Henryk Sienkiewicz

"Na jasnym brzegu"

ROZDZIAŁ I

Malarz siedział w otwartym powozie obok pani Elzenowej, mając naprzeciw dwóch jej bliźniaków, Romulusa i Remusa, i częścią rozmawiał, częścią rozmyślał o położeniu, które wymagało prędkiego rozwiązania, częścią patrzył na morze. Patrzeć było na co. Jechali od strony Nizzy ku Monte Carlo tak zwaną starą Korniszą, to jest drogą ciągnącą się wzdłuż wiszarów, wysoko nad morzem. Z lewej strony zasłaniały im widok urwiska spiętrzone, szare z odcieniem różanym, perłowym - i całkiem nagie, z prawej natomiast błękitniała toń Śródziemnego Morza, która zdawała się leżeć ogromnie nisko, czyniąc przez to wrażenie zarazem przepaści i nieskończoności. Z wyniesienia, na którym byli, małe statki rybackie wyglądały jak białe plamki, tak że nieraz trudno było odróżnić daleki żagiel od krążącej nad roztoczą mewy.
Pani Elzenowa oparła się ramieniem o ramię Świrskiego z twarzą kobiety upojonej, która nie zdaje sobie sprawy z tego, co czyni, i poczęła wodzić rozmarzonymi oczyma po morskim zwierciadle.
A Świrski odczuł dotknięcie, dreszcz rozkoszy przeszedł go od stóp do głów - pomyślał, że gdyby w tej chwili nie było przed nim Romulusa i Remusa, to może by otoczył ramieniem młodą kobietę i przycisnął ją do piersi.
Ale zarazem zdjął go pewien strach na myśl, że wówczas wahania musiałyby się skończyć i położenie byłoby rozwiązane.
Tymczasem pani Elzen rzekła:
-Zatrzymaj pan powóz.
Świrski zatrzymał powóz i przez chwilę pozostali w milczeniu.
-Jak tu cicho po gwarze w Monte Carlo! - ozwała się znów młoda wdowa.
-Słyszę tylko muzykę - odrzekł malarz - może grają na pancernikach w Ville Franche.
Istotnie z dołu dochodziły od czasu do czasu przytłumione tony muzyki, niesione przez ten sam powiew, który przynosił zapach pomarańczowego kwiatu i heliotropów. W dole widać było dachy rozrzuconych na pobrzeżu willi, ukrytych w gąszczu eukaliptów, a obok nich rozległe plamy białe utworzone przez kwitnące migdały i plamy różowe utworzone z kwiecia brzoskwini. Jeszcze niżej widniała modra, zalana słońcem zatoka Ville Franche z rojem wielkich statków.
Życie wrzące na dole stanowiło też dziwne przeciwieństwo z głuchą martwotą gór pustych i bezpłodnych, nad którymi rozciągało się niebo bez chmur, tak przezrocze, że aż szkliste i obojętne. Tu nikło i malało wszystko wśród spokojnych ogromów i ten powóz z gromadką ludzi zdawał się być jakimś żukiem przylepionym do skał, który wpełznął zuchwale aż na te wyżyny.
-Tu kończy się całkiem życie - rzekł Świrski spoglądając na nagość skał.
Na to pani Elzen oparła się jeszcze silniej na jego ramieniu i odpowiedziała rozwlekłym, sennym głosem:
-A mnie się zdaje, że tu się zaczyna.
Świrski zaś odrzekł po chwili z pewnym wzruszeniem:
-Może pani ma słuszność.
I spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Pani Elzen podniosła również na niego oczy, ale wnet pokryła je powiekami, jakby zmieszana - i pomimo że na przedniej ławce powozu siedziało dwóch jej chłopców, wyglądała w tej chwili jak młoda dziewczyna, której źrenice nie mogą znieść pierwszego blasku miłości. Po czym umilkli oboje; z dołu tylko dolatywały rozwiane dźwięki muzyki.
Tymczasem z dala na morzu, przy samym wejściu do zatoki ukazał się pióropusz dymu i wnet uroczysty, pełen ciszy nastrój został zamącony przez Remusa, który zerwawszy się z siedzenia, zawołał:
-Triens! le Fomidable!
