Henryk Sienkiewicz

"Autorki"

HUMORESKA O DZIECIACH, NIE DLA DZIECI

Marynia i Irka, siostry cioteczne, uczyły się razem, a po skończonych lekcjach i obiedzie odwiedzały się codziennie nie tylko wówczas, gdy na niebie świeciło słońce, ale nawet i w razie niepogody, albowiem mieszkania ich dzieliła tylko szerokość ulicy. Irka mieszkała u rodziców, Marynią zaś, która w trzecim roku życia straciła ojca i matkę, opiekowała się pani Aniela Ocieska, bezdzietna wdowa a zarazem wcale ładna i zupełnie młoda ciocia, licząca zaledwie dwudziesty ósmy rok życia, a szósty wdowieństwa. Była ta młoda ciocia tak przywiązana do swej siostrzenicy, że jakkolwiek miała dużo sympatii do pewnego poety, który podpisywał się pod sonetami pseudonimem "Lemiesz", dawała mu jednak nieraz do zrozumienia, że za nic w świecie nie zgodziłaby się na rozstanie z Marynią.
A zaś p. Lemiesz, recte pan Stefan Okniński, dawał jej do zrozumienia, że w żadnym razie nie nalegałby na coś podobnego, albowiem kocha z całego serca i Marynię. Ciocia rumieniła się mocno z powodu tego "i", a pan Stefan, kładąc osobliwy nacisk na tę literę, mówił rzeczywiście prawdę, gdyż kochał szczerze i ciocię, i śliczną Marynię, a nawet i Irkę.
Małe kobietki, to jest Marynia i Irka, były rówieśnicami, a urodziny ich przegradzało tylko kilka dni majowych. Obie skończyły po lat jedenaście i oczywiście obie były przekonane, że osoby w tym wieku mają już dość znajomości świata i ludzi, by się obejść bez zbyt ścisłej opieki starszych i rządzić się własnym zdaniem. Na nieszczęście, jakkolwiek jest to niezaprzeczenie wiek bardzo poważny, starsi mają ten brzydki zwyczaj, że go lekceważą i z tego powodu przychodzi często do rozmaitych nieporozumień.
Na takie nieporozumienie między Marynią a młodą ciocią trafiła właśnie pewnego razu Irka.
W pierwszej chwili nie zauważyła jednak zmartwienia przyjaciółki, raz dlatego, że Maryni spod opadniętych na twarz włosów wyglądał tylko nosek, a po wtóre, że przez otwarte okna mieszkania widać było ogród, a w nim krzewy pokryte białym kwiatem jak śniegiem.
-Ach, jak tu pachnie! - zawołała Irka.
-Jaśminy rozkwitły - odpowiedziała strapionym głosem Marynia.
Wówczas dopiero Irka spojrzała na nią uważniej:
-Czemuś ty taka stroskana? Co ci jest?
-Jak nie mam być stroskana, kiedy zawsze jest to samo?
-Co jest to samo?
-To, że ciocia ciągle uważa mnie za dziecko.
-Myślisz, że mój tatuś i mamusia patrzą na mnie inaczej?
Marynia rozgarnęła obu rękoma jasną czuprynę i poruszając ramionami poczęła narzekać:
-Mieć dwunasty rok i być strzeżoną ja pięcioletnie "bébé", tego człowiek doprawdy nie może już wytrzymać. Cioci do głowy nie przyjdzie, że ja już wszystko wiem, a czego nie wiem, tego się domyślam.
Na to Irka zbliżyła się szybko i odrzuciwszy w tył warkocz pytała z miną rozciekawioną i przejętą:
-Domyślasz się? - czego? czego?
-Różnych rzeczy - odpowiedziała Marynia. -A ty nie?
-Naturalnie... Ale żeby tak zupełnie na pewno...
-Na pewno to i ja nie. W każdym jednak razie wiem już tyle, że mogę wszystko czytać, a tymczasem ciocia chce, żebym czytała powiastki dla dzieci.
-Na to stanowczo nie można się zgodzić - odpowiedziała z godnością Irka.
A po chwili zaś:
-Dostałaś burę za czytanie?
