Henryk Sienkiewicz

"Na jasnym brzegu"

ROZDZIAŁ II

Goście, zaproszeni przez panią Elzen, zebrali się w Hôtel de Paris o godzinie siódmej wieczorem. Dano im osobną salę wraz z mniejszym przyległym salonikiem, w którym, po obiedzie miała być podana kawa. Pani zapowiadała wprawdzie obiad "bez ceremonii" - mężczyźni jednak wiedząc, co o tym myśleć, przybyli we frakach i białych krawatach, ona zaś sama wystąpiła w bladoróżowej wyciętej sukni z jedną wielką fałdą, idącą z tyłu od wierzchu stanika aż do dołu. Wyglądała świeżo i młodo. Twarz bowiem miała drobną, a głowę małą, czym głównie na początku bliższej znajomości zachwyciła Świrskiego. Obfite jej ramiona miały w tych zwłaszcza miejscach, gdzie ciało wychylało się z sukni, ton i przezroczystość muszli perłowej, ręce natomiast od ramion do łokci były lekko czerwone i jakby spierzchnięte. Ale potęgowało to tylko wrażenie ich nagości. W ogóle biła od niej wesołość, dobry humor i ten jakowyś blask, które mają w sobie kobiety w chwilach, gdy czują się szczęśliwe.
Z zaproszonych prócz Świrskiego i de Sintena przybył stary radca Kładzki, z synowcem Zygmuntem, młodym szlachcicem niezbyt obytym, ale zuchwałym, któremu oczy świeciły aż zbyt wyraźnie do pani Elzen i który tego nie umiał ukryć; dalej książę Walery Porzecki, człowiek czterdziestoletni, łysy, z wielką twarzą i śpiczastą czaszką Azteka; pan Wiadrowski, bogaty i złośliwy, posiadacz kopalni nafty w Galicji, a zarazem miłośnik sztuki i artysta dyletant, a wreszcie Kresowicz, student i czasowy nauczyciel Romulusa i Remusa, którego pani Elzen prosiła także, albowiem Świrski lubił jego fanatyczną twarz.
Młodej gospodyni chodziło zawsze, a tym bardziej teraz, o to, by mieć u siebie salon, jak się wyrażała "intelektualny". Nie mogła jednakże z początku odwrócić rozmowy od miejscowych plotek i wypadków z domu gry, który Wiadrowski nazywał "słowiańszczyzną" utrzymując, że więcej się tam słyszy słowiańskich języków niż każdych innych. Życie schodziło w ogóle Wiadrowskiemu w Monte Carlo na przedrwiwaniu własnych rodaków i innej młodszej braci słowiańskiej. Był to jego konik, na którego rad siadał i galopował bez wytchnienia. Zaraz więc począł opowiadać, jak parę dni temu w Cercle de la Méditerranée o godzinie szóstej rano zostało przy grze tylko siedm osób, a wszystkie pochodzenia słowiańskiego.
-Z tym się już rodzimy - rzekł zwracając się do gospodyni. -Gdzie indziej, widzi pani, ludzie rachują w ten sposób: dziewięć, dziesięć, jedenaście, dwanaście etc., ale każdy prawdziwy Słowianin powie mimo woli: dziewięć, dziesięć, walet, dama, król... Tak!... Na Korniszę przyjeżdża śmietanka naszego towarzystwa, a tu wyciskają z niej ser.
Na to książę Walery ze śpiczastą czaszką wygłosił tonem człowieka, który odkrywa nieznane prawdy, że wszelka namiętność, która przebiera miarę, jest zgubną, ale że do Cercle de la Méditerranée należy wielu dystyngowanych cudzoziemców, z którymi warto i pożytecznie jest zabrać znajomość. Wszędzie można służyć krajowi. On to spotkał tam przed trzema dniami Anglika, przyjaciela Chamberlaina, który to Anglik wypytywał go o nasze krajowe stosunki, on zaś opisał mu na bilecie wizytowym stan ekonomiczny i polityczny, położenie w ogóle, a w szczególności aspiracje społeczne. Bilet ten dojdzie niewątpliwie do rąk, jeśli nie Chamberlaina, którego tu nie ma, to Salisburego, co będzie jeszcze lepiej. Prawdopodobnie też spotkają się z Salisburym na balu, który ma wydać admirał francuski - i podczas którego cały Formidable ma być oświecony à giorno elektrycznością.
Kresowicz, który był nie tylko suchotnikiem, ale i człowiekiem z innego obozu i nienawidził tego towarzystwa, w którym jako guwerner Romulusa i Remusa musiał się obracać, usłyszawszy o bilecie wizytowym począł parskać ironicznie i zarazem zjadliwie jak hiena, pani Elzen zaś chcąc odwrócić od niego uwagę rzekła:
-Tu jednak ludzie cudów dokazują: ja słyszałam, że cała droga od Nizzy aż do Marsylii ma być oświecona elektrycznością.