Pani Elzen rzuciła niechętne spojrzenie na młodszego ze swych bliźniaków. Żal jej było tej chwili, w której każde następne słowo mogło stanowczo zaważyć w jej losach.
-Remus - rzekła - veux-tu te taire?
-Mais maman c'ets Fohmidable!
-Co za nieznośny chłopak!
-Pouhquoi?
-On jest duheń, ale tym razem ma słuszność - ozwał się nagle Romulus - wczoraj byliśmy w Ville Franche (tu zwrócił się do Świrskiego). Pan nas widział jechać na bicyklach - i powiedziano nam, że cała eskadra już jest, z wyjątkiem Formidabla, który ma jutro nadejść.
Na to Remus odrzekł z silnym akcentem na każdej ostatniej zgłosce:
-Tyś sam duheń!
I poczęli się wzajem kuksać łokciami. Pani Elzen wiedząc z doświadczenia, jaki niesmak budzi w Świrskim sposób, w jaki ci chłopcy mówią i w jaki w ogóle zostali wychowani, kazała im być cicho, po czym rzekła:
-Zapowiedziałam i wam, i panu Kresowiczowi, żebyście nie mówili inaczej z sobą, jak tylko po polsku.
Kresowicz był to student z Zurychu, z początkiem choroby piersiowej, którego pani Elzen odnalazła na Riwierze i zgodziła jako guwernera do dzieci po poznaniu Świrskiego, a zwłaszcza po głośnym oświadczeniu złośliwego i bogatego pana Wiadrowskiego, że poważne domy nie chowają już dzieci na komiwojażerów.
Tymczasem jednak Bogu ducha winny Formidable popsuł nastrój wrażliwemu malarzowi. Po chwili powóz zgrzytając po kamieniach ruszył dalej.
-To pan wstawiał się za nimi, żeby ich zabrać - ozwała się słodkim głosem pani Elzen - pan dla nich zbyt dobry. Ale tu trzeba kiedy przyjechać w nocy, przy księżycu. Czy chce pan dziś?
-Chcę zawsze - odpowiedział Świrski - ale dziś nie ma księżyca i obiad pani skończy się zapewne późno.
-Prawda - rzekła pani Elzenowa - ale nich mi pan da znać, jak będzie pełnia. Szkoda, że nie prosiłam pana samego na ten obiad... Przy pełni księżyca musi być tu ślicznie, choć na tych wysokościach dostaję zawsze bicia serca. Żeby pan mógł wiedzieć, jak mi w tej chwili bije i bije... ale niech pan zobaczy puls: widać nawet przez rękawiczkę.
To rzekłszy odwróciła dłoń, opiętą tak ciasno w duńską rękawiczkę, że niemal zwiniętą w trąbkę, i wyciągnęła ją ku Świrskiemu. On wziął ją w obie ręce i począł patrzeć:
-Nie - rzekł - nie widać dobrze, ale można będzie usłyszeć.
I pochyliwszy głowę przyłożył ucho do guzików rękawiczki, na chwilę przycisnął ją silnie do twarzy, po czym musnął nieznacznie ustami i rzekł:
-Jak za moich dziecinnych lat udało mi się czasem złapać ptaka, to w nim tak samo serce biło: zupełnie jak w złapanym ptaku.
A ona uśmiechnęła się prawie smutno i powtórzyła:
-...Jak w złapanym ptaku...
Po chwili jednak zapytała:
-A co pan robił ze złapanymi ptakami?
-Przywiązywałem się do nich ogromnie. Ale one zawsze odlatywały...
-Niepoczciwe ptaki...
Malarz zaś mówił dalej z pewnym wzruszeniem:
-I tak się jakoś życie składało, żem próżno szukał takiego, który by chciał zostać przy mnie; aż wreszcie straciłem i nadzieję.
-Nie! niech pan ufa - odpowiedziała pani Elzenowa.
Na to Świrski pomyślał sobie, że skoro się rzecz zaczęła od tak dawna, to należy ją skończyć, a potem będzie, co Bóg da. Miał w tej chwili wrażenie człowieka, który zatyka sobie palcami oczy i uszy, aby skoczyć do wody, ale zarazem czuł, że tak trzeba i że nie czas na namysł.