-I jaką! Przed godziną wyciągnęłam z szafy bardzo zajmującą powieść, pod tytułem Syn naturalny i zaczęłam czytać. Ledwie jednak przeczytałam kilka stronic, nadeszła ciocia, odebrała mi książkę i zmyła głowę, co się nazywa.
-Okropność! Syn naturalny... to musi być strasznie ciekawe! Ale co to jest syn naturalny?
-Naturalny to jest... to jest... widzisz... No!... tego tak dokładnie znów nie wiem, ale się zaraz domyśliłam, że jeśli może być naturalny, to może być i sztuczny.
-A co to sztuczny?
Brwi Maryni podniosły się w górę. Nie tylko jej twarz, ale i cała postać zdradzała głęboki wysiłek umysłowy.
-Sztuczny to jest, widzisz... to jest...
-Nie wiesz, a mówiłaś, że wszystkiego się domyślasz?
-Poczekaj. Otóż się domyślam. Naturalny jest to niezawodnie taki, co się urodzi po ślubie, a sztuczny to taki, co przedtem.
-Może być! może być! Ale w takim razie my obie, na przykład, mogłybyśmy mieć tylko synów sztucznych.
-Chyba.
-Ot, to byłby dopiero wypadek!
Jednakże tego rodzaju wypadek wydał się widocznie Irce czymś bardzo wesołym, albowiem parsknęła nagle śmiechem, po czym spytała z rozjaśnionymi oczyma:
-Powiedz, chciałabyś mieć sztucznego syna?
Lecz Marynia podniosła do góry swe śliczne oczy koloru błękitnego barwinku i jak przystało na poważną osobę, która nie wypowiada żadnych życzeń bez dojrzałego namysłu, odrzekła:
-Wolałabym mieć foksteriera.
Po chwili zaś dodała:
-...Białego, z jednym czarnym uchem i czarną łatą na grzbiecie.
-A ja chciałabym mieć od razu parę.
-Prawda, że byłoby to jeszcze weselej.
Tu westchnęła i dodała z melancholią kobiety przywykłej do zawodów:
-Ale nam się to pewno nigdy nie zdarzy.
Lecz Irkę ogarnęły innego rodzaju wątpliwości:
-Słuchaj, Maryniu, a jeśli ty się źle domyślasz - i jeśli sztuczny syn to jest po prostu lalka?
-To niech go sobie ma jaka inna. Ja jestem na to za duża, żeby się bawić lalkami.
-Zwłaszcza przy ludziach.
-Zwłaszcza przy ludziach. Rozumie się.
-Koniec końcem, my jednak nic nie wiemy.
-Gdyby ciocia pozwoliła mi przeczytać tego Syna naturalnego, to domyśliłabym się, co to jest sztuczny, ale tak!... Kobieta, choćby nie wiem jak dorosła, nie potrafi przecie wszystkiego odgadnąć.
-To się zakradnij do szafy i przeczytaj.
W małym sercu Maryni krył się jednak widocznie rzetelny i prawy człowiek, albowiem rozłożywszy bezradnie ręce odrzekła:
-Aha! - kiedy musiałam dać słowo, że bez wiedzy cioci nie zabiorę z szafy żadnej książki.
-Skoro dałaś słowo, to co innego - odpowiedziała niemniej uczciwa Irka.
Nastała chwila milczenia.
-Bieda z tą ciocią - ozwała się wreszcie Marynia. -Żeby to była jaka inna, to bym ją znienawidziła.
-Ale cioci Anielki nie potrafisz nienawidzić.
-Bo jak miałam odrę, to przez cały czas przesiadywała w fotelu przy moim łóżku... I nie tylko jest ładna, ale w innych rzeczach bardzo dobra.
-Jak mój tatuś.
-A jednak w naszym wieku niepodobna pozwolić, żeby nam kto wydzielał, co mamy czytać, jak dzieciom wydziela się cukierki z obawy, aby się nie przejadły.
-Ogromnie przykro i całkiem niestosownie.
-A powiedzieć, że nie ma na to rady!