-Robił taki plan inżynier Ducloz - rzekł Świrski - ale umarł przed paru miesiącami. Był to zapalony elektryk, że podobno przykazał w testamencie, by jego grób oświecony był elektrycznością.
-To - rzekł Wiadrowski - powinien mieć na grobie napis: "Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość elektryczna niechaj mu świeci na wieki wieków, amen!"
Lecz stary radca Kładzki napadł na niego, że żartuje z rzeczy poważnych, które się do konceptów nie nadają, po czym począł napadać na całą Riwierę. Wszystko to tylko pozór i blaga, począwszy od ludzi a skończywszy na rzeczach. Wszędzie niby "markizy, komty i wikomty", a tyko pilnuj, żeby ci który chustki do nosa nie wyciągnął. Co do wygód, to samo. W jego kancelarii w Wieprzkowiskach zmieściłoby się pięć takich ciup jak ta, którą mu dali w hotelu. Wysłali go doktorzy do Nizzy na świeże powietrze, a Promenade des Anglais cuchnie jak krakowskie podwórko. Dalibóg, cuchnie! Siostrzeniec jego Zygmunt może zaświadczyć.
Ale Zygmuntowi oczy wyłaziły z głowy do ramion pani Elzen i nie słyszał, co się mówi.
-Przenieś się radca do Bordighiery - rzekł Świrski - brud włoski jest przynajmniej artystyczny, a francuski - plugawy.
-A pan jednak mieszka w Nizzy?
-Bo po tamtej stronie Ventimilii nie znalazłbym pracowni. Zresztą ja, jeśli się przeniosę, to raczej w stronę przeciwną - do Antibes.
To powiedziawszy spojrzał na panią Elzenową, która uśmiechnęła się kącikami ust i spuściła oczy.
Po chwili zaś, pragnąc widocznie naprowadzić rozmowę na tory artystyczne, poczęła mówić o wystawie u Rumpelmayera i o nowych obrazach, które oglądała dwa dni temu, a które towarzyszący jej francuski dziennikarz Krauss nazwał impresjonistyczno-dekadenckimi. Na to Wiadrowski podniósł widelec do góry i zapytał tonem Pyrrona:
-Co są w ogóle dekadenci?
-Pod pewnym względem - odpowiedział Świrski - są to ludzie, którzy wolą od sztuki samej rozmaite sosy, z którymi sztuka bywa przyprawiana.
Książę Porzecki czuł się jednak dotknięty tym, co stary Kładzki mówił o "markizach, komtach i wikomtach". Nawet szubrawcy, którzy tu przyjeżdżają, należą do wyższego gatunku szubrawców i nie zadawalniają się wyciąganiem chustki do nosa. Tu spotyka się korsarzy w wielkim stylu. Ale obok nich przejeżdża wszystko, co w świecie jest najwykwintniejsze lub najbogatsze, że zaś wysokie finanse spotykają się tu na równej stopie z wysokim urodzeniem - to właśnie dobrze, bo niech się świat poleruje! Pan Kładzki powinien był przeczytać taką Idylle Tragique a wówczas przekonałby się, że obok ludzi podejrzanych spotyka się tu i najwyższe "sfery społeczne" - "takie właśnie, jakie spotkamy na Formidablu, który przy tej sposobności ma być oświecony à giorno elektrycznością".
Porzecki zapomniał widocznie, że wiadomość o oświeceniu Formidabla podał już poprzednio do publicznej wiadomości. Jakoż tym razem nie stała się już ona osią rozmowy, a natomiast poczęto mówić o Idylle Tragique. Młody Kładzki mówiąc o bohaterze tej powieści zauważył, iż "takiemu było dobrze" - ale za to był głupi wyrzekając się kobiety dla przyjaciela i że on, Kładzki, nie zrobiłby tego dla dziesięciu przyjaciół, a nawet dla rodzonego brata, "bo to swoją drogą, a to swoją!" Lecz Wiadrowski odebrał mu głos, albowiem powieści francuskie, w których się zaczytywał, był to drugi jego konik, na którym uprawiał szkołę wyższej jazdy po autorach i ich utworach.