-Może dla pani będzie lepiej przejść się trochę - rzekł. -Powóz pójdzie za nami, a oprócz tego będziemy mogli mówić swobodniej.
-Dobrze - odrzekła zrezygnowanym głosem pani Elzen.
Świrski trącił laską woźnicę, powóz stanął i wysiedli. Romulus i Remus pobiegłszy zaraz naprzód zatrzymali się dopiero o kilkadziesiąt kroków na przedzie, aby spoglądać z góry na domy w Eze i staczać kamienie ku rosnącym w dole oliwkom. Świrski i pani Elzenowa zostali sami, lecz widocznie ciążyła nad nimi i tego dnia jakaś fatalność, zanim bowiem mogli skorzystać z chwili, ujrzeli, jak przy Romulusie i Remusie zatrzymał się nadjeżdżający od strony Monaco jeździec, za którym widać było ubranego po angielsku grooma.
-To de Sinten - rzekła z niecierpliwością pani Elzenowa.
-Tak, poznaję go.
Jakoż po chwili spostrzegli przed sobą końską głowę, a nad nią końską twarz młodego de Sintena. Ów zawahał się, czy nie skłonić się i nie przejechać, ale pomyślawszy widocznie, że gdyby chcieli być sami, to nie braliby z sobą chłopców, zeskoczył z konia i skinąwszy na grooma począł się witać.
-Dzień dobry - odpowiedziała nieco sucho pani Elzen - czy to pańska godzina?
-Tak. Z rana strzelam z Wilkisbeyem do gołębi, więc nie mogę jeździć, by sobie nie rozbijać pulsów. Mam już siedm gołębi więcej od niego. Czy państwo wiedzą, że Formidable dziś przyjeżdża do Ville Franche i że pojutrze admirał daje bal na pokładzie?
-Widzieliśmy, jak wjeżdżał.
-Ja właśnie jechałem do Ville Franche, żeby się zobaczyć z jednym z moich znajomych oficerów, ale to już za późno. Jeśli pani pozwoli, to wrócę razem do Monte Carlo.
Pani Elzen skinęła głową i poszli razem. Sinten, będąc z zawodu koniarzem, począł zaraz mówić o swoim "hunterze", na którym przyjechał.
-Kupiłem go od Waxdorfa - mówił. -Waxdorf zgrał się w trente et quarante i potrzebował pieniędzy. Trzymał na inverse i trafił na serię z sześciu, ale potem karta się zmieniła. (Tu zwrócił się do konia). Czysta irlandzka krew i szyję daję, że lepszego huntera nie ma na całej Korniszy, tylko do wsiadania trudny.
-Narowny? - spytał Świrski.
-Gdy się raz na nim siedzi - jak dziecko. Do mnie się już przyzwyczaił, ale pan byś na przykład na niego nie siadł.
Na to Świrski, który w rzeczach sportu był próżny aż do dzieciństwa, odrzekł zaraz:
-A to jakim sposobem?
-Nie próbuj pan, a przynajmniej nie tu, nad przepaścią - zawołała pani Elzen.
Ale Świrski trzymał już rękę na karku końskim i w mgnieniu oka później siedział na siodle, bez najmniejszego oporu ze strony konia, który może nie był wcale narowny, a może też rozumiał, że na zrębie skalistym, nad przepaścią, lepiej jest nie pozwalać sobie na wybryki.
Jeździec i koń zniknęli następnie w krótkim galopie na zakręcie drogi.
-On nieźle siedzi - rzekł de Sinten - ale podbije mi szkapę. Tu właściwie nie ma nigdzie dróg do końskiej jazdy.
-Pański koń okazał się zupełnie spokojny - rzekła pani Elzenowa.
-Z czego bardzo się cieszę, bo tu o wypadek łatwo - i trochę się bałem.
