliwie, na wpół ze smutkiem poczęła wyrzekać na artystów. Co za nieznośni i dziwni ludzie, których lada co zraża, byle co zaboli i którzy zamykają się zaraz w sobie, a potem uciekają do swych samotnych pracowni. Dziś oto trzy razy zauważyła, jak w nim odnalazł się malarz... To źle... Toteż za karę niechże ten niegodziwy malarz zostanie na obiad, aż do wieczora.
Świrski jednak oświadczył, że musi wracać; po czym zwierzył jej swoje troski artystyczne, kłopot z odnalezieniem modela do "Snu i śmierci", a wreszcie nadzieję, jakie do tego obrazu przywiązywał.
-Widzę ze wszystkiego - odpowiedziała uśmiechając się młoda wdowa - że zawsze będę miała jedną straszną rywalkę, to jest sztukę.
-To nie rywalka - odpowiedział Świrski - to bóstwo, któremu pani będzie służyć wraz ze mną.
Na to regularne brwi pięknej pani zmarszczyły się lekko na jedno mgnienie oka, ale tymczasem doszli do hotelu. Tego dnia Świrski zrobił dwie trzecie drogi do raju - a następnie wyjechał z dreszczem rozkoszy w kościach, ale zarazem z przekonaniem, że wrota otworzy mu dopiero małżeństwo.
I ochłódłszy w wagonie był pani Elzenowej wdzięczny za to przekonanie.

[powrót] [rozdz.IV]