-Co mnie do ostatniej pasji doprowadza - rzekł - to ta sprzedaż farbowanych lisów za prawdziwe. Jeśli ci panowie są realistami, to niech piszą prawdę. Czyście państwo zauważyli ich bohaterki? Oto zaczyna się tragedia: dobrze! Taka dama walczy ze sobą, "demenuje" się najokropniej przez pół tomu, a ja, dalibóg, od pierwszej stronicy wiem, co się stanie i jak się skończy. Jakie to nudne i ile razy się to już powtarzało! Ja się na lafiryndy zgadzam i na ich prawo do literatury także, tylko niech mi nie sprzedają lafiryndy za tragiczną kapłankę. Co mi za tragedia, skoro wiem, że taka rozdarta dusza miała przed tragedią kochanków i będzie ich miała po tragedii... Będzie się znów "demenowała" jak poprzednio i wszystko skończy się znów tak samo. Co to za fałsz, co za zatrata zmysłu moralnego, zmysłu prawdy i co za zawracanie głów! I pomyśleć, że się to u nas czyta, że ten towar przyjmuje się jako dobry, te farsy buduarowe jako dramat - i że bierze się to poważnie! W ten sposób zaciera się różnica między poczciwą kobietą a gamratką i wyrabia się prawo towarzyskiego obywatelstwa kukułkom, które nie mają własnych gniazd. Potem taka pozłota francuska przychodzi na nasze lale i te dopiero sobie pozwalają pod egidą podobnych autorów! Ni zasad, ni charakterów, ni poczucia obowiązku, ni zmysłu moralnego - nic, tylko fałszywe aspiracje i fałszywa poza na psychologiczną zagadkowość.
Wiadrowski nadto był inteligentny, by nie miał zrozumieć, że mówiąc w ten sposób, rzuca poniekąd kamieniem w panią Elzenową, ale był to człowiek na wskroś złośliwy, mówił więc tak umyślnie. Pani Elzenowa słuchała też słów jego z tym większym niezadowoleniem, im więcej było w nich prawdy. Świrskiego paliła ochota odpowiedzieć szorstko, rozumiał jednak, że nie wypada brać rzeczy tak, jakby słowa Wiadrowskiego mogły mieć jakieś przystosowanie, wolał więc poruszyć rzecz z innej strony.
-Mnie uderzało zawsze we francuskich powieściach co innego - rzekł - a mianowicie, że to jest świat bezpłodnych kobiet. Gdzie indziej, gdy się dwoje ludzi kocha w sposób prawy - następstwem związku bywa dziecko, tu zaś nikt nie ma dzieci. Jakie to dziwne! Bo tym panom, którzy piszą powieści, zdaje się, że nie przychodzi nawet na myśl, że miłość może nie pozostać bezkarną.
-Jakie społeczeństwo, taka literatura - odrzekł stary Kładzki. -Wiadomo przecież, że ludność we Francji zmniejsza się. W wyższych sferach dziecko - to osobliwość!
-Mais c'est plus commode et plus élégant - wtrącił Sinten.
Lecz Kresowicz, który parskał już poprzednio, rzekł teraz:
-Literatura sytych próżniaków, która musi zginąć wraz z nimi.
-Jak pan powiada? - spytał Sinten.
Student zwrócił ku niemu swą zawziętą twarz:
-Powiadam: literatura sytych próżniaków!
A Porzecki znów odkrył Amerykę:
-Każdy stan ma swoje obowiązki i swoje przyjemności - rzekł. -Ja mam dwie namiętności: politykę i fotografię.
Lecz obiad zbliżał się ku końcowi - i w kwadrans później wszyscy przeszli do przyległego saloniku na kawę. Pani Elzenowa zapaliła cieniuchnego papierosa i wsparłszy się wygodnie o poręcz fotelu, założyła nóżkę na nóżkę. Zdawało się jej, że pewne zaniedbanie powinno podobać się Świrskiemu jako artyście i trochę cyganowi. Że jednak była stosunkowo niskiego wzrostu i nieco szeroka w biodrach, przeto przy skrzyżowaniu nóg suknia jej podnosiła się zbyt wysoko. Młody Kładzki upuścił zaraz zapałkę i począł szukać jej na ziemi tak długo, że radca stryj trącił go nieznacznie w bok i szepnął z gniewem:
-Jak ci się zdaje? gdzie ty jesteś?
A młody szlachcic wyprostował się i odszepnął:
-Właśnie, że nie wiem.
Pani Elzenowa wiedziała z doświadczenia, że mężczyźni nawet dobrze wychowani, gdy tylko choć trochę mogą sobie pozwolić, stają się grubianami, zwłaszcza wobec kobiet bez opieki. Teraz nie zauważyła wprawdzie ruchu młodszego Kładzkiego, ale spostrzegłszy jego niedbały i niemal cyniczny uśmiech, z jakim odpowiadał stryjowi - była pewną, że mówi o niej. I w sercu uczuła wzgardę dla całego tego towarzystwa z wyjątkiem Świrskiego i Kresowicza, którego podejrzewała, że przy całej swej nienawiści socjalnej do kobiet jej sfery kocha się w niej. Ale niemal do ataku nerwowego doprowadził ją tego wieczora Wiadrowski, zdawało się bowiem, iż uwziął się, by za to, co zjadł i wypił, zatruć jej każdą łyżeczkę kawy i każdą chwilę. Mówił ogólnie i niby przedmiotowo o kobietach, nie przekraczając granic przyzwoitości, a jednak na dnie jego słów był nie tylko cynizm, ale i pełno aluzji do charakteru pani Elzen i jej położenia towarzyskiego, wprost obraźliwych i niezmiernie dla niej przykrych, zwłaszcza wobec Świrskiego, który i cierpiał, i niecierpliwił się jednocześnie.