Lecz Irka, która była żywsza i zaradniejsza od Maryni, poczęła chodzić szybko po pokoju, rozdymać swój różowy nosek, potrząsać ciemną główką, na koniec wskoczywszy obiema nóżkami na szezlong jęła bujać się na poduszkach i powtarzać z radością:
-Jest rada! jest! jest!
-Jaka? - dopytywała Marynia.
-To poskutkuje z pewnością!
-Mów zaraz.
-Napiszmy powieść.
-Powieść?
-Tak, ale taką powieść, że to okropność, i poślijmy ją przez posłańca do druku. Słyszałaś, jak pan Stefan mówił raz do cioci Anielki, że gazety potrzebują ogromnie i długich, i krótkich powieści, więc cokolwiek im poślemy, to zaraz wydrukują, zwłaszcza jeżeli nikt w redakcji nie domyśli się, że nie jesteśmy jeszcze całkiem dorosłe.
Teraz i poważna Marynia zaczęła podskakiwać.
-Ślicznie, doskonale! napiszemy powieść.
-Duży romans, w którym się kochają.
-Jeden pan w jednej pannie!
-Tak!
W tej chwili jednak Marynia przestała podskakiwać.
-Ale - zapytała - co to ma do pozwolenia na czytanie innych powieści?
-Nie rozumiesz? Jak nasza powieść zacznie wychodzić, twoja ciocia i moi tatusiowie powiedzą, że to książka nie dla nas i nie pozwolą nam jej czytać, a wtedy weźmiemy się pod boki i oświadczymy, że autorkami jesteśmy my.
-Cudownie! Oto będzie zabawa! Potem oczywiście będziemy mogły już wszystko czytać.
Tu przyszłe autorki chwyciły się z radości za ręce i obracając się z największą możliwą szybkością, poczęły wykręcać tak zwanego "młynka". Ale ponieważ stateczne umysły nie mogą oddawać się długo płochym igraszkom, przeto jak tylko zakręciło im się w głowach, pofolgowały zaraz, po czym Irka rzekła:
-Nie traćmy czasu! siadajmy!
-Piszmy - zawtórowała Marynia.
I w mgnieniu oka znalazły się po dwóch bokach stołu, przy którym Marynia odbywała zwykle lekcje. Atrament, papier, pióra, wszystko było gotowe. Należało tylko wezwać w pomoc natchnienie i zacząć.
Dlaczego natchnienie znajduje się zawsze pod sufitem, na to dość jest trudno odpowiedzieć. To tylko jest pewne, że jakkolwiek Maryni i Irce nikt o tym nie mówił, obie poczęły patrzeć na sufit.
Na stole przez dłuższy czas panował zupełny spokój, natomiast pod stołem czarne pończoszki i żółte trzewiczki kiwały się to naprzód, to w tył, tym jednostajnym ruchem, który w pospolitym języku nazywa się "robieniem garnków". Ściśle biorąc, nie jest to może ruch zbyt poważny, ale trudno go brać za złe osobom, które w postawie siedzącej nie dostają jeszcze stopami do ziemi.
Milczenie i "robienie garnków" przerwała pierwsza Marynia:
-Czy można pisać powieść we dwie?
-Można - odpowiedziała Irka. -Pan Stefan rozmawiał raz o tym z moimi rodzicami, kiedy czytał im jakąś powieść pisaną przez dwóch autorów francuskich. A skoro można pisać we dwóch, to można i we dwie.
-Więc jedna będzie pisała, druga dyktowała?
-Nie; będziemy komponowały razem, a pisać będzie każda na swoim arkuszu. Potem ja zabiorę swój arkusz, ty swój, będziemy myślały o tym, co jest napisane, a jeśli której przyjdzie co nowego do głowy, to nazajutrz drugiej powie.
-Dobrze, więc zaczynajmy.
"Robienie garnków" pod stołem rozpoczęło się na nowo, ale nie trwało już długo.
-Jak się będzie nazywał bohater? - spytała Irka.
-Kto?
-Nie rozumiesz? - ten, który się będzie kochał.
-Rozumiem wybornie. Niech się nazywa Stefan.
-A ona Aniela, tak jak ciocia?