Na twarzy jego odbiło się jednak pewne zakłopotanie, najprzód dlatego, że to, co opowiadał o oporności konia przy wsiadaniu, wyglądało jak kłamstwo, a po wtóre dlatego, że między nim a Świrskim była ukryta niechęć. De Sinten nie miał wprawdzie nigdy poważnych zamiarów względem pani Elzen, ale wolałby był, żeby mu nikt nie przeszkadzał i w takich, jakie miał. Prócz tego przed kilku tygodniami przemówił się ze Świrskim dość żywo. Sinten, który był arystokratą nieprzejednanym, oświadczył był raz na obiedzie u pani Elzen, że według niego, człowiek zaczyna się od barona. Na to Świrski w chwili złego humoru zapytał: "w którą stronę?" Młody człowiek wziął tę odpowiedź tak do serca, że począł naradzać się z panem Wiadrowskim i radcą Kładzkim, jak ma postąpić - i wówczas z prawdziwym zdumieniem dowiedział się od nich, że Świrski ma mitrę w herbie. Wiadomość o niezwykłej sile fizycznej Świrskiego i biegłości jego w strzelaniu wpłynęła również uspokajająco na nerwy barona, dość że przemówienie się nie miało następstw, zostawiło tylko pewną niechęć w obydwóch sercach. Zresztą od czasy, gdy pani Elzen zdawała się przechylać stanowczo na stronę Świrskiego, niechęć owa stała się zupełnie platoniczną.
Malarz odczuwał ją jednak silniej. Nikt wprawdzie nie przypuszczał, by sprawa mogła skończyć się małżeństwem, ale między znajomymi poczęto już mówić o jego sentymencie dla pani Elzenowej, on zaś podejrzewał, że Sinten i jego kompania podrwiwają z niego. Ci wprawdzie nie zdradzili się z tym nigdy najmniejszym słowem, w Świrskim jednak tkwiło przekonanie, że tak jest i bolało go to, głównie ze względu na panią Elzenową.
Rad też był teraz, że dzięki pokojowemu usposobieniu konia Sinten wyszedł na człowieka, który bez powodu nawet opowiada rzeczy nieprawdziwe, więc wróciwszy rzekł:
-Dobry koń i właśnie dlatego dobry, że spokojny jak owca.
Po czym zsiadł i szli razem dalej we troje, a nawet w pięcioro, bo Romulus i Remus trzymali się teraz blisko. Pani Elzen na złość Sintenowi, a może w chęci pozbycia się go, poczęła mówić o obrazach i w ogóle o sztuce, o której młody sportsmen nie miał najmniejszego pojęcia. Ale on począł trzęść plotki z domu gry, przy czym winszował młodej pani wczorajszej weny, czego słuchała z przymusem, wstydząc się przed Świrskim, że brała udział w grze. Zakłopotanie jej powiększyło się jeszcze, gdy Romulus rzekł:
-Maman, a nam mówiłaś, że nigdy nie grywasz! Daj nam za to po ludwiku, dobrze?
Ona zaś odrzekła, jakby nie mówiąc do nikogo z osobna:
-Szukałam radcy Kładzkiego, by go zaprosić na dziś na obiad, po czym bawiliśmy się trochę.
-Daj nam po ludwiku! - powtórzył Romulus.
-Albo kup nam małą ruletkę - dodał Remus.
-Nie nudźcie mnie i siadajmy do powozu. Do widzenia, panie Sinten.
-O siódmej?
-O siódmej.
Po czym rozstali się i po chwili Świrski znalazł się znów koło pięknej wdowy, lecz tym razem zajęli przednie siedzenie, chcąc patrzeć na zachodzące słońce.
-Mówią, że Monte Carlo lepiej nawet osłonięte niż Mentona - rzekła wdowa - ale, ach! jak ono mnie czasem męczy! Ten ciągły gwar, ten ruch, te znajomości, które trzeba robić chcąc nie chcąc. Czasem mam ochotę uciec stamtąd i resztę zimy spędzić gdzieś w jakimś cichym kącie, gdzie bym mogła widywać tylko tych ludzi, których chcę widywać. Która z miejscowości najlepiej się panu podoba?
-Lubię bardzo St. Raphael: pinie schodzą tam aż do morza.
-Tak, ale to daleko od Nizzy - odrzekła cichym głosem - a w Nizzy pan ma pracownię.
Nastała chwila milczenia, po czym pani Elzenowa znów zapytała:
-A Antibes?
-Prawda! zapomniałem o Antibes.
-I to tak blisko Nizzy. Po obiedzie niech pan zostanie dłużej, pogadamy, dokąd by od ludzi uciec.
A on spojrzał jej w głąb oczu i zapytał:
-Czy pani naprawdę chciałaby uciec od ludzi?