Toteż kamień spadł jej z serca, gdy goście na koniec rozeszli się i gdy został sam malarz.
-Aa!! - zawołała oddychając głęboko - mam początki migreny i sama nie wiem, co się ze mną dzieje!
-Zmęczyli panią?
-Tak, tak - i więcej niż zmęczyli!...
-Dlaczego pani ich zaprasza?
Ona zaś, jakby nie panując dłużej nad nerwami, zbliżyła się gorączkowo ku niemu:
-Niech pan siada i niech pan się nie rusza! Nie wiem... może zgubię się w oczach pańskich, ale ja potrzebuję tego, jak lekarstwa... O tak!... Chwilę tak zostać przy uczciwym człowieku... Ot tak!...
To rzekłszy siadła koło niego i wsparłszy głowę na jego ramieniu, przymknęła oczy...
-Chwilę tak!... chwilę!
I nagle powieki jej zrosiły się obficie, lecz poczęła przykładać raz po raz palce do ust, na znak Świrskiemu, by nic nie mówił i jej pozwolił pozostać w milczeniu.
On zaś wzruszył się, gdyż zawsze na widok łez kobiecych miękł jak wosk. Ufność, jaką mu okazała, ujęła go i napełniła mu serce tkliwym uczuciem. Zrozumiał też, że chwila stanowcza nadeszła, więc otoczywszy ją ramieniem rzekł:
-Zostań pani przy mnie na zawsze, daj mi do siebie prawo.
Pani Elzenowa nie odpowiedziała, tylko z oczu płynęły jej ciągle łzy duże a ciche.
-Bądź moją - powtórzył Świrski.
Wówczas zarzuciła mu rękę na drugie ramię i przygarnęła się do niego, jak dziecko przygarnia się do matki.
A Świrski pochylił się i ucałował jej czoło, po czym zaczął wycałowywać łzy z oczu - i stopniowo ogarniał go płomień: po chwili chwycił ją w swoje ramiona atlety, przycisnął z całych sił do piersi i jął szukać ustami jej ust.
Ale ona poczęła się bronić:
-Nie! nie! - mówiła zdyszanym głosem... - Tyś nie taki, jak inni... Później! nie! nie!... Zmiłuj się!
Świrski trzymał ją w objęciach, przechyloną w tył; w tej chwili był on właśnie taki, jak inni - na szczęście jednak dla pani Elzenowej zaraz po jej słowach dało się słyszeć lekkie pukanie do drzwi.
Wówczas rozskoczyli się w dwie strony.
-Kto tam? - spytała pani Elzenowa z akcentem niecierpliwości.
We drzwiach ukazała się posępna głowa Kresowicza.
-Przepraszam - rzekł przerywanym głosem - Romulus kaszle i może gorączkuje... Myślałem, że trzeba pani dać znać.
Świrski podniósł oczy:
-Czy nie pójść po lekarza?
Lecz pani Elzen odzyskała już zwykłą zimną krew.
-Dziękuję panu - rzekła - jeśli trzeba, poślemy z hotelu, ale pierwej muszę dziecko zobaczyć... Dziękują! a tymczasem muszę odejść - więc do jutra!... Dziękuję!
Pani Elzenowa zostawszy sam na sam z Kresowiczem spojrzała na niego badawczo:
-Co jest Romulusowi?
On zaś zrobił się jeszcze bledszy, niż był zwykle, i odrzekł prawie szorstko:
-Nic.
-Co to znaczy? - spytała marszcząc brwi.
-To znaczy, że... niech mnie pani wypędzi, bo - oszaleję.
I zawróciwszy na miejscu - wyszedł. Pani Elzen stała przez chwilę z połyskami gniewu w oczach i namarszczoną brwią, ale stopniowo czoło jej poczęło się wygładzać. Miała istotnie trzydzieści pięć lat, a oto był nowy dowód, że urokowi jej nikt nie mógł dotychczas się oprzeć.
Po chwili zbliżyła się do zwierciadła, jakby szukając w nim potwierdzenia tej myśli.
Świrski zaś wracał w pustym wagonie do Nizzy, podnosząc ustawicznie do twarzy ręce, które pachniały heliotropem. Czuł się niespokojny, ale przy tym szczęśliwy - i krew biła mu do głowy, gdy nozdrzami wciągał zapach ulubionej perfumy pani Elzen.

[powrót] [rozdz.III]