-Ale nie... Może lepiej będzie wymyślić inne imiona, bo nużby ciocia się rozgniewała, że opisujemy ją i pana Stefana. Powiem ci jedną tajemnicę. Oto słyszałam, jak służba mówiła, że pan Stefan się z ciocią ożeni. I zaraz zapytałam cioci, czy to prawda, ale ciocia tylko się zaczerwieniła i kazała mi być cicho.
-Słyszałam i ja, jak mój tatuś mówił do mamusi tak: "On w każdej chwili gotów, a i ona nie od tego." Ogromnie byłam ciekawa, co to znaczy, ale także powiedzieli mi, żebym się nie wdawała w nie swoje rzeczy.
-Więc nie może być: Stefan i Aniela?
-Nie, ale jakże się mają nazywać?
-Niech on będzie Juliusz.
-Owszem. Śliczne imię. A ona?
-Idalia.
-Pysznie. Ty widocznie masz talent.
-Może i trochę mam - odrzekła skromnie Marynia.
Pióra jednak nie zaczęły od razu skrzypieć po papierze, natomiast końce obsadek znalazły się jak na komendę w ząbkach autorek. Towarzyszyło temu ustawiczne spoglądanie na siebie oraz rozmaite inne oznaki niepewności.
Nagle Marynia złożyła pióro:
-Dobrze, ale co będzie, jeśli nam pozwolą czytać naszą powieść?
-Jest i na to rada.
-Powiedz.
-Mówiłam już, że powieść musi być taka, że to strach, to znaczy, że musi być okropnie nieprzyzwoita.
-Ach, tak! - prawda.
-Niech moi tatusiowie i ciocia Anielka wiedzą, że przed nami nie trzeba już niczego ukrywać.
Chwila skupienia, po czym twarz Irki rozpromieniła się, widocznie pod wpływem genialnego pomysłu.
-Ja - mówi - proponuję tak zacząć: "Juliusz i Idalia, zaledwie się na balu poznali, zaraz zaczęli być okropnie nieprzyzwoici!..."
-Doskonale! - odpowiada Marynia. -Z pewnością nie pozwolą nam tego czytać.
I pióra poczynają tym razem skrzypieć na dobre, ale po tak szczęśliwym początku Marynia przerywa znowu pracę:
-Widzisz... dobrze... tylko pierwej musieli się poznać, rozmawiać ze sobą i pokochać się. Wiem na pewno, że w powieściach nie dla dzieci zawsze się kochają.
-O i ja to wiem wyśmienicie. Więc niech będzie tak: "Juliusz i Idalia naprzód się na balu poznali, potem rozmawiali, a jak się tylko pokochali, zaraz zaczęli być ogromnie nieprzyzwoici!..."
-Tak jest lepiej, ale trzeba się namyślić, co oni nieprzyzwoitego mogą zrobić.
-Niech... niech się na przykład pocałują.
-A czy tego będzie dosyć? Pan Stefan całuje mnie w głowę, a ciocię Anielkę w rękę - i to zawsze trzy razy.
-A jeśli Juliusz i Idalia pocałują się od razu w usta?
-Na balu? To byłoby dość nieprzyzwoite. Ale co dalej?
-Jak to: co dalej?
-Bo to wszystko stanowi co najwyżej trzy wiersze... niechby pięć - a powieść musi mieć przecie najmniej tom.
-Prawda. Pomyślmy, co można dalej nieprzyzwoitego zrobić?
Natchnienie zawieszone pod sufitem okazuje się tym razem zupełnie nieczułe na rozpaczliwe spojrzenia autorek i w pokoju trwa milczenie.
-Można się potem uściskać... - mówi Marynia.
Ale Irka potrząsa główką.
-Nie. Gdy ludzie się całują, to przecie nie zakładają rąk w tył, tylko się zarazem i ściskają. To się robi zawsze za jedną drogą.
-Tak - potwierdza Marynia. -Tu trzeba wymyślić coś takiego, co się robi po całowaniu się i po uściskaniu.
Po czym zamyśla się głęboko, następnie podnosi oczy i odzywa się nieśmiało:
-A gdyby zabrali do siebie cały tort, przygotowany dla wszystkich gości?