-Mówmy otwarcie - odpowiedziała - w pytaniu pana odczuwam wątpliwość. Pan mnie podejrzywa, że mówię dlatego, by się przedstawić panu lepszą albo przynajmniej mniej powierzchowną, niż jestem... I ma pan prawo tak myśleć widząc mnie ciągle w wirze światowym. Ale ja na to odpowiem, że nieraz człowiek idzie pędem nabytym dlatego tylko, że raz popchnięto go w pewnym kierunku... i znosi wbrew woli następstwa poprzedniego życia. Może, co do mnie, jest w tym słabość kobiety, która bez cudzej pomocy nie umie się zdobyć na energię - przyznaję... ale nie przeszkadza to tęsknić bardzo szczerze za jakimś cichym kątem i za życiem spokojniejszym. Niech co chcą mówią, ale my jesteśmy jak pnące się rośliny, które jeśli nie mogą piąć się ku górze, to pełzają po ziemi... I dlatego często ludzie mylą się myśląc, że pełzamy dobrowolnie. Przez to pełzanie rozumiem tylko życie czcze... światowe, bez żadnej wyższej myśli. Ale jak ja, na przykład, mogę się temu obronić!... Prosi ktoś znajomego, by mi go przedstawił, a potem składa wizytę - a potem drugą, trzecią i dziesiątą... Cóż mam na to poradzić? nie prosić go? Dlaczego?... Owszem! proszę, choćby dlatego, że im więcej mam u siebie ludzi, tym bardziej wzajem się zobojętniają i tym bardziej nikt nie może zająć wyłącznego stanowiska.
-W tym pani ma słuszność - rzekł Świrski.
-A widzi pan. Ale też w ten sposób tworzy się ten prąd światowego życia, z którego wyrwać się o własnej mocy nie mogę, a które często tak mnie nuży i nudzi, że mi się chce płakać ze zmęczenia.
-Wierzę pani.
-Pan powinien mi wierzyć, ale niech pan wierzy też i w to, że jestem lepsza i mniej pusta, niż się wydaje. Gdy pana opadną wątpliwości, albo gdy ludzie będą o mnie źle mówili, niech pan pomyśli sobie tak: przecie i ona musi mieć jakieś dobre strony. Jeśli pan tak nie pomyśli, to będę bardzo nieszczęśliwa.
-Daję pani słowo, że ja zawsze wolę o pani myśleć jak najlepiej.
-I tak trzeba - odrzekła miękkim głosem - bo choćby też wszystko, co jest we mnie dobre, było jeszcze bardziej zagłuszone, przy panu odżyłoby na nowo... To tak zależy od tego, z kim się człowiek zbliży... Chciałabym coś powiedzieć, ale boję się...
-Niech pani powie...
-Ale nie posądzi mnie pan o egzaltację ani o nic gorszego?... Nie, ja nie jestem egzaltowaną; mówię jak kobieta trzeźwa, która stwierdza tylko to, co jest rzeczywiście i trochę się dziwi. Otóż przy panu odnajduję swoją dawną duszę, taką spokojną i pogodną, jak miałam wówczas, gdy byłam dziewczyną... A przecie ze mnie babina... mam trzydzieści pięć lat...
Świrski spojrzał na nią z twarzą jasną i niemal rozkochaną, po czym podniósł z wolna do ust jej rękę i rzekł:
-Ach! Przy mnie pani naprawdę jest jeszcze dzieckiem; ja mam czterdzieści ośm - i oto mój obraz!...
To rzekłszy ukazał ręką na zachodzące słońce.
Ona zaś zaczęła patrzeć na ów blask, który odbijał się w jej rozpromienionych oczach, i mówić z cicha, jakby do siebie:
-Wielkie, cudne, kochane słońce!...
Po czym nastało milczenie. Na twarze obojga padało spokojne, czerwone światło. Słońce istotnie zachodziło wielkie i cudne. Niżej pod nim lekkie, porozwiewane chmurki przybierały kształty lilii palmowych i świeciły złotem. Morze przy brzegu pogrążone było w cieniu - dalej natomiast, na pełni, leżał blask niezmierny. W dole nieruchome cyprysy odrzynały się wyraźnie na liliowym tle powietrza.

[powrót] [rozdz.II]