-Fe! - odpowiada Irka - jak małe dzieci!... To byłoby łakomstwo, nie miłość.
-Ale co?
Z piersi Maryni wydobywa się westchnienie.
-To wcale niełatwo pisać powieść.
-Powieściopisarze jednak sobie z tym radzą.
Marynia wpada na nowy pomysł:
-A gdyby zapytać pana Stefana? Jak on przychodzi, to ciocia, zanim do niego wyjdzie, zawsze poprawia włosy, więc byłby czas go spytać. Nie powiem mu, że piszemy powieść, tylko zapytam, co się robi z miłości po całowaniu się i uściskaniu.
Irka poczyna trzeć czoło:
-W głowę zachodzę, co jeszcze potem można zrobić. Ale pan Stefan nie jest powieściopisarz tylko poeta, a poeci może także nie wiedzą. Zresztą pewno by się domyślił, że my coś majstrujemy... Ale czekaj! wiem!
-Co? co?
-Napiszmy tak: "Juliusz i Idalia naprzód się poznali i pokochali, potem zaczęli być nieprzyzwoici, a następnie on ją uwiódł."
-Co to znaczy?
-Tego już dokładnie nie wiem, ale powiem ci, jak to było. Raz tatuś czytał mamusi głośno jakąś powieść, a ja siedziałam w drugim pokoju i wyraźnie słyszałam, takie zdanie: "Po nieszczęsnym dniu, w którym Edward uwiódł Magdalenę..." A mamusia zaraz przerwała czytanie i powiada: "Uważaj, Irka jest obok." I tatuś wyprosił mnie do dalszych pokoi. Z tego miarkuję, że to jest coś, czego nam wiedzieć nie wolno.
-A mnie się zdaje, że uwieść to jest to samo co wywieźć, czyli pojechać gdzieś razem.
-Myślę, że to musi być coś gorszego.
-Wiesz przecie, że państwo młodzi wyjeżdżają prawie zawsze po ślubie za granicę. To znaczy, że on ją bierze i wywozi. To taki zwyczaj.
-Więc w najgorszym razie możemy napisać tak: "Juliusz i Idalia, po poznaniu się, po pokochaniu i różnych nieprzyzwoitościach, pożenili się, a potem on ją uwiódł."
-A jeśli to taki zwyczaj, to nie ma w tym nic osobliwego.
-A po cóż by mama mówiła: "Uważaj, Irka jest obok?"
-Tak, to jest dziwne i trzeba się nad tym zastanowić.
Po tej słusznej uwadze następuje chwila zastanowienia, podczas której pokazuje się coraz jaśniej, że pisanie powieści połączone jest z rozmaitymi nieprzewidzianymi trudnościami.
-Ach - odzywa się Irka - żeby to kto chciał przy nas kogoś uwieść!
-Wiedziałybyśmy przynajmniej, co to znaczy - odpowiada Marynia.
Dalszą rozmowę przerywa dzwonek, po czym w drzwiach ukazuje się pan Stefan Okniński, czyli "Lemiesz". Pan Lemiesz, jakkolwiek jest autorem trzech tuzinów sonetów, jednakże podobny jest do człowieka w ogóle. Nie spogląda ponuro, myje się co rano, nie nosi peleryny, nosi koszulę, nie nosi długich włosów, co sam tłumaczy tym, że swego talentu nie chce sztukować ani peleryną, ani czupryną. Ponieważ ma przy tym majątek znacznie większy od talentu, przeto nikt mu nie zazdrości sonetów i jest mile widziany i niemal podziwiany przez kobiety. W tej chwili trzyma w ręku bukiet kwiatów i obwiązane różową wstążeczką pudełeczko. Po wejściu wita się poufale z autorkami całując każdą w główkę.
-Niech pan siada - zaprasza Marynia. -Jakie śliczne kwiaty.
I tak mówiąc wpatruje się pilnie w pudełko.
-Kwiaty są dla cioci, pudełko z cukierkami dla was - mówi pan Stefan. -A ciocia jest?
-Jest. Musiała słyszeć dzwonek, ale nadejdzie dopiero za chwilę, bo jak pan przychodzi, to ciocia zawsze poprawia włosy, a czasem zmienia krawatkę i nawet się trochę pudruje, żeby ją twarz nie paliła.
Pan Stefan rzuca na stół pudełko, następnie chwyta obie ręce Maryni i potrząsając nimi silnie mówi z rozpromienioną twarzą:
-A, moja ty droga terkotko, żebyś wiedziała, jak mi to miło słyszeć i jak cię za to kocham.
Marynia zaś uwolniwszy rączki pochyla swą śliczną główkę i patrząc z przymileniem na pana Stefana pyta kręcąc warkocze:
-Naprawdę pan mnie kocha?
-Jak mało kogo w świecie.
-I odpowie pan szczerze na jedno pytanie?
-Z największą pewnością.
-Bo - mówi nieśmiało Marynia - to jest może trochę nieprzyzwoite, ale nam właśnie o to chodzi - i mnie, i Irce.
-No? no?
-Oto i ja, i Irka chciałybyśmy wiedzieć, co to jest, jak jakiś pan uwodzi jakąś panią?
Kto by chciał wnosić o inteligencji pana Stefana z wyrazu, jaki przybrała na razie jego fizjognomia, nie posądziłby go nigdy nie tylko o trzy tuziny sonetów, ale nawet o trzy sonety, albowiem nieszczęśliwy poeta ma w tej chwili minę tak zdumioną i tak po prostu głupią, że podobnej niełatwo byłoby znaleźć na całym Parnasie.
-Na miłość boską!... Maryniu!... Co ty?...
Więc Marynia sądząc, że nie zrozumiał, o co chodzi, powtarza pytanie inaczej.
-Chciałybyśmy wiedzieć, czy się uwodzi przed ślubem, czy po ślubie i co to jest?
-Maryniu!!! - woła z rozpaczą pan Stefan.
I minę ma już nie tylko gapia, ale zupełnego matołka.
-Niech pan odpowie - nalega Marynia - pan obiecał.
-Cicho! nic nie powiem! ani myślę!
-To chyba pan sam nie wie.
Na to Irka wydyma pogardliwie usteczka:
-Mówiłam, że poeci takich rzeczy nie wiedzą.
-Widocznie - dodaje Marynia - a to przecie wie każdy powieściopisarz!
-Z pewnością.
I oburzenie graniczące z pogardą ogarnia obie autorki zarówno na poetów w ogóle, jak na pana Stefana w szczególności.
Tymczasem w otwartych drzwiach ukazuje się ciocia. Marynia biegnie natychmiast ku niej i pod wpływem oburzenia, zawodu i rozczarowania woła:
-Ciociu, niech ciocia nigdy nie wychodzi za pana Stefana, bo on tego nawet nie wie, co znaczy: uwieść.
Ale tu następuje jeszcze gorsza katastrofa, albowiem zdumionej nie mniej od poety cioci przychodzi widocznie do głowy, że w takim położeniu bez wyjścia młodej kobiecie nie pozostaje nic innego, jak zemdleć! Pada więc ciężko na kanapę, składa głowę na oparciu, zamyka oczy i pozostaje bez ruchu.
Pokój napełnia się przerażeniem. Pan Stefan rzuca się na ratunek krzycząc: "wody! wody!" głosem tak dzikim, jak gdyby cały dom objęty był pożarem. Marynia i Irka lecą po karafki. Ciocia nie otwiera oczu, przeto pan Stefan siada koło niej, obejmuje ją wpół, opiera jej głowę na własnych piersiach i pochylając się nad nią poczyna powtarzać w sposób zarazem czuły, trwożliwy i patetyczny:
-Zbudź się, aniele! zbudź się, aniele!
Przy tym wąsy jego zbliżają się coraz bardziej do twarzy cioci.

* * *

Na czym się skończyło i kiedy anioł się zbudził, to już do tego opowiadania nie należy.
Trzeba natomiast uprzedzić czytelników, że romans pod tytułem Juliusz i Idalia nigdy nie ujrzał światła dziennego i że młode autorki, z wielką zapewne szkodą dla literatury, porzuciły pisanie powieści na czas dłuższy.

[powrót]